Szkoły europejskie istnieją od kilkudziesięciu lat. To szkoły, w których uczą się dzieci pracowników instytucji unijnych, europarlamentarzystów. Takie szkoły funkcjonują m.in. w Brukseli, w Varese we Włoszech, w Alicante w Hiszpanii. W Brukseli do szkoły, w której uczyłam, chodziło 4,5 tysiąca uczniów.
Dobrze słyszałeś. To był swego rodzaju kampus dla wszystkich poziomów nauczania, od przedszkola do szkoły ponadgimnazjalnej. W szkole jest siedem sekcji językowych, w tym sekcja polska. Każdy kraj ma prawo do utworzenia własnej sekcji pod warunkiem, że jest wystarczająco duży. Kiedy rozpoczynałam dziewięć lat temu pracę w Brukseli w szkole były trzy nauczycielki z Polski. Jedna uczyła w przedszkolu, dwie pozostałe uczyły w szkole podstawowej w klasach łączonych, tak niewielu było uczniów z Polski. Rozpoczęłam pracę w klasie łączonej trzeciej z czwartą. Kiedy w czerwcu odchodziłam z tej szkoły na każdym poziomie w klasach od I do V były po dwie klasy dzieci z Polski. Nauczycieli z Polski jest obecnie siedemnastu, a wszystkich około dwustu.
Reklama
Przede wszystkim. Dużo uczniów było dziećmi nie tylko urzędników, ale również polskich pracowników NATO. Inna rzecz, że sporo dzieci pochodziło z małżeństw mieszanych. Często było tak, że uczniowie nie potrafili mówić po polsku, w domu do komunikacji używano innego języka. Uczniowie ci często rozpoczynali naukę w szkole z bardzo słabą znajomością języka polskiego. Zatem nie tylko uczyli się pisać, czytać, ale najpierw przede wszystkim mówić po polsku.
Nauczałaś zgodnie z systemem nauczania, jaki obowiązuje w Belgii?
Jak pracowało się pod dyrektorką Szwedką? W jakim języku się komunikowałyście?
Jak zostaje się nauczycielem w szkole europejskiej?
Dlaczego postanowiłaś wrócić?
Nie. Program nauczania był konsultowany z polskim Ministerstwem Edukacji Narodowej i przez ministerstwo akceptowany. Był on jednak spójny z programem szkół europejskich. Bardzo dobrze się pracowało.
Nauczyciel w takiej szkole ma dużą autonomię. Owszem, program trzeba realizować, ale sposób, w jaki nauczyciel to robi, jest jego wyłączną domeną. Nikt ci niczego nie narzuca. Dostępność środków i pomocy dydaktycznych jest niesamowita. Nigdy z czymś takim się nie spotkałam. Zresztą nauczyciel jest bardzo mocno zaangażowany w tworzenie programu nauczania. Ze strony ministerstwa nadzorowała nas dwa razy w roku inspektor. Na miejscu był natomiast dyrektor szkoły. Najpierw była to Francuzka, potem Szwedka.
Reklama
Po francusku. Cały obieg dokumentacji był w tym języku lub w języku angielskim. Wszystko odbywało się z dużym szacunkiem i zrozumieniem. Ciekawe jest to, że Szwedzi wychodzą z założenia, że dziecka nie można wyręczać. Dzieci muszą być samodzielne, nie wolno chować ich pod kloszem, muszą nabywać jak najwięcej umiejętności życiowych. Było to interesujące doświadczenie. Tak samo jak ciekawym doświadczeniem było obserwowanie, jak Niemcy uczą matematyki. Przyznaję, są w tym najlepsi. Tak jak najlepsi w rozbudzaniu do sztuki są Hiszpanie i Francuzi. Niezwykle interesujące było realizowanie projektów między sekcjami językowymi. Była radość ze wspólnego tworzenia i zabawy, a nie konkursy i rywalizacja.
Naszym atutem jest różnorodność i elastyczność. Nas też podglądali. Nigdy nie czułam się tak bardzo Polką jak właśnie tam. Z dumą prezentowałam z uczniami nasze zwyczaje i kulturę.
W szkole pracuje się dużo, osiem godzin dziennie od 8:00 do 16:00. Ale jest to praca dająca ogromną satysfakcję.Reklama
Nie. Pracuje się w szkole.
Wszystko jest tu przejrzyste, otwarte, bazujące na atmosferze wzajemnego zaufania. Jeden drugiemu zawsze pomoże i nie ma znaczenia, czy jesteś z Polski, Włoch, Francji czy Niemiec. Chciałoby się powiedzieć, że idealna.
Nie było łatwo, mimo że przeprowadziliśmy się do Brukseli niemal całą rodziną. Moje córki zostały rzucone na głęboką wodę, musiały błyskawicznie nauczyć się języka francuskiego. W Złotowie został syn i to było najtrudniejsze. Mąż dostał pracę w szkole przy ambasadzie, gdzie pracował z uczniami polskich emigrantów. Rok później Polska otrzymała etat nauczyciela sportu w szkole średniej i Tomek wygrał konkurs zorganizowany przez MEN na to stanowisko. Jest nauczycielem sportu, lekcje prowadzi po angielsku, bo pracuje w grupach wielonarodowościowych. Obecnie pracuje dziewiąty rok i też powoli kończy swój kontrakt.
Reklama
Trzeba wygrać konkurs zorganizowany przez ministerstwo. W 2007 roku w maju wygrałam konkurs na dyrektora Szkoły Podstawowej nr 1 w Złotowie. W tym samym czasie stawałam do konkursu do pracy w Brukseli. Wygrałam go i trzeba było dokonać wyboru. Nie zastanawiałam się. To było wyzwanie i ciekawość nowego.
Nie musiałam, chciałam. Od początku wiedziałam, że wrócę do Złotowa. Raz, że tęskniłam, a dwa, że tu jest mój dom.
Tak. Prowadzę świetlicę szkolną w Jedynce.
W swojej macierzystej szkole prowadzę świetlicę szkolną. Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego otrzymałam propozycję z innej szkoły, by na zastępstwo prowadzić lekcje biologii.
Reklama
Nauczycielem nauczania zintegrowanego, mam dyplom uprawniający do nauki biologii i przyrody.
26.
Nie wiem. Wiem tylko, że bardzo wielu nauczycieli, którzy pracowali w szkołach europejskich i wrócili do Polski spotkał ten sam los. Ale damy radę.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Kocham Cie
byłoby fajnie...
tylko w Polsce pracują nauczyciele tak krótko , gdyby mieli 8-godzinny dzień pracy w szkole codziennie to by szanowali pracę
No i dobrze.. Czas zdetronizować tego i owego ;-)
Początek kampanii przyszłej dyrektorki?
WSPANIAŁA KOBIETA :)
Kocham Cie
byłoby fajnie...
tylko w Polsce pracują nauczyciele tak krótko , gdyby mieli 8-godzinny dzień pracy w szkole codziennie to by szanowali pracę