Początki historii związanych z tajemniczą czarną wołgą sięgają schyłku lat 50-tych XX wieku. Najczęściej przytaczana przez kilka następnych dziesięcioleci legenda mówiła, że GAZ 21 (poprzednik auta widocznego na zdjęciach), a później GAZ 24 pojawiał się na ulicach tylko po zmroku. Grozy miał mu dodawać czarny lakier, połączony w niektórych relacjach z kontrastowymi - białymi oponami lub białymi firankami w oknach. Auto poruszać miało się bez tablic rejestracyjnych.

W legendach o czarnej Wołdze porywającej dzieci jest ziarno prawdy. To zdjęcie na szczęście zostało tylko upozorowane
Przekaz, który od starszych osób można usłyszeć i dzisiaj niejednoznacznie określał, kto zasiadał za kierownicą. Pracownicy Służby Bezpieczeństwa, sataniści, a nawet wampiry czy Żydzi mieli, według podań, powozić czarną, radziecką limuzyną. Powtarza się za to motyw mówiący, że kierowca auta porywał głównie dzieci, a następnie spuszczał im krew jako lekarstwo dla chorych na białaczkę Niemców. Nieprawdopodobne? [[pay]]
W historii o budzącej grozę limuzynie jest ziarno prawdy. W książce „Czarna wołga. Kryminalna historia PRL” pisze o tym Przemysław Semczuk, który dotarł do unikalnych materiałów Instytutu Pamięci Narodowej na ten temat. Chodzi o porwanie Bohdana Piaseckiego, syna znanego działacza politycznego, który miał zostać wciągnięty do GAZ-a 21 i po którym ślad zaginął. Była to jedna z najbardziej tajemniczych spraw Polski Ludowej. Semczuk przytacza też inne, mniej znane historie. „Trzeciego kwietnia 1965 r. do mieszkania państwa Henclów w Warszawie przy ulicy Grochowskiej zapukały dwie kobiety. Podały się za daleką rodzinę męża i poprosiły o przenocowanie. Helena Hencel nie słyszała o kuzynkach, ale wpuściła je do domu. Po kilku godzinach poprosiła nawet, by zaopiekowały się jej trzyletnią córką Lilianną, a sama wyszła do pracy. Była spokojna, bo lada chwila ze szkoły miały wrócić dwie starsze córki. Zaraz po wyjściu pani Heleny kobiety opuściły mieszkanie, zabierając ze sobą małą Lilkę. Gdy Henclowie wrócili do domu, zrozumieli, że ich córeczka została uprowadzona. Wieść o porwaniu dziecka lotem błyskawicy rozeszła się po Warszawie. Dzięki temu już kilka godzin później na milicję zgłosiła się uczennica, która - wracając ze szkoły - widziała dwie kobiety z dziewczynką. Wsiadły do taksówki, czarnej wołgi, na rogu Grochowskiej i alei Waszyngtona”- pisze Przemysław Semczuk. Tę sprawę nagłośniono i wyjaśniono. Porywaczki: Hanna Szlegiel wraz z siostrą oraz zaginiona dziewczynka zostały znalezione w okolicach Otwocka. - „Podkreślano, że sprawę rozwiązano dzięki reakcji „wielu osób”, wspominając jednocześnie, że „nie zgłosił się natomiast do władz kierowca czarnej wołgi […]. Mimo wysiłków milicji nie udało się ustalić numerów samochodu”. To właśnie wtedy czarna wołga, do której wsiadły porywaczki z dzieckiem, wryła się w pamięć ludzi. Z czasem, przy okazji kolejnych zaginięć dzieci, milicja wciąż otrzymywała zgłoszenia o samochodzie tej marki widzianym w okolicy zdarzenia. Śledczy wiedzieli, że jest to fałszywy trop, bo było to auto dość popularne w owym czasie. Podobnymi samochodami często poruszali się partyjni dygnitarze. Mimo to nie dementowano podobnych doniesień. Strach, jaki czarna wołga budziła w społeczeństwie, był władzom na rękę. Po kilku latach auto obrosło miejską legendą, dzięki której rodzice starali się lepiej pilnować dzieci” - wyjaśnia autor książki.
Jednak produkt z radzieckiej fabryki Gorkowskij Awtomobilnyj Zawod w Niżnym Nowogrodzie, poza szemraną reputacją podyktowaną wątpliwymi legendami posiadał wiele zalet. W przypadku auta widocznego na zdjęciach, produkowanego w latach 1967-1985, było to przeogromne wnętrze i przepastny, 580-litrowy bagażnik. Wrażenie nawet dziś robią wymiary. Szerokość auta sięga 1,8 metra (wnętrza aż 1,5 metra!), nadwozie ma blisko 4,8 metra długości. O komfort dbało proste, ale wyjątkowo skutecznie tłumiące nierówności dróg zawieszenie. Prowadzenie nie jest precyzyjne, ale wołga to nie samochód do szybkiego pokonywania zakrętów, lecz majestatycznego toczenia się. To też uczta dla wielbicieli chromów, których w tym pojeździe nie brakuje. Dlatego też kojarzona była i jest jako samochód luksusowy, prestiżowy, jako auto wyjątkowe.

Wnętrze nie do końca jest oryginalne, ale oddaje ducha epoki. Ten samochód zaprojektowano jeszcze w latach 60-tych

Oryginalną, benzynową jednostkę Wołgi zastąpił silnik diesla pochodzący z Mercedesa
- Taka sama wiozła mnie do ślubu, więc mam do niej sentyment– wspomina Stanisław Piątek, właściciel GAZ-a 24 z 1978 roku, którego od jakiegoś czasu można spotkać na drogach gminy Łobżenica. - Dlaczego kupiłem wołgę? Nigdy wcześniej takiego samochodu nie miałem. Była syrena, później przez 9 lat polonez. Jeździłem też autami zagranicznymi: audi, mercedes, hyundai i volvo. Przyszedł czas na wołgę. Lubię trochę majsterkować, a przy takim samochodzie często jest coś do zrobienia. Sądzę też, że dzisiaj legend o tej czarnej limuzynie już się nikt nie boi. Nie budzę grozy w przechodniach, jadąc nią. Raczej przyglądają się z zaciekawieniem – dodaje z uśmiechem pan Stanisław. Jednak kupienie wołgi to nie taka prosta sprawa. Poszukiwania jego egzemplarza trwały kilka miesięcy. - Ogłoszenie znaleźliśmy w internecie. Nie ma ich tam zbyt wiele. To auto było blisko nas. Jeździło wcześniej w Bydgoszczy i woziło pary do ślubu. Adres sprzedawcy kierował do Sępólna Krajeńskiego – mówi pan Stanisław. Pierwsze oględziny potwierdziły, że na nadwoziu i podwoziu nie ma co szukać rdzy. Co prawda lakier miejscami nie jest oryginalny, ale przypomnijmy, że auto ma 37 lat, trudno więc wymagać, by było idealne.

W tym aucie nie ma mowy o pomalowanym plastiku udającym metal. Wszystko jest prawdziwe
Poprzedni właściciel odrestaurował wnętrze nieco odchodząc od oryginału, zmienił też niestety silnik. - Po maską jest diesel 2.0 z mercedesa, ten najsłabszy, czterocylindrowy. Był po remoncie, więc go zostawiłem – mówi pan Stanisław, dodając, że chętniej widziałby tam jednostkę zasilaną benzyną, zwłaszcza że autem jeździ okazjonalnie (zimę wóz spędza w garażu, pod przykryciem). Pierwotnie bowiem w wołgach montowano czterocylindrową, benzynową jednostkę o pojemności 2.4 litra i mocy nieco ponad 95 koni mechanicznych. Co ciekawe, taki sam silnik o całkiem niezłej kulturze pracy i niesłychanie prostej konstrukcji (odpornej na mrozy Syberii) można znaleźć w... wojskowym UAZ-ie! Kolejnych kilka miesięcy po zakupie wołga była dopieszczana. Zyskała m.in. nowy układ wydechowy, nowe resory piórowe z tyłu, nowe elementy przedniego zawieszenia, przeszła ponowny remont silnika bo wcześniejszy okazał się zrobiony niezbyt solidnie oraz konkretną korektę lakieru wraz z woskowaniem, by wydobyć głębię czarnego lakieru. - Ludzie się za nią oglądają - śmieje się pan Stanisław.
Wołga to nie jedyne auto z długą historią, które parkuje w jego garażach. Chcąc przypomnieć sobie czasy młodości wyszukał jeszcze ciekawy, bo bardzo dobrze zachowany w oryginalne egzemplarz poloneza. - Kupiłem go dlatego, bo przypomina, że kiedyś w Polsce, w naszych fabrykach budowało się samochody. Dzisiaj nie mamy nic, co mi się osobiście nie podoba.

Drugie z klasycznych aut pana Stanisława, Polonez, który zamierza podróżować po Polsce

Zasiadać za tą kierownicą było jeszcze w latach 80-tych marzeniem wielu polskich kierowców
Ten egzemplarz był od nowości w jednych rękach i zrobił od 1993 roku nieco ponad 40 tysięcy kilometrów. Ma oryginalny lakier i silnik na gaźniku. Gdy nim odjeżdżaliśmy właściciel, w podeszłym wieku, miał łzy w oczach – mówi pan Stanisław, który polonezem zamierza podróżować. Ma plan zwiedzić polskie wybrzeże, na co przez wiele lat pracy na gospodarstwie nie miał czasu. Nam wypada mu życzyć powodzenia i pogratulować tego, że nie boi się spełniać swoich marzeń. - Większej kolekcji budował raczej nie będę – dodaje pan Stanisław. Czyżby to „raczej” oznaczało, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa?
fot. Sz. Chwaliszewski, M. Tadych
Wykorzystano fragment książki „Czarna wołga. Kryminalna historia PRL” Przemysława Semczuka [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze