Obracam w rękach małe cudo. Pocieram o draskę. Odciągam zawleczkę z grawerem, zaglądam - w środku pusto. - Wiesz, co to jest? - pyta pan Andrzej. Pojęcia nie mam...
Na białych, kuchennych szafkach tłoczą się dziwne sprzęty. Pomalowane srebrzanką, na specjalnych podstawkach. Niektóre potrafię rozpoznać, zastosowanie części z nich stanowi dla mnie jednak zagadkę. Na jej rozwikłanie muszę chwilę poczekać – wpierw wybieramy się na poddasze. Obite miękką, czerwoną tkaniną schody tłumią nasze kroki. Mój przewodnik otwiera jedne z drzwi, rozbłyskuje światło i naszym oczom ukazują się dziesiątki przedmiotów. Zgrzebło – to pierwsze, co prezentuje Andrzej Laudy, kolekcjoner sprzętów, które przed laty używano w wiejskich gospodarstwach. Metalowe zęby do czesania lnu nadgryzł – też ząb – tyle że czasu. Niektóre elementy zdążyły się wykrzywić. Dotykam przykurzonego, zadziwiająco gładkiego drewna. Zgrzebło opiera się o stare radio lampowe. Obok lampa naftowa. Pan Andrzej bierze w dłonie małe „coś”. „Coś” ma kształt łyżeczki, tyle że pustej w środku, przedzielonej prętem. - Co to? - pytam. - Próbowaliśmy z kolegami do tego dojść, ale się nie udało. Nie wiemy – pada szczera odpowiedź. „Dziurawa łyżeczka” wraca na swoje miejsce. Za cel obieramy dwa automaty – jak żartuje mój rozmówca. Tary, jedna z nich to pamiątka po tacie. Falistą blachę w drewnianej oprawie częściowo spowiła rdza, podobnie drugą „pralkę”, obie są jednak w świetnym stanie. Lutlampy również. To wszystko? - pytam o eksponaty. - Mam jeszcze zdjęcie teściowej – panu Andrzejowi nie można odmówić humoru.
www.zlotowskie.pl - Drylownice - ręczna i półałtomat
[[reklama]] Wracamy na dół – tylko po kurtkę. Przecinamy podwórze, pan Andrzej kuca przy koronach pieców przykrytych blachą. Korony... też kucam, wspólnie oglądamy elementy. Zapiaszczone, na pewno do renowacji, ale piękne. W sam raz na kominek. Albo na piec, których i dziś nie brakuje. Pan Andrzej kreśli na ziemi, jak to powinno wyglądać. - Rysuję dla Ciebie. Tu kafle, tu, u góry korony – tłumaczy. Wracamy do domu.
Graciarnia z duszą
Na stole paruje herbata, obok leży tajemnicza łuska. – Wiesz, co to jest? – pyta pan Andrzej. Kręcę głową. Przesuwam po stali palcami, na wierzchu wygrawerowany rocznik - 38`. Pan Andrzej wie. - Tu wkładało się watę, zalewało benzyną – objaśnia. Zapalniczka – ot i cała tajemnica. - To jedna z pierwszych rzeczy, które u siebie miałem – A. Laudy mówi o kolekcji. - Wysłałem to kiedyś w kopercie do Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie – wspomina. - Pomyślałem, że co u mnie będzie leżeć. Niech to postawią, pokażą. Za jakiś czas dostaję kopertę, w środku zapalniczka. Odpisali, że oni się tym nie zajmują, tylko dział przyjmowania eksponatów – pasjonat dał za wygraną. Nie chcą, to nie.
Pan Andrzej przyjmowania eksponatów nie odmawia, warunek musi być jednak jeden – wszystkie muszą mieć związek z gospodarstwem domowym. Jego kolekcja bazuje na sprzętach podarowanych przez znajomych, odkupionych od kogoś za parę groszy lub wyszperanych w punktach skupu złomu. Z takiego punktu właśnie do domu J. Laudego trafiła pokrywa żelazka z duszą. Ludwisarz pięknie wyprofilował rączkę. - Wąż – mówi pan Andrzej. - Smok – mnie tak się wydaje. Rączkę innego żelazka zdobi głowa diabła, kolejnego – litera G. Odchylam korbkę, zaglądamy do środka – pusto. Po węglu ani śladu. [[nowa_strona]] Na stół wędruje kolejny przedmiot. Młotek. Zdążył się nieco obtłuc. - Widać, że używany – stwierdzamy zgodnie. - Największy sentyment mam do maszynki do makaronu, ciekawi mnie też właśnie ten młotek. Gdybym miał coś zabrać ze sobą na bezludną wyspę to te dwie rzeczy – śmieje się nasz rozmówca. W przerwie pomiędzy kolejnymi prezentacjami na stół wjeżdża sałatka. Pyszna. - Ty będziesz jadła, a ja będę mówił – postanawia pan Andrzej. Szansy na sprzeciw nie ma.
Działa, a jakże!
A. Laudy gromadzi, historyczny już sprzęt, od jakichś 15 lat. W tym czasie uzbierał około 35 eksponatów. Historii każdego z nich nie zna, zresztą nie ona jest dla niego najważniejsza. - Tu jest artyzm i prostota równocześnie – mówi, wskazując na bogato zdobioną maszynkę do makaronu. Gięta korbka odsłania niemiecki napis. - Nie pamiętasz tych czasów, jak w Polsce brakowało makaronu. W latach 80` kryzys był – wracamy pamięcią do komuny. - Tu się wkładało wałek ciasta, kręciło rączką i wychodził piękny makaron.
www.zlotowskie.pl - Pan Andrzej prezentuje cudo, które mnie spodobało się najbardziej - zapalniczkę
W kuchennej galerii lądują przede mną kolejne dwa urządzenia – o tej samej funkcji. Drylownice do wiśni. Jedna z nich to już „półautomat” - chwali pan Andrzej. - Tu wrzucamy owoce – pokazuje A. Laudy. - Tu podstawiamy pojemnik na pestki, a tu na miąższ – omiata ręką urządzenie. - Działa – zaznacza mężczyzna – sam sprawdzałem! Na stole pojawia się jeszcze otwieracz do konserw sprzed wojny, przyrząd do purée z lat 50`, młynki do kawy i prawdziwa perełka – krowi dzwonek. Dźwięk przywodzi na myśl szwajcarskie łąki. Na blacie waga kuchenna z szalkami, obok komplet odważników. Wszystko zamknięte w domowej „galerii”, którą, prócz bliskich, rzadko komu jest dane oglądać. – Nie afiszuję się ze swoim sprzętem, mam go dla siebie – tłumaczy. - Może kiedyś będzie komuś służyć do oglądania. Jak kiedyś jakaś izba pamięci powstanie... - zastanawia się mężczyzna. - Odda Pan? - Ja nie. Za bardzo się z wszystkim zżyłem. Może dzieci kiedyś tak zrobią – zamyśla się.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze