- Nie straszcie chorych księdzem i Panem Jezusem. Nie wciskajcie do trumny książeczek, obrazków, różańców, skoro zmarły nie wiedział, do czego one służą - apeluje ksiądz proboszcz Jan Rataj
Podczas jednej z niedzielnych mszy świętych padły z ust Księdza twarde słowa. Było widać reakcję wiernych; słuchano w skupieniu, dyskutowano później o tym w domach. Nazbierało się w ostatnim czasie problemów?
Ja bym ten problem nazwał hipokryzją. Dzisiaj każdy bierze od życia to, co mu wygodne. Tak samo jest w kwestii wiary: ludzie traktują wiarę jak szwedzki stół, biorą to, co im pasuje. Mamy dziesięć przykazań, ale mi pasuje siedem, resztę odrzucam albo je lekko traktuję. To jest naginanie nauki kościoła do swojej sytuacji. Nikt oczywiście nie jest idealny, wszyscy grzeszymy, upadamy, ale staramy się być lepszymi, żadnego z przykazań nie odrzucamy.
Nie ma nakazu bycia wierzącym.
Tak, Bóg dał ludziom możliwość wyboru. Zaprasza do siebie.
Wspomniał Ksiądz na mszy, że „oberwało” się Księdzu za skrytykowanie tych, którzy nagle przypomnieli sobie, że mają w domu chorego. Tylko że było już za późno.
Tak. Mówiłem o zaniedbaniu wobec ludzi chorych w sferze ducha. Ludzie boją się zaprosić księdza z sakramentem chorych do domu. Dziwne są jednak ich tłumaczenia: jeszcze nie teraz, nie będziemy straszyć babci czy dziadka księdzem, bo ze strachu na pewno umrze. Podkreślam: straszyć księdzem i Panem Jezusem?! Jezus dla osób przyjmujących Go w kościele jest źródłem życia, natomiast ten sam Jezus, którego kapłan przyniesie do domu chorego - zabija. To jest porażające, nie wiem, skąd to się bierze.
Może stąd, że dawniej sakrament ten nazywany był "ostatnim namaszczeniem".
Tak, był taki okres w historii kościoła, zresztą uczyliśmy się tego z katechizmu, że sakrament chorych był określany "ostatnim namaszczeniem". Po Soborze Watykańskim II zaczęto przywracać właściwy sens, nazwano to sakramentem chorych, w tym także - umierających. Mam na ten temat swoje przemyślenia: członek rodziny nie chce zaprosić księdza, żeby chorego nie wystraszyć, z kolei chory boi się wołać księdza, żeby rodzina nie pomyślała, że z nim tak źle. Nie chce też robić problemów najbliższym swoją osobą i koło się zamyka. Stosując tę logikę można powiedzieć: po co w takim razie wołać lekarza, przecież może się zdarzyć, że zaraz po jego wyjściu chory umrze. Tymczasem niektórych odwiedzam z Panem Jezusem przez wiele lat i ci ludzie żyją.
Doceniają, ale już po śmierci.
Ale często okazuje się, że jest już za późno. Nagle objawia się ogromna troska o zmarłego, bliscy nalegają, żeby przyjść i namaścić ciało. To jest sakrament chorych, a nie zmarłych. Rodzina zaczyna nadrabiać zaległość względem chorego, próbuje zrekompensować swoje zaniedbanie. Nie powinno, ale jednak mnie śmieszy wkładanie - powiedziałbym nawet wciskanie na siłę - do trumny książeczek do nabożeństwa, różańców, obrazków w sytuacji, kiedy zmarły nigdy za życia ich nie używał. Szczególnie drażni mnie w ustach tych oziębłych religijnie ludzi podkreślenie, że...
To tylko fragment artykułu Ryszarda Mikietyńskiego z AL 17/2014, s. 15
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze