Reklama

Do dzieci w kasku

18/02/2013 00:00
- Nie chcę ckliwości czy współczucia. Żeby nie było, że jestem niepełnosprawna,ale wyjątkowo zaradna i robię coś szczególnego. Niech to jest normalne

Emilia Glugla mówi tak na końcu naszego spotkania odnośnie poniższego tekstu, który ma opisać jej życie. Życie wyjątkowe, bo napisane przez pryzmat schorzenia, z którym zmaga się niemal od narodzin. Czy więc da się bez górnolotności, gdy każdy krok to nie lada wyzwanie? Czy da się normalnie, gdy niepełnosprawny czyni w swoim życiu więcej niż zdrowi, pełni sił i niczym nieograniczeni? Tak to już jest, że niektórzy mają w życiu łatwo, ale osiągają niewiele. Innym jest trudniej, jednak zdobywają góry. Nie narzekają na los, nie rozpaczają z powodu ułomności, pozostają skromni i nie czekają na oklaski za to, że żyją. Samodzielnie, normalnie.


Schorzenie nigdy nie było dla Emilii problemem. - Jedni mają rude włosy, ja mam nie w pełni sprawne nogi

[[reklama]]

Niepełnosprawność jak rude włosy
Mózgowe porażenie dziecięce – to ono sprawiło, że 30-letnia obecnie kobieta przez większość życia porusza się o kulach. Rodzinny Wielki Buczek, dzieciństwo, jak mówi - piękne wspomnienia. – Nigdy nie czułam się niepełnosprawna. Nie miałam jakoś zakodowanego tego w głowie. Jedni mają rude włosy, ja mam nie w pełni sprawne nogi. Taka jestem, z tym żyję. Od małego – mówi z szerokim, niezwykle szczerym uśmiechem. – To nigdy nie był dla mnie problem. Zawsze funkcjonowałam z tym harmonijnie, choć bywały oczywiście refleksje, gdy np. nie mogłam pobiegać z koleżankami. Ale na rowerze jeździłam, miałam taki specjalny – śmieje się. – Było mi o tyle łatwiej, że brat również ma podobne schorzenie. Z nim mogłam bawić się w berka – żartuje Emilia. – Były też zabawy z dziećmi z sąsiedztwa, nie tylko z Kubą. Piękne czasy – wspomina z rozrzewnieniem.
Emilię uczono indywidualnie, w domu. Od szóstej klasy poszła do szkoły. – Wtedy poczułam odmienność, wytykanie palcami, ale to były epizody – opowiada. Z dzieciństwa szczególnie pamięta też dużo ćwiczeń, wyjazdów na rehabilitację z rodzicami, także za granicę. – Jeździliśmy pod Berlin, mieszkaliśmy u cioci, spędziliśmy tam łącznie trzy lata. Były tam dzieci wszelkich możliwych nacji. Skośnookie, czarnoskóre... W pewnym sensie to ja miałam życie jak w bajce. Nie czułam się inna, a jeśli nawet, pamiętam, że potrafiłam to wykorzystywać. Cwana byłam – wyznaje. – Ciocia, ta w Niemczech, miała kolekcję starych lalek. Trochę gry z mojej strony i można było coś zyskać – wyjaśnia. – Dzisiaj sama zbieram stare lalki, to jedna z moich pasji. Może trochę ku uczczeniu pamięci cioci.
[[nowa_strona]]
Ambitna indywidualistka
Jest indywidualistką, którą denerwuje nadopiekuńczość. Silna osobowość w połączeniu z ambicją sprawiły, że już jako nastolatka podjęła decyzję o nauce poza domem. Wybór padł na liceum humanistyczne w Policach – szkołę integracyjną z internatem dla osób niepełnosprawnych. – Tamten okres to kolejne cudowne wspomnienia. Dzisiaj jestem samodzielna przede wszystkim dzięki temu, że skończyłam tę szkołę – przyznaje bez chwili wahania. – Oczywiście, że wychowanie przez rodziców w domu dało podstawy, ale śmiem twierdzić, że rodzice nie byliby w stanie uczynić mnie tak niezależną osobą jaką jestem dzisiaj – realnie opiniuje. – Praca wychowawców i nauczycieli była nieoceniona. To oni przygotowali mnie i wielu innych do normalnego życia i indywidualnego funkcjonowania. Pełnili rolę zastępczych rodziców. Byli dobrzy, kochający, poświęcający się, ale też niezwykle surowi i wymagający. Tylko taka postawa mogła przynieść efekty.
Gotowanie, sprzątanie, pranie, mycie okien, a nawet ubieranie pościeli. Tego wszystkiego Emilia nauczyła się w Policach. – Już w pierwszym dniu musiałam sama przebierać pościel. Nigdy tego nie robiłam, zawsze wyręczała mnie mama. Czasami można było nad czymś płakać dwie-trze godziny, ale ostatecznie trzeba było radzić sobie samemu. Sposób nie miał znaczenia, liczyło się osiągnięcie celu – wspomina, z pełnym przekonaniem przyznając, że weszła i wyszła ze szkoły jako dwie różne osoby. – Nie tylko więcej umiałam, ale zmieniłam się również mentalnie. Choć przyznaje, że z myciem okien do dzisiaj ma problemy. – Trudno utrzymać mi równowagę. Muszę być bardzo ostrożna – mówi Emilia, dodając, że ma też lęk przed ruchomymi schodami. – Nie potrafię na nich jeździć.

[[reklama]]

Polonistka, terapeutka, poetka
Średnia szkoła humanistyczna nie była przypadkowym wyborem. – Zawsze miałam w sobie humanistyczną duszę. Już jako dziewczynka chciałam być polonistką. Moim autorytetem od lat jest prof. Jowita Kęcińska-Kaczmarek, która miała ze mną indywidualne lekcje. Zabierała mnie na łąkę, czytałyśmy wiersze Staffa, chyba wyczuła, że to mój świat. Tak narodziła się chyba ta moja wrażliwość – przypuszcza Emilia, która dzisiaj sama pisze wiersze. Wydane zostały już trzy tomiki jej poezji, ostatni kilka miesięcy temu zatytułowany „Anioły skrzydłami dotykają ziemi”.

Anioły skrzydłami dotykają
ziemi.
Gładzą piórami podłogi
szpitalnych korytarzy.
Przysiadają na łóżkach
chorych.
Pomagają im liczyć ostre
sekundy cierpienia.
Pochylają się nad bólem
twardym.
Szepczą: „Wytrzymasz, stąd
bliżej do radości”.

Emilia Glugla

Odważna i ambitna dziewczyna szybko podjęła decyzję o dalszym kształceniu. Kierunek mógł być tylko jeden – studia polonistyczne na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Nie miała problemów z nauką. Humanistyczną żyłkę dostrzegła w niej też promotor pracy magisterskiej, która... zaproponowała Emilii studia doktoranckie. – Stwierdziła, że jestem bardzo zdolna i obawiała się, że przegapi, jak sama przyznała, diament. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale sporo się zastanawiałam nad decyzją. Nie tyle nad tym, czy podołam fizycznie, choć nie było łatwo, bo chodziło o dojazdy na konferencje naukowe w różnych zakątkach Polski, a mieszkam przecież w Bydgoszczy. Bardziej zastanawiałam się, czy tego właśnie chcę. Czysto naukowy świat nigdy mnie nie interesował, chciałam pracować z dziećmi – szczerze przyznaje. Co zrobiła? Połączyła jedno z drugim. Dzisiaj jest na trzecim roku doktoratu z językoznawstwa (praca będzie zatytułowana „Kategoria semantyczna w gwarze krajeńskiej”), a przez trzy lata pracowała jednocześnie jako nauczycielka. Jednak nie w szkole, a w świetlicy socjoterapeutycznej.
[[nowa_strona]]
Test charakteru
– Chciałam, żeby praca była wyzwaniem – argumentuje wybór. I była, bo nie można inaczej nazwać regularnych zmagań z dziećmi i młodzieżą (od 3 do 17 roku życia) z trudnych rodzin, często patologicznych. – Bywało, że maluchów trzymałam na kolanach, a starsi wariowali. Przez pierwsze pół roku słyszałam wiele obelg, a do pracy niekiedy chodziłam w kasku. Nie żartuję. Musiałam, bo rzucały we mnie kamieniami. Te dzieci mają jakąś nieokreśloną nienawiść do wszystkich. Nie ma znaczenia, czy jesteś sprawny, czy nie – mówi z przekonaniem. Po kilku miesiącach, podczas jednych z zajęć, usłyszała pytanie, po co jeszcze przyjeżdża. - Kurwa, a ty jeszcze tu pracujesz? No pracuję – odpowiedziała. - Czemu? – Bo was lubię. Na taką odpowiedź zapadła dłuższa chwila ciszy. – Dzieciaki poszły na papierosy, chociaż nie wolno im było palić. Przyszły z powrotem, a jeden z nich rzekł: Dzień dobry, pani Emilio. Wtedy skruszyliśmy lody. To był ich kilkumiesięczny sprawdzian tego, kto ile wytrzyma. Grupa składała się z dziesięciorga dzieci. Był oczywiście lider, z którym warto było dobrze się trzymać – Emilia z uśmiechem wspomina kolejne 2,5 roku pracy z podopiecznymi.

[[reklama]]

Wyjątkowe wspomnienie
– Później mieliśmy wiele wspólnych, pięknych przeżyć, także w związku z moją niepełnosprawnością. Teatrzyki w ogóle nie wchodziły jednak w grę, a moim zadaniem było coś z nimi zrobić. Więc pracowaliśmy nad scenariuszami z ich życiowego podwórka: alkoholizmem, narkomanią, patologią. Co ciekawe, ich bohaterowie, wszyscy, zawsze wychodzili na prostą. Niestety to była mrówcza, syzyfowa praca, bo każdorazowy powrót tych dzieci do domów przywracał skalę ich problemów.
W pamięci zostało też inne niezwykłe wspomnienie. – Miałam przystanek tramwajowy przy samej niemal pracy, ale nie było krawężnika, nie mogłam wejść do tramwaju, więc zasuwałam spory kawał na kolejny. Jeden z chłopców, agresywny, bardzo rozkrzyczany, zapytał, czemu chodzę tak daleko. Wyjaśniłam, a ten dreptał w kółko i paląc papierosa się zastanawiał. W końcu przyprowadził kilku swoich kolegów. To byli typowi dresiarze. Przedstawili się, poinformowali mnie, że tym razem pomogą mi wejść na tym przystanku. Podzielili się rolami, jeden rozmawiał z tramwajowym, a inni pomagali mi wejść do środka. Taką pomoc zaoferowali mi dwa razy. Doskonale się zorganizowali i znakomicie to zrobili. Z jednym mankamentem, o którym dowiedziałam się po czasie. Otóż powiedzieli tramwajowemu: jak ruszysz, to cię zabijemy – na jej twarzy ponownie pojawia się uśmiech.
Emilia przyznaje jednak, że trzy lata intensywnej pracy też ją wypaliły. Poza tym placówkę rozwiązano. Zmieniła zatrudnienie - początkowo pracowała na dyspozytorni firmy przewozowej dla osób niepełnosprawnych, a obecnie obsługuje stronę internetową jednej z bydgoskich firm. Z podopiecznymi ma jednak kontakt. Pamiętają o pani w kasku w dniu nauczyciela, korespondują za pomocą internetu. – Jedna z dziewczynek została studentką na Akademii Sztuk Pięknych. Czuję swój niewielki wpływ na życie tej dziewczynki – z dumą podkreśla Emilia.
[[nowa_strona]]
Przyjaciel Bóg
Są ambicje, są plany, a co z życiem osobistym? – Mam doświadczenie bycia z kilkoma partnerami. Z jednym z nich byłam przez rok. Był w tym zarówno pewien rodzaj nieodpowiedzialności z ich strony, ale jednocześnie współczucia. Zbyt mało widzieli we mnie kobiety, a bardziej osobę wymagającą opieki. Ja niekoniecznie tylko tego oczekiwałam. Nie chciałam mieć poczucia, że ktoś coś dla mnie czyni bo sądzi, że sama nie dam rady – podsumowuje związki. – Ostatecznie, na dzisiaj, podjęłam decyzję o wstąpieniu do zakonu osób świeckich. Nie przybieram habitu, nie składałam ślubów czystości, chociaż jest taka możliwość. Nie chcę z niej jednak korzystać, po prostu jestem sobie w zakonie, ale niewykluczone, że gdy pojawi się ktoś wyjątkowy...
Emilia przyznaje, że decyzja wstąpienia do wspólnoty wynika z silnego poczucia wiary. – Ona zawsze odgrywała dla mnie kluczową rolę. Ja najzwyczajniej w świecie kocham Boga. Myślę, że jestem z Nim w dobrych relacjach, jesteśmy zaprzyjaźnieni – stwierdza z uśmiechem. – Poza tym sama jestem dzisiaj szczęśliwa. Chyba odkryłam nawet w tym powołanie.

[[reklama]]


Fotka w artystycznym ujęciu

Mądre kreski i latawiec
Jaki jest życiowy cel tej młodej kobiety? – Nie jestem wymagająca od życia. Chciałabym zamieszkać w Krakowie, w którym jestem zakochana. Gdy skończę doktorat być może złożę papiery do pracy na którejś z tamtejszych uczelni. Cały czas marzy mi się też jednak praca z dziećmi. Poza tym takie drobiazgi jak nauczenie się układania kompozycji z kwiatów czy udział w jakichś zajęciach malarskich, żeby opanować sztukę stawiania mądrych kresek. Mogłabym też pisać bajki na zamówienie, są już miejsca, gdzie można się w tym wykazać i na tym zarobić.
Niedawno Emilia trafiła przed obiektyw jednego ze znanych bydgoskich fotografików, Janusza Michalskiego. – Zaprosił mnie na sesję, bo mam, jak stwierdził, piękną, fotogeniczną twarz – mówi skromnie Emilia, przyznając szczerze, że rezultaty dziewięciogodzinnej pracy także dla niej są oszałamiające. – A wcale nie było dużo photoshopa – mówi, delikatnie zawstydzona.
– Co do planów na przyszłość... Nie mogę powiedzieć, że ich nie mam, ale zdecydowanie jestem zwolenniczką bieżącego przeżywania życia. Jutro może mnie przecież nie być, więc nie planuję zbyt daleko. Myślę raczej o tym, co zrobić z tym jednym, najbliższym dniem i jak dobrze go przeżyć. To, co koniecznie muszę zrobić, to puścić latawca na rynku w Krakowie...

Piotr Steffen, fot. Janusz Michalski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości