Reklama

Kilka żyć uratowaliśmy

06/05/2013 00:00
Od kilkunastu lat wspiera alkoholików w walce z nałogiem. Rzadko sami chcą pomocy. Zdarza się, że traktują go jak intruza, który z buciorami wchodzi w życie. Efekt? Parę osób przeżyło, kilku niestety zmarło. - Nikt mnie nie oszuka - przekonuje Zbigniew Tumalewicz

Od około 15 lat przewodniczy Pan gminnej komisji alkoholowej. Po takim czasie ma Pan przekonanie, że jest ona potrzebna?
Funkcjonowanie takich komisji opiera się o wychowanie w trzeźwości, a to znaczy, że są one bardzo potrzebne. Niektórzy trochę się śmieją, że pieniądze na ich działalność pochodzą z koncesji ze sprzedaży alkoholu, ale trudno, tak to już działa.

Jest w tym jednak paradoks, że tym więcej macie pieniędzy, im ludzie częściej sięgną po gorzałę.

Tylko z boku tak to wygląda. Czy byłaby komisja, czy nie, czy działałaby ustawa o trzeźwości, czy by jej nie było, ludzie i tak by pili. Chwała, że część z tych pieniędzy trafia na taką działalność. Poza tym ludzie zapominają, że my nie walczymy z alkoholem, bo z nim nie można i nie należy w pewnym sensie walczyć. Wszystko jest dla ludzi. My rozwiązujemy problemy, jakie powstają wskutek nadmiernego picia, a to co innego. Oczywiście profilaktykę też prowadzimy, ale część działalności to prowadzenie punktu konsultacyjnego, gdzie można zasięgnąć pomocy zawodowego terapeuty. To są ważne rzeczy, które kiedyś były tematami tabu. Teraz trochę się to zmieniło. Dla porównania powiem, że 15-20 lat temu leczenie odwykowe polegało głównie na tym, że pacjenta kierowano do ośrodka, tam brał prochy i na tym się kończyło. Teraz mamy naprawdę szeroko rozwiniętą terapię. To wszystko mocno się rozwinęło, a od jakiegoś czasu alkoholizm oficjalnie jest uznany za chorobę. Wszystkie te rzeczy pomagają w walce z problemem.
[[reklama]]
Przez te kilkanaście lat stał się Pan w pewnym sensie fachowcem w tym temacie?
Na pewno dzisiaj wiem więcej niż kilkanaście lat temu, gdy zaczynałem pracę w komisji. Ale nie jestem żadnym fachowcem tematu. Tym bardziej, że z problemem alkoholizmu miałem osobiste, długoletnie doświadczenia. Skoro sam jestem człowiekiem uzależnionym, nie powinienem chyba określać się mianem fachowca tej dziedziny.

Czy właśnie z racji własnych doświadczeń podjął się Pan tej pracy? Sądzi Pan, że mając określone przeżycia jest Pan w stanie bardziej innym pomóc?
Być może. Jestem w końcu dowodem, że można przestać, bo nie piję już od wielu lat. Zawsze mogę więc powiedzieć, że jak się chce to można. Nikt mnie nie oszuka.

Jaki procent ludzi, którzy do Was trafiają, naprawdę chce się leczyć? Ilu udało się wyciągnąć z nałogu?
To bardziej złożona kwestia. Takich, którzy sami przychodzą i mówią: pomóżcie, nie chcę pić, a chcę normalnie żyć, jest niestety niewielu. Większość trafia do nas za namową rodziny, znajomych, sąsiadów, kuratorów sądowych, fachowców od spraw uzależnień. Mówiąc krótko, większa część pojawia się u nas z przymusu. Łącznie przez te 15 lat trafiła do nas, jak sądzę, ponad setka ludzi, może nawet jakieś 150 osób. Kilku z nich trwale dzisiaj nie pije, więc tę garstkę żyć rzeczywiście udało się uratować.

Kto częściej zagląda do kieliszka: kobiety czy mężczyźni?
To się zmienia. Kiedyś była opinia, że tylko chłop pije, co jest oczywiście nieprawdą. Aktualne statystyki zresztą to potwierdzają. Ale mężczyzn jest jednak więcej. Wiem, o czym mówię, bo przez pierwsze lata działalności naszego punktu konsultacyjnego osobiście tam pracowałem. Terapeuta zawodowy przyjmuje u nas trzeci rok, obecnie raz w miesiącu. Statystycznie na dyżur przychodzą 2-3 osoby.
Często są to mieszkańcy sąsiednich gmin, bo w swoich miejscowościach krępują się takich wizyt. Nie znaczy to jednak, że te punkty nie są potrzebne. Wręcz przeciwnie. Działalność punktów w gminach ma ogromną rację bytu, choćby właśnie ze względu na ludzkie skrępowanie. U nas się wstydzą, ale pojadą do Debrzna czy do innego punktu, ale stosunkowo blisko, kilka czy kilkanaście kilometrów od domu. Z kolei ludzie stamtąd trafią do nas. To rozmieszczenie daje uzależnionym możliwość sięgnięcia po pomoc i ten system się sprawdza. A to, że ludzie się wstydzą, jest zrozumiałe, bo wiąże się to z pewną społeczną presją. Niekiedy trzy razy przekręcą głowę zanim zdecydują się złapać za klamkę do drzwi naszego punktu. Stąd potrzeba tak wielu tych miejsc, a to z kolei oczywiście kosztuje. Gdyby nie było tych pieniędzy, nikt by się tym problemem prawdopodobnie nie zajął.

W ilu procentach pieniądze komisji trafiają na merytoryczną działalność, a jaka część wydatków to utrzymanie komisji?
Ponad 90% tych środków trafia na działalność merytoryczną, w tym na etat opiekuna świetlic w Scholastykowie i Batorowie. Na diety członków komisji i jej księgowej w skali roku przeznaczamy zaledwie kilka, może 10% procent. W naszym przypadku jest to około 5 tys. zł, a cały budżet naszej komisji to w przybliżeniu 55 tys. zł. Wszystko jest oczywiście precyzyjnie rozliczane. Na każdy cukierek jest faktura.

Ludzie inaczej pili 15 lat temu niż dzisiaj?
Pije się tak samo, ale dzisiaj jest o tyle gorzej, że jest większy legalny dostęp do alkoholu. Dramatem jest to, że stacje benzynowe, pod płaszczem handlu paliwami, nocami zarabiają na alkoholu. Nie powinno być do niego takiego dostępu. Podobnie nie rozumiem przyzwolenia na działalność nocnych sklepów. 15 czy 20 lat temu takich udogodnień nie było. Kłopotem jest też to, że niestety młodzi ludzie coraz częściej pierwszy kontakt z alkoholem mają w domu, przy aprobacie rodziców.

[[nowa_strona]]
Na jednym z zebrań wspomniał Pan niedawno, że praca w komisji alkoholowej w małym środowisku jak Lipka to dość niewdzięczne zajęcie – zdarzyło się nawet, że Panu grożono. Często dochodzi do takich nieprzyjemności?

Takie sytuacje wynikają z ludzkiej nieznajomości rzeczy. Zdarza się, że kiedy idę do kogoś w związku z jego alkoholowym problemem jestem traktowany jak intruz, który z buciorami włazi w czyjeś życie. Ludzie czasami nie rozumieją, że idziemy pomóc. Wtedy zdarza się, że przyjmują nas z agresją. W takich sytuacjach przeważnie odwracam się na pięcie i odchodzę. Chociaż raz rzeczywiście musiałem nawet powiadamiać policję.
Ludzie sami muszą zrozumieć albo zostać przekonani, że mają problem. To połowa sukcesu, a nie jest to łatwe. Nie brakuje też takich, którzy przez lata potrafią wytrwać w abstynencji, ale coś ich w końcu skusi i jednak sięgną po kieliszek. Wydaje im się, że panują nad sytuacją, a nawet nie zauważają, że przyjmowane dawki są coraz częstsze i większe. Dalej następuje mechanizm, który nie jest udowodniony, ale który tak właśnie wygląda – alkoholik stara się „nadrobić” lata abstynencji, pije coraz częściej i więcej.

Jak kończą ci, którzy nie przyjmują Waszej pomocy albo nie są w stanie wytrwać w postanowieniu?

Różnie. Najczęściej jakoś tam funkcjonują z tym swoim wielkim problemem, ale to zatrute życie, dla nich i dla ich bliskich. Znałem też kilku, którzy niestety zmarli.
[[reklama]]
Byli świadomi, że wykańczają swój organizm?
Wiedzieli, że mają problem z alkoholem. Często bywało tak, że przez jakiś czas z nim wygrywali, ale zaczęli eksperymentować, jak powiedziałem, „nadrabiać stracone” lata abstynencji i finał bywał tragiczny.

Jak Pan powiedział, kilku udało się jednak wyciągnąć. Gdyby nie te pozytywne przypadki chciałoby się Panu dalej pracować w komisji? Widziałby Pan sens tego zajęcia?
Tak. Nawet jeśli uzależniony nie skorzysta z przekazanej mu wiedzy w danym momencie może zdarzyć się, że pewnego dnia zazna objawienia, przypomni sobie terapię i zacznie nad sobą pracować. Choćby dla tej nadziei trzeba pomagać tym ludziom.

Rozmawiał Piotr Steffen


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości