- Myślałam: Nie mogę paść, nie mogę się poddać, bo będzie po mnie. To, że mimo spadających na jej twarz ciosów Iwonie udało się wyrwać z rąk napastnika, zawdzięcza wyłącznie własnej sile. - Przechodzień nie zareagował - wspomina
23 listopada. Iwona jak co dzień szykuje się do pracy. Ubiera kurtkę, buty, około godziny 5.00 wychodzi z domu. Kompletnie pozbawiona jakichkolwiek złych przeczuć przemierza pustą o tej porze ulicę miasta. W okolicy parku miejskiego, 200 metrów od budynku komendy policji dostrzega sylwetkę nadchodzącego z naprzeciwka mężczyzny. Wygląda normalnie, ot, zwykły przechodzień. - Nie zataczał się, nie miałam żadnych podejrzeń – przypomina sobie dwudziestolatka. Chłopak minął ją, znikł z pola widzenia. I nagle szok.
Niczego niespodziewająca się Iwona czuje, jak silne ręce chwytają ją za ubranie. - Szarpał mnie, bił po twarzy. Krzyczał: idziesz ze mną albo Cię zabiję! - mimo że od zdarzenia minęło już ponad pół roku nasza rozmówczyni doskonale pamięta każdy szczegół. - Miał twarz w bliznach, jak po ospie – jej pamięć wciąż jest żywa. - Myślałam: za nic nie mogę paść, nie mogę się poddać, bo będzie po mnie.
Nie taki znów bohater
Iwona była w kompletnym szoku. - Nie wiedziałam, co się dzieje – opowiada, wspominając, że iskierka nadziei na ratunek obudziła się w niej wtedy, kiedy kątem oka dostrzegła przechodzącego przez pasy człowieka. Spodziewała się, że ten jej pomoże, może nawet nie tyle co siłą odciągnie od niej napastnika, ale chociaż krzyknie, zadzwoni po pomoc. Nic z tego. Mężczyzna minął ich, udając, że sytuacji nie dostrzega. Iwona znalazła jednak w sobie dość siły, by się wyrwać. Kiedy napastnik zauważył, że jej wzrok spotkał się ze wzrokiem przechodnia, na moment stracił czujność. Dziewczyna wyszarpnęła się z jego uścisku i pobiegła w kierunku mężczyzny. W tym czasie oprawca uciekł.
- Zapytałam wprost: dlaczego Pan nie zareagował? Usłyszałem, że myślał, że to zwykła sprzeczka w związku - z wyrzutem wspomina Iwona, nie mogąc przeboleć, że w dzisiejszych czasach widok okładanej pięściami kobiety nie skłania do żadnej reakcji. Mało tego, mężczyzna nie dość, że początkowo nie udzielił naszej rozmówczyni wsparcia, to kiedy już dowiedział się, że ta została napadnięta, nie zamierzał zaoferować szerszej pomocy. - Odprowadził mnie do PKS-u. Sama szłam przez tory w kompletnej ciemnicy – dziś Iwona sama się sobie dziwi, że po tak traumatycznym zdarzeniu zdecydowała się pójść do pracy aż na Kujańską. Sama. - Byłam w szoku, nic do mnie nie docierało – wspomina.
Ręka na dzwonku
Dopiero kiedy o zajściu opowiedziała współpracownikom, natychmiast zawieziono ją na komendę. Tam, po ok. 20 minutach oczekiwania, wzięto ją na przesłuchanie. - Spisali wszystko i kazali iść do domu – opowiada nasza rozmówczyni, dodając, że poinformowano ją, że kiedy złapią sprawcę dadzą jej znać. Nikt nie zaproponował wezwania lekarza. Jak opowiada, dopiero kiedy zadzwoniła do mamy i opowiedziała jej, co ją spotkało, ta bezwzględnie nakazała jej pójść do lekarza rodzinnego. Otrzymała skierowanie do szpitala, spędziła tam cztery dni. W trakcie pobytu sporządzono portret pamięciowy, a potem pokazano fotografie osób potencjalnie mogących być sprawcami napaści. Iwona beż wątpliwości wskazała mężczyznę. Okazał się nim 21-latek ze Złotowa, który był już wcześniej notowany za różne przestępstwa, za jedno z nich odsiadywał nawet wyrok.
Działania policji nie dały jednak Iwonie poczucia bezpieczeństwa. - To był dla mnie bardzo ciężki czas. W szpitalu cały czas trzymałam rękę na dzwonku, żebym w razie czego mogła wezwać pomoc. Bałam się iść wykąpać, bałam się gdziekolwiek wyjść. Jak wróciłam do domu, nawet po zakupy nigdy nie chodziłam sama, do pracy zabierała mnie koleżanka. Pierwsze dwa miesiące to był koszmar. Nigdy tego nie zapomnę, strach pozostanie na zawsze – opowiada Iwona, mając jednak cichą nadzieję, że przykre wspomnienia w końcu kiedyś zbledną.
Dzisiaj nasza rozmówczyni nie wychodzi z domu bez gazu. Pomału uczy się normalnie funkcjonować. Od razu po powrocie ze szpitala wprowadziła w swoje życie pewien rygor. - Zrezygnowałam z urlopu, od razu wróciłam do pracy. Nie chciałam siedzieć w domu i myśleć o tym, co się stało. Obowiązki pomogły mi wrócić do rzeczywistości – opowiada, wyjaśniając, że wcale nie było to łatwe. Na własną rękę zorganizowała sobie spotkania z psychologiem. Doktor zaleciła jej, by codziennie, by przełamać lęk, o godzinę później wychodzić z domu i spacerować w okolicy, w której została napadnięta. - Szłam i trzymałam gaz w ręku – Iwona bała się, że sytuacja może się powtórzyć. Bała się też konfrontacji z napastnikiem, ale wiedziała, że musi wrócić do życia. - Musiałam zacząć normalnie funkcjonować.
Dlaczego ja?
Iwona ma silny charakter. Jest pełna optymizmu, tryska humorem. Gdzieś w niej głęboko ukryty ciągle czai się strach, ale po policzkach już nie płyną łzy. - Swoje wypłakałam – mówi z mocą, przyznając, że miesiące prób pogodzenia się z losem dały rezultat. - Już o tym nie myślę – zapewnia. Udało się jej też znaleźć odpowiedź na po wielokroć zadawane sobie wcześniej pytanie: dlaczego ja? - Normalnie żyję, nic złego nie robię, więc nie mogłam zrozumieć, dlaczego akurat mnie to spotkało. Dziś wiem, że mogło spotkać każdego. To był przypadek, każdy inny mógł być na moim miejscu. Kolejne pytanie, które pojawiło się w głowie Iwony: Czy potrafiłabym żyć, gdyby do TEGO doszło. - Nie wiem, czy bym sobie z tym poradziła, może wolałabym nie żyć.
Znieczulica
- Najbardziej boli mnie to, że ludzie przechodzą obok czyjejś krzywdy i w ogóle nie zwracają na nią uwagi – Iwonie nie mieści się to w głowie. - Jak można było nie zareagować? - pyta z niedowierzaniem.
Patrycja Koplin
21-latek został oskarżony o kierowanie pod adresem dziewczyny gróźb pozbawienia życia. Sąd orzekł wobec niego karę 4 miesięcy pozbawienia wolności.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze