Reklama

Co wojna ma z kobiety

19/02/2017 19:00
W wojsku była „drucikiem”, pilnowała jeńców, szukała brata na Majdanku. Poświęciła życie Polsce i Polakom. Zofia Wilgus dostaje ordery nawet po śmierci

Wchodzi między nienawiść. Drobnym ciałem uzbrojonym w karabin oddziela niedawnych oprawców od żądnych zemsty rodaków. Zofia Urbaś w plutonie ochrony jeńców jest od stycznia 1945 roku. Wcześniej była telefonistką, a dzwoniący generał Bolesław Kieniewicz mówił do niej i koleżanek „moje kochane druciki”.

Z 1. pułkiem piechoty w 4. Dywizji Piechoty im. Jana Kilińskiego trafiła na front. Teraz boi się potrójnie: o siebie, jeńców, których pilnuje i polskich żołnierzy, którzy mogliby dopuścić się samosądów na Niemcach.

Reklama

Taka szczuplusieńka, drobna, nie wyobrażam sobie jej z bronią

– o zmarłej 17 stycznia 2015 roku mamie mówi Anna Grudniak. To ona w końcu 2016 roku odebrała odznaczenie z okazji „70 lat Zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941–1945”, przyznane przez Federację Rosyjską.

Już na sześćdziesięciolecie mama była zaskoczona, bo nie wiedziała, skąd Rosjanie mieli o niej informacje

– twierdzi.

Zofia Urbaś jest z Woli Niemieckiej. Ojciec walczył w I wojnie światowej, został ranny w głowę. Zosia wie, co to bieda, także w Niemcach (koło Lubartowa), do których się przenoszą. Ojciec jest dozorcą w szkole, a ona mu pomaga. Przed lekcjami przynosi ze studni kilkanaście wiader wody, po lekcjach sprząta klasy, a w zimie pali w piecach. Po szkole powszechnej pracuje w majątku hrabiny Marty Łoś. Jako najstarsza z dzieci musi pomagać w utrzymaniu trzech braci i siostry. Praca ta to szczęście, chronił przed wywózką na roboty do Niemiec. W majątku Zofia, rocznik 1922, styka się z lewicowym ruchem oporu. Włącza się do pracy konspiracyjnej. W tym czasie jej brat Jan zostaje aresztowany i wywieziony do obozu.

Reklama

Królestwo śmierci

24 lipca 1944 wyzwolony zostaje Lublin, ale Janek do domu nie wraca. Zosia rusza na poszukiwania. Mija lubelski zamek, pięknie położony na wzgórzu, ubroczony krwią.

Krew spływała z zamku na ulicę. Niemcy, jak się wycofywali, zastrzelili kogo się dało

– A. Grudniak przytacza wspomnienia mamy. Zofię żołnierze wpuszczają tylko na dziedziniec z purpurową podłogą. Janka tu nie ma. Trzeba szukać w fabryce śmierci, jak mówi się na Majdanek.

Tam się naoglądała. Widoku więźniów nie zapomniała do końca życia. Stosy trupów były dla niej szokiem

Reklama

– pani Anna twierdzi, że mama nie dzieliła się szczegółami. Chciała oszczędzić dzieciom nieludzkich opowieści. Mówiła tylko o dymiących jeszcze kominach i smrodzie docierającym do oddalonych o wiele kilometrów miejscowości. 

Gdy byłam mała chciałam podsłuchać, o czym rodzice rozmawiali, ale wtedy przechodzili na niemiecki

– mówi Anna Grudniak, rocznik 1957.

Majdanek opisują za to inni. Generał dywizji dr Jan Śliwiński w książce „Z kroniki bojowych dni” pisze: „Przekraczamy olbrzymią bramę jak okiem sięgnąć na prawo i lewo ogrodzenie z drutu kolczastego. Za nami baraki. Jest ich wiele. Tu w ciągu kilku lat męczeni byli ludzie. Tu był obóz koncentracyjny, jeden z wielu – symbol władzy Hitlera, symbol jego ideologii. Faszyzm bezkarnie rozprawiał się w najokrutniejszy sposób ze swymi ofiarami. Mijamy wartownię. Stąd rozprowadzani byli strażnicy na posterunki, posterunków, których widomym znakiem stały się wysokie wieże, było dużo. Strzegły one obozu ogniem karabinów maszynowych, uniemożliwiając śmiałkom pokonanie wielu rzędów naelektryzowanych płotów. W nocy, jak można sądzić po dużej ilości reflektorów wmontowanych na wieżach, snopy świateł pokrywały całe przedpole obozu.

Reklama

Na pryczach i ścianach baraków wielojęzyczne napisy. Jest ich tysiące w każdym baraku. (…) Głodni, podle żywieni, szybko ulegali fizycznemu wyczerpaniu i niekiedy załamywali się psychicznie. Szerzyły się choroby.

Odznaczenie przyznane Zofii Wilgus przez Federację Rosyjską odebrała córka zmarłej kombatantki Anna Grudniak

Po drodze komory gazowe. Natrafiamy na butle forgenu, beczki iperytu i luizytu. Najwięcej jest jednak beczek i butli z tabunem, szybko działającym gazem trującym. Dookoła trupy, których hitlerowcy pozostawili tyle, że dotychczas nie zdążono wszystkich pochować. Odrażająca woń rozkładających się ciał. Dalej „laboratoria”, w których hitlerowscy lekarze wstrzykiwali swoim ofiarom dawki gazów w stanie płynnym. (…) ...przed nami oczodoły krematoriów. Tu szalała śmierć. Na suwnicach kilka niedopalonych szkieletów ludzkich. Pod piecami sterta szkieletów. Na prawo góra czaszek. Opodal kilkunastometrowej wysokości usypisko popiołu ludzkiego. Na dnie rowu tysiące nagich ciał kobiet trzymających na rękach swe maleństwa. Roztrzaskane głowy noworodków i niemowląt. (…) Gdzieniegdzie mężczyźni. Wykrzywione twarze, otwarte od krzyku usta, wybałuszone oczy, rozrzucone włosy mówią o przeżytej tragedii”. Generał Śliwiński Majdanek nazywa królestwem śmierci. Możliwe, że w tych stosach jest Janek. A może wcale go tam nie ma. Zofia odchodzi.Brat odnajduje się nazajutrz. Uciekł sprzed pieca krematoryjnego, bo machina śmierci nie była dość szybka, by chwycić go swymi zębiskami.

Reklama

Na Majdanek Zofia wraca jesienią. Zaciąga się do armii i na miejscu kaźni przechodzi szkolenie na telefonistkę.

Wstąpienie do wojska było dla mamy nobilitacją. W końcu nie musiała się martwić o to, by mieć co jeść

– twierdzi Anna Grudniak. Poza tym służbę dla kraju uważa za swój obowiązek.

Mundur oddaje po przejściu przez Wał Pomorski do Szczecina. Odchodzi w październiku 1945 roku w stopniu plutonowego.


To dopiero połowa artykułu. W dalszej części przeczytasz m.in.:

Na ziemie odzyskane – W 1946 roku jako osadnik wojskowy Zofia przenosi się z rodziną na Pomorze Zachodnie. Dostaje dom w miejscowości Stare Budy koło Szczecina...

Reklama

Czym tu się chwalić – Może to bieda lat dziecięcych, a może przeżycia wojenne sprawiają, że Zofia Wilgus musi pomagać innym...

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Na ziemie odzyskane

W 1946 roku jako osadnik wojskowy Zofia przenosi się z rodziną na Pomorze Zachodnie. Dostaje dom w miejscowości Stare Budy koło Szczecina.

Matka, która przeszła wielką biedę, poświęciła się dla rodziny i nie miała niczego własnego, wyszła przed dom, który zajmowaliśmy i zapytała ze łzami: Dziecko, to jest wszystko nasze?

– wspominała w książce Marii Wójcik „Kobiety – żołnierze 1. i 2. armii WP biografie i wspomnienia”. Pracuje w Nowogardzie w oddziale spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, ludzie ją szanują, wybierają radną Powiatowej Rady Narodowej. W Szczecinie Zofia kończy szkołę ogólnokształcącą, a potem trafia do Złotowa. Oficjalna wersja – taki przydział. Mniej oficjalna:

Reklama

Siostra mamy poznała pana z okolic Łobżenicy i namawiała ją na przyjazd tutaj

– mówi A. Grudniak.

Również Zofia znajduje tu miłość. To Stanisław Wilgus, mechanik w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Złotowie. Ona przez trzy lata pracuje w komitecie partii.

Mówiła, że to nie jej bajka

– zaznacza córka Anna. Gdy rodzą się dzieci, Zofia rzuca pracę. Na bliźniaki chucha i dmucha, lecz maluchy umierają. Potem rodzi się Anna.

Byłam tzw. zimny wychów. Mama mówiła, że dzięki temu ocalałam

– złotowianka podaje, że rodzice stracili jeszcze syna (urodzonego po niej), ale później mieli jeszcze Krzysia.

Reklama

W 1965 roku w wieku 40 lat umiera Stanisław. Zofia nie może się pozbierać, od lat nieaktywna zawodowo musi zarobić na utrzymanie dwójki dzieci. Przydają się kursy z gospodarki finansowo–materiałowej odbyte w Szczecinie i Łodzi. W 1966 roku zostaje referentem finansowym w urzędzie miejskim w Złotowie. W magistracie pracuje do 1 stycznia 1982 roku.

Pani Zofia (pierwsza z lewej) do wojska zaciągnęła się w 1944 roku. Niechętnie opowiadała o tym, co przeżyła służąc ojczyźnie

Czym tu się chwalić

Może to bieda lat dziecięcych, a może przeżycia wojenne sprawiają, że Zofia Wilgus musi pomagać innym. Przez kilkanaście lat jest terenowym opiekunem społecznym, udziela się w Lidze Kobiet i Kole Gospodyń Wiejskich. Jako sekretarz w Miejskim Zarządzie Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej organizuje zbiórki odzieży i obuwia, wydaje je potrzebującym.

Reklama

Uważała, że wszystko co robi dla innych jest naturalne. Nie ma się czym chwalić. W ciszy robiła swoje

– Anna Grudniak pokazuje zdjęcie mamy – tak samo filigranowej jak w młodości. Aż dziw, że nie przygniótł jej ciężar przeżyć.

Przez 30 lat pani Zofia była sekretarzem i skarbnikiem w Miejskim Kole Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, później w Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Za swoją działalność uhonorowana została wieloma odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1987 r.) i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2004). Otrzymała wiele odznaczeń resortowych i wyróżnień samorządowych. W 1999 roku nominowana została do stopnia podporucznika, następnie porucznika i dostała Patent Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Ojczyzny. Otrzymała także Złoty Krzyż Zasługi od przewodniczącego rady państwa Henryka Jabłońskiego, Odznakę Honorową Sybiraka, Srebrny Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Do końca życia, gdy oglądała filmy wojenne, które bardzo lubiła, w scenach z obozami lub jeńcami odwracała głowę i roniła łzę.

Reklama

Na kilka lat przed śmiercią, gdy nie wychodziła już z domu, chętniej opowiadała. A i tak zarzucam sobie, że nie próbowałam dowiedzieć się więcej

– mówi Anna Grudniak.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    PR - niezalogowany 2017-02-24 00:15:56

    To jest wszystko do smiechu,co jej da ten ordner posmierci. Podatnik musi placic sa inne i wazniejsze sprawy w dzisiejszych czasach.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    IPN - niezalogowany 2017-02-21 09:26:27

    Banda morderców ukrytych za mundurem i ideami. Przykre że takim kreaturom nasz rząd oddaje hołd. Morderca ukryty za mundurem zawsze będzie kryminalistą tyle że słabi ludzie nazwą go bohaterem. Człowiek w czasie wojny mordujący chociaż jednego bezbronnego cywila nigdy nie może być nazwany żołnierzem. To hańbi mundur i honor tych prawdziwych.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Darek - niezalogowany 2017-02-20 16:19:58

    W obronie dobrego imienia majora "Łupaszki" dr Kazimierz Krajewski, Grzegorz Wąsowski W obronie dobrego imienia majora "Łupaszki" Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" Instytut Pamięci Narodowej wspólnie z Instytutem Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk opublikował pracę Glinciszki i Dubinki. Zbrodnie wojenne na Wileńszczyźnie w połowie 1944 roku i ich konsekwencje we współczesnych relacjach polsko-litewskich, autorstwa dr. hab. Pawła Rokickiego. Jej lekturę kończy się z głębokim przekonaniem o słuszności tezy autora, że mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” [a nie „Łupaszko” jak u Rokickiego – przyp. KK i GW] jest zbrodniarzem wojennym, obciążonym rozkazem nakazującym zabijanie, w ramach polskiej akcji odwetowej wymierzonej przeciwko Litwinom, kobiet i dzieci. Czytelnikowi towarzyszy też poczucie, że wskutek dotychczasowych zaniedbań będących udziałem badaczy dziejów polskiego podziemia niepodległościowego, którym to zaniedbaniom kres położył dopiero Rokicki, przywrócenie postaci mjra „Łupaszki” narodowej pamięci, mające miejsce po upadku komunizmu w Polsce, odbyło się w sposób niepełny i niewłaściwy. Jak pisze Rokicki: wynikiem tego [zaniedbania] jest obecnie szeroka popularyzacja ułomnego – gdyż niepełnego – wizerunku wojennego bohatera. Tymczasem losy mjr. „Łupaszki” powinny nieść również przestrogę i inspirować do rozważań nad etycznym wymiarem metod prowadzenia walki (str. 221). Tłem faktograficznym dla sformułowania przez Rokickiego poglądu, zgodnie z którym mjr „Łupaszka” jest zbrodniarzem wojennym, poglądu usankcjonowanego pieczęcią Instytutu Pamięci Narodowej, stały się mord popełniony 20 czerwca 1944 r. przez litewską policję na ludności polskiej w Glinciszkach (gdzie kompania 258 batalionu policji litewskiej rozstrzelała 39 Polaków, w tym kobiety, starców i jedenaścioro dzieci; zamordowany został także administrator majątków ziemskich Władysław Komar, polski działacz na Wileńszczyźnie) i będący jego konsekwencją odwet przeprowadzony przez oddziały AK na przedwojennym terytorium państwowym Litwy. Główną rolę podczas działań odwetowych odegrały dwa pododdziały 5 Brygady Wileńskiej AK (dalej: 5 BW). Jednym z nich dowodził wachm. Antoni Rymsza „Maks”, drugim por. cc Wacław Wiącek „Rakoczy”, pełniący wówczas funkcję zastępcy dowódcy 5 BW. Są one odpowiedzialne m.in. za śmierć 27 osób narodowości litewskiej w miejscowości Dubinki, w tym, niestety, także kobiet i dzieci. Łącznie w dniach 22- 30 czerwca 1944 r. w wyniku działań AK zginęło nie mniej niż 81 osób narodowości litewskiej, z czego ponad 60 od kul żołnierzy 5 BW. Wileńszczyzna, 1944 r. Wachm. Antoni Rymsza "Maks", dowódca 3. Szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK, wraz z zastępcą Janem Kursewiczem "Akacją" idą obok maszerujących żołnierzy 5. Brygady. Dla porządku należy zaznaczyć, że Rokicki nie dokonał żadnego odkrycia w badaniach nad relacjami polsko-litewskimi w latach II wojny światowej. Polskie działania odwetowe podjęte w reakcji na mord w Glinciszkach opisane bowiem zostały, choć nigdy nie tak szczegółowo jak uczynił to Rokicki, zarówno przez żołnierzy AK, uczestników tych działań, jak i przez historyków zajmujących się wojennymi dziejami Wileńszczyzny. Fakt, że ofiarą polskiego odwetu padły wówczas osoby cywilne jest znany każdemu, kto choć trochę interesuje się historią AK na Kresach. Rokicki, korzystając z szerokiej bazy źródłowej, osiągnął natomiast niespotykany dotąd stopień szczegółowości opisu tych wydarzeń, a zwłaszcza obrazu polskiego odwetu. W efekcie jego książka, pełna okropności zawartych w relacjach odnoszących się do śmierci litewskich cywilów, w tym kolejnych kobiet i dzieci, poniesionej z rąk żołnierzy AK, mocno oddziałuje na emocje polskiego czytelnika, czym dodatkowo wzmacnia efekt dyskredytacji postaci „Łupaszki”. Krzyż i tablica pamiątkowa w miejscu pochówku mieszkańców Glinciszek zamordowanych 20 czerwca 1944 r. Z faktami nie należy polemizować, ludzie ci rzeczywiście zginęli, a opisane zdarzenia istotnie miały miejsce i nie mogą być dla strony polskiej powodem do dumy. Można jednak zastanawiać się, czy równie dużą staranność badawczą, jak przy odmalowaniu obrazu okropieństwa polskich działań odwetowych, zachował Rokicki wskazując mjra „Łupaszkę” jako osobę winną temu, że odwet ten został skierowany także wobec litewskich kobiet i dzieci. W tym kontekście zasadnicze pytanie brzmi: czy Rokickiemu rzeczywiście udało się ustalić kto po stronie polskiej był wówczas rozkazodawcą działań, które przyniosły śmierć kobiet i dzieci? W ocenie niżej podpisanych prawidłowa odpowiedź na to pytanie jest niekorzystna dla autora książki. Uważna analiza pracy Rokickiego uzasadnia bowiem tezę, że z góry założył on winę dowódcy 5 BW, por./mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, choć nie potrafił tego w przekonywujący sposób dowieść. Jego tok rozumowania opierał się w tej kwestii, podobnie jak w wielu innych, na przypuszczeniach i spekulacjach. Tymczasem ustalenie dokładnej treści wydanego przez „Łupaszkę” rozkazu podjęcia działań odwetowych wobec Litwinów jest sprawą mającą absolutnie zasadnicze znaczenie dla przesądzenia o jego winie. Dokument ten nie zachował się, podobnie jak raport z odwetowego wypadu pododdziałów 5 BW na Litwę, choć jest wielce prawdopodobne, że takowy został sporządzony. Zapisy na temat owego rozkazu są w polskich relacjach i wspomnieniach bardzo ogólnikowe i wnoszą niewiele informacji. Z relacji „Rakoczego” wynika, że rozkaz istotnie wydał „Łupaszka” i była w nim mowa o egzekucji jako represji na ludności litewskiej. Kogo jednak taka represja miała dotyczyć, „Rakoczy” już nie precyzował. Jest wielce wątpliwe, że „Łupaszka” nakazał zabijanie kobiet i dzieci, ale dla Rokickiego wina dowódcy 5 BW jest oczywista. Dodajmy, że nigdy – ani wcześniej, ani później – rozkazów tego rodzaju „Łupaszka” nie wydał. Możemy posłużyć się analizą porównawczą z działaniami o charakterze odwetowym podejmowanymi przez odtworzoną w 1945 r. na Podlasiu 5 BW; w czasie kampanii wiosenno – letniej 1945 r. tej jednostki miały miejsce trzy tego rodzaju akcje, przy tym w żadnej nie wydano rozkazu represjonowania kobiet lub dzieci. 1944, Wileńszczyzna. Dowództwo 5 Brygady Wileńskiej AK w marszu. Od lewej: rtm Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" [dowódca 5 Brygady], NN, NN, NN, NN, ks. Aleksander Grabowski "Ignacy" [kapelan], ppor. Wiktor Wiącek "Rakoczy" [dowódca 1 komp. 5 Brygady], NN, NN, por. Grabowski "Pancerny", ppor. Sergiusz Sprudin [fotoreporter z Komendy Okręgu]. Fot. Mikołaj Sprudin / zbiory Ośrodka KARTA. Rokicki, nie znając treści rozkazu „Łupaszki” dotyczącego odwetowego wypadu na Litwę, swoje przekonanie o odpowiedzialności dowódcy 5 BW za śmierć kobiet i dzieci, opiera wyłącznie na przypuszczeniach, pisząc m.in. Z praktyki dowodzenia oddziałami partyzanckimi AK wynikałoby, że decyzję o sposobie przeprowadzenia akcji odwetowej podjął dowódca 5. Brygady AK rtm. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Jak można wnioskować ze skutków akcji, za jej cel uznał on najwyraźniej zniszczenie w całości wybranych rodzin. Tak bowiem zamordowano większość ofiar – w grupach rodzinnych. Za wyjątek można uznać cztery przypadki rozstrzelania wyłącznie młodych mężczyzn, czemu nie towarzyszyły represje wobec ich rodzin. Wspominaną w niektórych źródłach przygotowaną przed akcją listę osób do zgładzenia powinno się zatem interpretować jako listę rodzin (str. 61). Dalej pisze Rokicki: Jednocześnie od partyzantów [5 Brygady] wymagano ścisłego wykonywania otrzymanych rozkazów, w tym także egzekucji, nie pozostawiając miejsca na ocenę ich słuszności. Na poparcie tej ostatniej tezy, uznawanej przez autorów niniejszego tekstu za zasadną, przywołuje przykład żołnierza 5 BW Zygmunta Mineyki „Lina”, który zimą 1944 r. za niewykonanie rozkazu likwidacji sowieckiego konfidenta został skazany na karę śmierci, od wykonania której uratował go kapelan oddziału, wstawiając się za „Linem” u „Łupaszki”. W efekcie partyzantowi darowano życie, wydalając go jednak z szeregów 5 BW. Kolejny element rozumowania Rokickiego sprowadza się do spekulatywnego wykluczenia możliwości podjęcia podczas akcji odwetowej działań naruszających rozkaz „Łupaszki”. Przebieg wydarzeń podczas wypadu pododdziałów 5 BW na Litwę jednoznacznie jednak pokazuje, czego Rokicki nie dostrzega bądź dostrzec nie chce, że w trakcie realizacji działań odwetowych doszło do zmiany ich pierwotnych założeń. Bo albo rozkaz „Łupaszki” nakazywał zabijanie całych rodzin, albo zabijanie wyłącznie osadników wojskowych, szaulisów, policjantów i bojówkarzy. Pododdziały 5 BW nie zrealizowały konsekwentnie żadnego z tych założeń. Przyjmując na chwilę tezę Rokickiego, że „Łupaszka” wydał rozkaz zabicia ludzi z listy z ich rodzinami, należy stwierdzić, że w czterech przypadkach dopuszczono się ewidentnej niesubordynacji, która powinna skutkować surowymi konsekwencjami wobec osób winnych niewykonania rozkazu (analogicznie jak w sprawie „Lina”) - nic o tym jednak nie wiadomo. Dwie pierwsze egzekucje odbyły się bowiem według schematu, że ginął tylko mężczyzna wytypowany do likwidacji, a jego rodzinę oszczędzono. W takich samych okolicznościach zginęły także dwie ostatnie ofiary analizowanych działań 5 BW. Czyli zarówno na początku akcji odwetowej pododdziałów 5 BW, jak i w jej końcowym etapie zastosowano ten sam model postępowania, istotnie odmienny od pozostałych wówczas dokonanych egzekucji. Dlaczego zatem tego modelu działania Rokicki nie uznaje za odpowiadający ramom rozkazu Łupaszki ani takiej możliwości nie dopuszcza, forsując wyłącznie tezę przeciwną? Trzeba też zauważyć, że Paweł Rokicki stosuje niejednakowe kryteria przy ocenie odpowiedzialności oficerów AK za przelew krwi podczas odwetowego wypadu na Litwę. Pisze m.in., że: W odrębny sposób [od akcji odwetowej 5 BW] rozpatrywać należy sprawstwo zabójstw dokonanych w trakcie ekspedycji karnej 2. Zgrupowania AK. Przeprowadzona ona została na rozkaz komendanta okręgu ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „ Wilka”, więc przede wszystkim on ponosi za nią odpowiedzialność. Nie sposób tego potwierdzić bez znajomości treści rozkazu ppłk „Wilka” [...] Można jednak mieć wątpliwości, czy podczas realizacji zadania nie doszło do przekroczenia ram rozkazu przez jego wykonawców (str. 193). Mamy zatem u Rokickiego dwie różne miary w stawianiu hipotez badawczych. Nie jest znana ani treść rozkazu „Łupaszki”, ani treść rozkazu „Wilka”, lecz w pierwszym przypadku Rokicki praktycznie wyklucza, że ramy rozkazu „Łupaszki” zostały przekroczone, natomiast w drugim taką możliwość dopuszcza. W swej książce Rokicki cytuje fragment artykułu pt. „Jak prawy żołnierz polski”, który ukazał się 25 czerwca 1944 r. w organie prasowym BIP Komendy Okręgu Wilno „Pobudce”, napisany zapewne przez redaktora tego pisma - ppor. Lecha Beynara vel Pawła Jasienicę „Nowinę”. Jednoznacznie określono tam zasady moralne, jakimi powinni kierować się żołnierze AK (stanowczo odrzucono możliwość represjonowania osób cywilnych, kobiet i dzieci, uznając takie działania za haniebne). Nawet jeśli nie Jasienica był autorem wzmiankowanego tekstu, to bez wątpienia, jako główny redaktor „Pobudki”, z przesłaniem artykułu w pełni się utożsamiał. W tym kontekście bardzo wymowny jest fakt, że oficer ten już we wrześniu 1944 r. oddał się pod rozkazy „Łupaszki” i został jego zastępcą, walcząc u boku dowódcy 5 BW do połowy sierpnia 1945 r. Od lewej: ppor. Lech Leon Beynar "Nowina" (Paweł Jasienica), mjr. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka". Okoliczność ta nie skłoniła jednak Rokickiego do rozważań, czy Paweł Jasienica był aż takim hipokrytą, że w trzy miesiące po ukazaniu się rzeczonego artykułu w „Pobudce” został podkomendnym człowieka, który, jak twierdzi Rokicki, wydał rozkaz zabijania litewskich kobiet i dzieci, czy też jednak przeciwnie - Jasienica podjął taką decyzję, bo o treści rozkazu „Łupaszki” nakazującego podjęcie akcji odwetowej za zbrodnię popełnioną na Polakach w Glinciszkach miał wiedzę odmienną od przemyśleń, które w książce firmowanej przez IPN upowszechnia Rokicki. Dodajmy, że z relacji podkomendnych i współpracowników „Łupaszki” wynika, że stosunki pomiędzy nim i Pawłem Jasienicą charakteryzowały się wzajemnym szacunkiem, zaufaniem i przyjaźnią. Czy można uwierzyć, że intelektualista jakim był Paweł Jasienica pozostawałby w takich relacjach z człowiekiem, który rozkazał zabijać kobiety i dzieci? Czy przyjąłby funkcję jego zastępcy? Maj 1944, Punżanki, woj. wileńskie. Rtm Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (d-ca 5 Brygady Wileńskiej AK) z córką Barbarą. Fot. Sergiusz Sprudin. Zdaniem autorów niniejszego tekstu, „Łupaszka”, wydając rozkaz o zastosowaniu odwetu na Litwinach, nie nakazywał zabijania kobiet i dzieci, zaś ramy jego rozkazu zostały przekroczone przez „Rakoczego” i „Maksa” - dowódców pododdziałów 5 BW skierowanych wówczas przez „Łupaszkę” na przedwojenne terytorium państwowym Litwy w celu wykonania działań odwetowych (sam „Łupaszka” nie wziął udziału w tych działaniach, pozostając z resztą sił 5 BW po polskiej stronie starej granicy państwowej). W pierwszej i ostatniej fazie akcji odwetowej, a zatem bezpośrednio po odebraniu rozkazu „Łupaszki” i gdy bliski był powrót do miejsca postoju dowódcy 5 BW, zastosowano się ściśle do treści rozkazu „Łupaszki”, pozbawiając życia wyłącznie osoby wytypowane do likwidacji. W innych momentach działań odwetowych rozkaz ten przekroczono, wybijając całe rodziny. Kolejna istotną kwestią jest odpowiedź na pytanie czy odwet polski miał być rzeczywiście z założenia ślepy? Na liście osób wytypowanych do egzekucji znaleźli się osadnicy wojskowi, aktywni szaulisi, uczestnicy litewskiego ruchu powstańczego w czerwcu 1941 r., a także policjanci w służbie niemieckiej. Nie byli to ludzie bezbronni. Zaatakowane gospodarstwa zostały wskazane partyzantom 5 BW przez przewodników z siatki terenowej AK, którzy byli doskonale zorientowani, jak poszczególni Litwini zachowywali się w stosunku do Polaków. Że swej broni nie zdążyli oni użyć, to już zupełnie inna kwestia. Co oczywiście nie usprawiedliwia w najmniejszym stopniu tych partyzantów, którzy dopuścili się zabójstw kobiet lub dzieci. Konkluzje poczynione przez Rokickiego odnośnie osoby majora „Łupaszki” wpisują się w doniosły sposób w dyskusję na temat „Panteonu Żołnierzy Wyklętych”. Nasuwają oczywiste pytanie, czy mjr „Łupaszka”, przedstawiony przez Rokickiego jako zbrodniarz wojenny, powinien tam się znaleźć. Problem polega na tym, że przekaz sformułowany przez Rokickiego jest ułomny. Autor nie zdołał ustalić okoliczności zupełnie zasadniczych dla przesądzenia o winie dowódcy 5 BW. Przyjmuje jednak za bezsporne, że „Łupaszka” wydał rozkaz zabijania litewskich kobiet i dzieci, czym skazuje go na infamię w oczach czytelników i szerszej opinii publicznej. Prawi przy tym morały o prawdzie i „właściwej ocenie” wydarzeń i postaci. Cóż, może jednak zdałoby się więcej rozwagi i powściągliwości w formułowaniu tego rodzaju osądów? Także wówczas, gdy ceną za to mógłby być mniejszy rozgłos nazwiska autora książki. dr Kazimierz Krajewski historyk, badacz dziejów polskiego podziemia niepodległościowego, kierownik Referatu Badań Naukowych OBEP Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie, prezes Nowogródzkiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy AK Grzegorz Wąsowski adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego z lat 1944-1954

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości