- Zdaję sobie sprawę, że są tacy radni, którzy śmieją się pod nosem, komentują, powiedziałabym nawet, że od niektórych nie czuję sympatii. To nie tylko peszy, ale wręcz denerwuje; początkowo nawet odechciało mi się być radną - przyznaje wiceprzewodnicząca krajeńskiej rady. Z Bernadetą Kopeć rozmawia Piotr Steffen
Jest Pani wiceprzewodniczącą krajeńskiej rady, ale niespecjalnie widać Pani obecność w radzie. Głosu Pani raczej nie zabiera, jest bardzo cicha... Czy to taka taktyka działania?
To nie jest tak, że w ogóle nie zabieram głosu, poza tym nie ja jedyna należę do tych spokojniejszych radnych. Takich jest więcej, tyle że w moim przypadku jest to może bardziej widoczne, gdyż podczas sesji siedzę za stołem prezydialnym.
Dlaczego jest Pani tak wyciszona?
Wolę być ostrożna, jestem wciąż młodą stażem radną, nadal się uczę. To nie jest tak, że nie mam wiedzy albo że nie mam nic do powiedzenia na dany temat. Po prostu mam świadomość, że jest wielu radnych bardziej doświadczonych i póki co wolę się przysłuchiwać, pobierać nauki, bo choćby kwestie związane z budżetem do łatwych przecież nie należą. Wychodzę z założenia, że jeśli nie ma się pewności, lepiej nic nie powiedzieć niż się niepotrzebnie ośmieszyć. Co nie zmienia faktu, że na komisje i sesje zawsze jestem przygotowana, bardzo je przeżywam i podchodzę do tych obowiązków bardzo poważnie. Zresztą na komisjach odzywam się częściej. Na sesjach też chciałam ostatnio dwukrotnie przedstawić swoją opinię, między innymi na ostatnim posiedzeniu, gdy w polemikę wdali się obecny i były burmistrz, ale że mam bardzo cichy głos, to przewodniczący Jończyk prawdopodobnie w ogóle mnie nie dosłyszał.
O czym chciała Pani powiedzieć?
Chciałam podkreślić, jak wiele na terenie naszych sołectw zrobiono w ostatnich miesiącach. Przez całe 23 lata nie dokonano tyle, ile w ostatnim okresie.
Po dwóch latach pracy w radzie czuje się już Pani pewniejsza?
Tak. Czasami częściej chciałabym zabrać głos w niektórych sprawach, ale gdzieś jest tam jeszcze jednak jakaś blokada.
Skoro ma Pani pewne problemy z zabieraniem głosu na publicznym forum, dlaczego w ogóle wystartowała Pani przed dwoma laty w wyborach?
Ponieważ pomimo tego, że jestem nieśmiała, to jednak lubię społecznie się udzielać. Od lat działam przy naszym kościele, kiedyś byłam już sołtysem, nie ukrywam, że gdzieś chodziło mi po głowie wystartowanie w wyborach do rady, ale brakowało właśnie odwagi. Pojawiła się, gdy inni zaczęli mnie namawiać do startu.
Wygrać wybory w Pani okręgu pomógł fakt, że udziela się Pani przy Kościele?
Niekoniecznie, bo aż tak wielu ludzi do kościoła nie chodzi, a jednak na głosy pozostałych też mogłam przecież liczyć. [[reklama]] Dlaczego startowała Pani z komitetu Janusza Szczerbiaka?
Tylko dlatego, że pierwszy się do mnie zgłosił. Później był pan Mecha, ale było mi niezręcznie zmieniać zdanie, chciałam być lojalną, skoro pierwszy zgłosił się poprzedni burmistrz. Prawdę powiedziawszy, było mi bez różnicy, z którego komitetu wystartuję.
W Pani okręgu było pięciu kandydatów, wygrała Pani zdecydowanie, zostawiając daleko w tyle nawet Henryka Kanię, mogłoby się wydawać, faworyta tego okręgu...
Wiedziałam, że nie mogę popełnić błędu, jaki zrobiłam startując we wcześniejszych wyborach. Wtedy niby chciałam, trochę nie chciałam, sama nie byłam określona, w efekcie czego nie udałam się do wielu wyborców i wtedy zabrakło do zwycięstwa kilku głosów. Dwa lata temu było już inaczej. Muszę przyznać, że nie liczyłam na aż tyle głosów, sądziłam, że będzie ich około 85. [[nowa_strona]] Tymczasem było 125, Henryk Kania zdobył zaledwie 43, reszta kandydatów właściwie nie liczyła się w tym wyścigu. To bardziej Pani wygrała z poprzednim radnym czy to Henryk Kania z Panią przegrał?
Trudno ocenić, ale pewnie jest w tym coś, że poprzedni radny sam też zapracował na wyborczą porażkę. Swego czasu było przecież trochę tych niesmacznych spraw z nim związanych, ludzi mocno to już denerwowało i mieszkańcy oczekiwali wreszcie czegoś innego. Mam wrażenie, że pan Kania wolał coś wytknąć i sprowokować, nie był natomiast nastawiony na konstruktywne działanie. Stąd staram się, żeby moje, jak na razie nieliczne wypowiedzi, zawsze były wyważone. Zabierając głos wolę dwa razy pomyśleć, pamiętać o tym, że niezgoda rujnuje, a zgoda buduje. Zwłaszcza, że często sama mam wrażenie, iż radni przesadzają. Zabierają głos w wolnych wnioskach i mówią o rzeczach, o których na sesji raczej nie powinno się dyskutować. Mamy przecież możliwość pisania wniosków do biura rady i na piśmie otrzymać też odpowiedź, więc nie rozumiem, po co w niektórych sprawach rozgłos na sesjach.
Wracając do ostatnich wyborów – w waszym okręgu było też trzech innych kontrkandydatów – nie obawiała się Pani, że głosy na tyle mocno się podzielą, że zabraknie ich do zwycięstwa?
Miałam takie obawy, ale, jak pokazały wybory, były one zupełnie nieuzasadnione.
Wygrała Pani nie tylko w swoim okręgu, ale też zdobyła najwięcej głosów ze wszystkich radnych spoza Krajenki, co też pokazuje chyba znaczenie tego wyboru. Czy dlatego została Pani wiceprzewodniczącą?
Jak mówi przysłowie, pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi. To, co działo się w naszej radzie na początku kadencji, było moim zdaniem niesmaczne. Do tego stopnia, że początkowo wręcz odechciało mi się być radną. Pewna grupa radnych wydawała mi się na tyle silna, że miałam wrażenie, iż się nami manipuluje, że pozostali nie mają wiele do powiedzenia. Wtedy powstał klub radnych, do którego mnie namówiono. O przystąpieniu nie podjęłam decyzji z dnia na dzień, sporo o tym myślałam, ale gdy już wstąpiłam, poczułam się pewniejsza. Po kilku miesiącach klub wprawdzie się rozpadł i dzisiaj formalnie już nie istnieje, ale zasady, jakimi rządzi się nasza rada, są w moim odczuciu zdrowsze. Jak to się stało, że zostałam wiceprzewodniczącą? Chodziło o to, żeby w prezydium zasiadł ktoś, kto był z klubu, ktoś spoza Krajenki, ale też żeby była to kobieta, stąd prawdopodobnie złożono mi propozycję.
Dzisiaj widzę sens tej samorządowej pracy. Nie dość, że u nas w sołectwie naprawdę dużo się dzieje, to mam jeszcze przekonanie, że burmistrz naprawdę dba o całą gminę, nie tylko o Krajenkę. Do poprzednika generalne też nie miałam zastrzeżeń, ale pan Kitela jest wybitnie spokojny, wysłucha drugiej strony, porozmawia, to kulturalny człowiek dialogu.
Jeden z zapytanych przeze mnie radnych tak postrzega Pani pracę – „to, że mało widać Bernadetę Kopeć to chyba jej przemyślana taktyka, ta pani bardzo skutecznie, będąc nieco z boku, bez rozgłosu robi swoje. Niczym kropla drążąca skałę”. To prawdziwa ocena?
Być może coś w niej jest. Ale sądzę, że nadejdzie jednak taki czas, kiedy częściej będę zabierać głos na sesjach. Przyznaję, że na razie niektórzy radni czasami mnie peszą i odbierają śmiałość. Zdaję sobie sprawę, że są tacy, którzy śmieją się pod nosem, komentują, powiedziałabym nawet, że od niektórych nie czuję sympatii. To nie tylko peszy, ale wręcz denerwuje. Mniejsza z tym, kto to jest, ważne, że potrafimy wspólnie podejmować decyzje.
[[reklama]] Odwołując się do przedstawionej oceny jednego z radnych – to, co obecnie dzieje się w Paruszce i Dolniku, to w znacznym stopniu Pani zasługa? To właśnie efekt tego ciągłego, cichego dreptania wokół spraw?
Część decyzji o wykonaniu poszczególnych zadań w naszym okręgu zapadała już w poprzedniej kadencji, ale część przypieczętowano już w tej, a w niektóre rzeczywiście byłam osobiście zaangażowana. Nie chciałabym jednak oceniać swojej roli w tych zadaniach.
Mówi Pani, że pierwsza kadencja to czas nauki. Rozumiem, że o drugą też zamierza się Pani ubiegać?
Chciałabym, jeśli oczywiście mieszkańcy będą tego chcieli, jeśli będą przekonani, że wybór mojej osoby był i dalej będzie słuszny. Nie ukrywam, że ta praca daje poczucie spełnienia i satysfakcji.
[[nowa_strona]] Jak postrzega Pani rolę kobiet w radzie? Jest was pięć, a więc równo 1/3. Mamy czasy feminizmu, dążeń do równouprawnienia, nieustannie mówi się o parytetach w polityce, tej dużej i małej – samorządowej. Czujecie się równymi partnerami dla męskiej części rady?
Ja tak. Wydaje mi się, że mężczyźni nie zwracają uwagi na pewne rzeczy, które zawsze dostrzegą kobiety, bo są bardzo drobiazgowe. Z tej choćby przyczyny obecność kobiet jest potrzebna i ja tę potrzebę w naszej radzie odczuwam.
Jest Pani wiceprzewodniczącą, chce też kandydować na kolejną kadencję – chodzi może Pani po głowie wizja przewodniczenia krajeńskiej radzie?
Myślę, że nie. Do takiej funkcji potrzeba jednak osoby szczególnie kompetentnej.
Jeśli popracuje Pani w radzie trzy, cztery kadencje...
Przyznaję, że trudno mi wyobrazić sobie taki scenariusz. Na dzisiaj miałabym chyba nawet tremę poprowadzić po raz pierwszy obrady w razie nieobecności pana Piotra Jończyka. Choć na pewno czułabym się zaszczycona.
Skoro jest Pani tak nieśmiałą i skromną osobą, dlaczego zgodziła się Pani przyjąć rolę wiceprzewodniczącej?
Miałam jeszcze propozycję przewodniczenia jednej z komisji, ale nie chciałam, bo w jej skład wchodzi również pan Piotr Gniot. Nie czułabym się dobrze będąc przewodniczącą komisji, kiedy pracowałby w niej ze mną człowiek z tak ogromnym doświadczeniem samorządowym. On mógłby się poczuć nieprzyjemnie, a ja bym się bardzo stresowała. Wyszłam z założenia, że na sesji będzie jednak mniej okazji do zabierania głosu, bo przecież na komisji za każdym razem musiałabym prowadzić obrady. Jak widać, przyczyna decyzji była bardzo prozaiczna.
Można też było całkowicie odmówić, zarówno jednej jak i drugiej funkcji...
Ale takie stanowisko to jednak też pewien prestiż, więc chęć podjęcia wyzwania również jest w człowieku.
[[reklama]] Reprezentuje Pani Dolnik i Paruszkę, w której Pani mieszka. Trudno przychodzi równe traktowanie i reprezentowanie obu sołectw? Spotkała się Pani z zarzutami, że na pierwszym miejscu jednak stawia Paruszkę?
Nie spotkałam się z takimi ocenami, zresztą wydaje mi się, że potrafię właściwie rozłożyć te akcenty. Poza tym prawda jest taka, że Paruszka jest większa i bardziej można się tutaj wykazać, bo w Dolniku w zasadzie jest tylko szkoła i przedszkole, a zdecydowanie większa część mojego okręgu wyborczego to jednak sołectwo, w którym mieszkam.
Z czteroletnim doświadczeniem w radzie, z nieco innej pozycji będzie Pani podchodziła do kolejnych wyborów. Jest Pani spokojniejsza o swój wyborczy wynik za dwa lata?
Z jednej strony tak, bo mieszkańcy będą widzieli efekty mojej pracy. Z drugiej strony pozostaje pytanie, jak mnie z tych efektów rozliczą...
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze