Reklama

Ekwipunek na bezludną wyspę

14/05/2013 00:00
Obracam w rękach małe cudo. Pocieram o draskę. Odciągam zawleczkę z grawerem, zaglądam - w środku pusto. - Wiesz, co to jest? - pyta pan Andrzej. Pojęcia nie mam...

Na białych, kuchennych szafkach tłoczą się dziwne sprzęty. Pomalowane srebrzanką, na specjalnych podstawkach. Niektóre potrafię rozpoznać, zastosowanie części z nich stanowi dla mnie jednak zagadkę. Na jej rozwikłanie muszę chwilę poczekać – wpierw wybieramy się na poddasze. Obite miękką, czerwoną tkaniną schody tłumią nasze kroki. Mój przewodnik otwiera jedne z drzwi, rozbłyskuje światło i naszym oczom ukazują się dziesiątki przedmiotów. Zgrzebło – to pierwsze, co prezentuje Andrzej Laudy, kolekcjoner sprzętów, które przed laty używano w wiejskich gospodarstwach. Metalowe zęby do czesania lnu nadgryzł – też ząb – tyle że czasu. Niektóre elementy zdążyły się wykrzywić. Dotykam przykurzonego, zadziwiająco gładkiego drewna. Zgrzebło opiera się o stare radio lampowe. Obok lampa naftowa. Pan Andrzej bierze w dłonie małe „coś”. „Coś” ma kształt łyżeczki, tyle że pustej w środku, przedzielonej prętem. - Co to? - pytam. - Próbowaliśmy z kolegami do tego dojść, ale się nie udało. Nie wiemy – pada szczera odpowiedź. „Dziurawa łyżeczka” wraca na swoje miejsce. Za cel obieramy dwa automaty – jak żartuje mój rozmówca. Tary, jedna z nich to pamiątka po tacie. Falistą blachę w drewnianej oprawie częściowo spowiła rdza, podobnie drugą „pralkę”, obie są jednak w świetnym stanie. Lutlampy również. To wszystko? - pytam o eksponaty. - Mam jeszcze zdjęcie teściowej – panu Andrzejowi nie można odmówić humoru.


www.zlotowskie.pl - Drylownice - ręczna i półałtomat

[[reklama]]
Wracamy na dół – tylko po kurtkę. Przecinamy podwórze, pan Andrzej kuca przy koronach pieców przykrytych blachą. Korony... też kucam, wspólnie oglądamy elementy. Zapiaszczone, na pewno do renowacji, ale piękne. W sam raz na kominek. Albo na piec, których i dziś nie brakuje. Pan Andrzej kreśli na ziemi, jak to powinno wyglądać. - Rysuję dla Ciebie. Tu kafle, tu, u góry korony – tłumaczy.
Wracamy do domu.

Graciarnia z duszą

Na stole paruje herbata, obok leży tajemnicza łuska. – Wiesz, co to jest? – pyta pan Andrzej. Kręcę głową. Przesuwam po stali palcami, na wierzchu wygrawerowany rocznik - 38`. Pan Andrzej wie. - Tu wkładało się watę, zalewało benzyną – objaśnia. Zapalniczka – ot i cała tajemnica. - To jedna z pierwszych rzeczy, które u siebie miałem – A. Laudy mówi o kolekcji. - Wysłałem to kiedyś w kopercie do Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie – wspomina. - Pomyślałem, że co u mnie będzie leżeć. Niech to postawią, pokażą. Za jakiś czas dostaję kopertę, w środku zapalniczka. Odpisali, że oni się tym nie zajmują, tylko dział przyjmowania eksponatów – pasjonat dał za wygraną. Nie chcą, to nie.

Pan Andrzej przyjmowania eksponatów nie odmawia, warunek musi być jednak jeden – wszystkie muszą mieć związek z gospodarstwem domowym. Jego kolekcja bazuje na sprzętach podarowanych przez znajomych, odkupionych od kogoś za parę groszy lub wyszperanych w punktach skupu złomu. Z takiego punktu właśnie do domu J. Laudego trafiła pokrywa żelazka z duszą. Ludwisarz pięknie wyprofilował rączkę. - Wąż – mówi pan Andrzej. - Smok – mnie tak się wydaje. Rączkę innego żelazka zdobi głowa diabła, kolejnego – litera G. Odchylam korbkę, zaglądamy do środka – pusto. Po węglu ani śladu.
[[nowa_strona]]
Na stół wędruje kolejny przedmiot. Młotek. Zdążył się nieco obtłuc. - Widać, że używany – stwierdzamy zgodnie. - Największy sentyment mam do maszynki do makaronu, ciekawi mnie też właśnie ten młotek. Gdybym miał coś zabrać ze sobą na bezludną wyspę to te dwie rzeczy – śmieje się nasz rozmówca. W przerwie pomiędzy kolejnymi prezentacjami na stół wjeżdża sałatka. Pyszna. - Ty będziesz jadła, a ja będę mówił – postanawia pan Andrzej. Szansy na sprzeciw nie ma.

Działa, a jakże!

A. Laudy gromadzi, historyczny już sprzęt, od jakichś 15 lat. W tym czasie uzbierał około 35 eksponatów. Historii każdego z nich nie zna, zresztą nie ona jest dla niego najważniejsza. - Tu jest artyzm i prostota równocześnie – mówi, wskazując na bogato zdobioną maszynkę do makaronu. Gięta korbka odsłania niemiecki napis. - Nie pamiętasz tych czasów, jak w Polsce brakowało makaronu. W latach 80` kryzys był – wracamy pamięcią do komuny. - Tu się wkładało wałek ciasta, kręciło rączką i wychodził piękny makaron.


www.zlotowskie.pl - Pan Andrzej prezentuje cudo, które mnie spodobało się najbardziej - zapalniczkę

W kuchennej galerii lądują przede mną kolejne dwa urządzenia – o tej samej funkcji. Drylownice do wiśni. Jedna z nich to już „półautomat” - chwali pan Andrzej. - Tu wrzucamy owoce – pokazuje A. Laudy. - Tu podstawiamy pojemnik na pestki, a tu na miąższ – omiata ręką urządzenie. - Działa – zaznacza mężczyzna – sam sprawdzałem! Na stole pojawia się jeszcze otwieracz do konserw sprzed wojny, przyrząd do purée z lat 50`, młynki do kawy i prawdziwa perełka – krowi dzwonek. Dźwięk przywodzi na myśl szwajcarskie łąki. Na blacie waga kuchenna z szalkami, obok komplet odważników. Wszystko zamknięte w domowej „galerii”, którą, prócz bliskich, rzadko komu jest dane oglądać. – Nie afiszuję się ze swoim sprzętem, mam go dla siebie – tłumaczy. - Może kiedyś będzie komuś służyć do oglądania. Jak kiedyś jakaś izba pamięci powstanie... - zastanawia się mężczyzna. - Odda Pan? - Ja nie. Za bardzo się z wszystkim zżyłem. Może dzieci kiedyś tak zrobią – zamyśla się.

Patrycja Koplin


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości