Reklama

Kino za darmo

01/06/2012 00:00
Brodząc ponad kostki w błocie, bez chwili wytchnienia od świtu do nocy ciężko pracowała, kopiąc pod Toruniem rowy przeciwczołgowe. Jeszcze w listopadzie, pomimo chłodu, kąpała się w rzece - tylko w ten sposób mogła uchronić się przed wszawicą. W pamięci Pani Wandy, mimo że od zakończenia wojny minęło 67 lat, ugrzęzło wiele szczegółów

91-latka wie, co to głód i strach. Strach paniczny, który budzi się w człowieku wtedy, kiedy ociera się o śmierć. Do pani Wandy los dwa razy się uśmiechnął, można by rzec – dał życie w prezencie, co jest tym bardziej cenne, że nie dla wszystkich był tak łaskawy.

Pierwszy raz serce nieomal stanęło jej w piersi, kiedy nad Lubiczem pojawiły się dwie eskadry wrogich samolotów. – Potem nadleciał niemiecki lekki, świsnął bardzo nisko nad ziemią, ludzie uskakiwali do rowów, mieliśmy strach, że obcy nas nie zgładzili, a zrobią to Niemcy – nasza rozmówczyni ten moment pamięta równie dobrze jak wysokie na trzy rusztowania bunkry, które jej kobiece dłonie przez pół roku musiały usypywać. – Nie było wyboru, żandarm przychodził i trzeba było iść – opowiada.

Drugi raz pani Wandzie wraz z rodziną udało się oszukać przeznaczenie w czasie masowych wysiedleń. Życie zawdzięcza żandarmowi, który na listę wpisał nazwiska osób, jakie miały zostać wysiedlone i przekazał ludziom, by mieli szansę uciec. Do domu naszej rozmówczyni spis dotarł późno. – Siedzieliśmy przy kolacji, na stole stała kawa, leżał chleb, w piecu palił się ogień – pani Wanda całą sytuację przypomina sobie bez trudu. – Było już późno, Niemcy byli w szkole. Wzięłam dziecko w poduszkę, córka była wtedy malutka, miała trzy miesiące i biegliśmy do rodziców. […] Kilka razy się przewróciłam, myślałam, że nie doniosę dziecka, bo przewracałam się na nie… Ono nawet nie pisnęło. Przenocowaliśmy u rodziców. Rano przyszedł sąsiad - jak go zobaczyłam to struchlałam. Powiedział: dobrze, że uciekliście, bo dziś byście byli w Oświęcimiu. Zawdzięczamy mu życie, bo nas nie wydał, a miał taki obowiązek – pani Wanda nie ukrywa, że gdzieś pośród tego całego politycznego konfliktu zbrojnego byli przecież ludzie, dla których człowieczeństwo było wartością najwyższą.

– Żyliśmy w zgodzie – mówi o Niemcach – pomagaliśmy sobie we żniwach czy w młócce. O bezgranicznym zaufaniu nie mogło jednak być mowy. 91-latka cały czas ma w pamięci niespokojny okres, kiedy w Warszawie zaczynały się rozruchy. – Ludzie z kosami i siekierami zamykali się w domu, bo myśleli, że zostaną napadnięci – opowiada, dodając, że strach ogarnął nie tylko Polaków, ale i Niemców. Polacy obawiali się napaści ze strony Niemców, Niemcy – ze strony Polaków.

Pani Wanda zapytana o to, w jaki sposób udawało jej się znajdować siłę do walki o okruchy rodzinnego szczęścia, chleb, na który ciężko trzeba było zapracować i dobro dzieci, z którymi została sama, kiedy w 1942 roku jej męża zabrano do Gdańska, do pracy, odpowiada krótko: przetrwałam, bo wiedziałam, że wojna się skończy.

Stara szkoła życia

Dziś pani Wanda, mama siedmiorga dzieci, babcia 27 wnuków i prababcia 31 maluchów wiedzie spokojne życie. Pielęgnuje ogród obsadzony przeróżnymi gatunkami drzewek, krzewów i kwiatów, zajmuje się też rabatami, na których rosną warzywa, może odetchnąć. – Lubię przyrodę – opowiada, wyjaśniając, że przy roślinach zawsze jest co robić. A to orzech laskowy wymaga przycięcia, a to trawa wymaga koszenia, grządki trzeba podlać.

Systematyczna praca sprawia, że barwne obejście z daleka przyciąga wzrok. – W Lędyczku otoczenie niewiele się zmieniło, ale ludzie zaczęli bardziej dbać o ogródki, stawiają skrzynki z kwiatami na okna, zakładają trawniki – pod względem dbałości o zieleń w oczach pani Wandy dzisiejszy Lędyczek wypada lepiej niż ten sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Nasza rozmówczyni mieszka tu od 62 lat, więc bez obaw może sobie na taką ocenę pozwolić. – Kiedy się tu z mężem sprowadziliśmy, na cmentarzu były tylko dwa groby, człowieka, którego rozerwała mina i małego dziecka. Teraz drugi cmentarz dołączyli – opowiada.

Pani Wanda w pamięci ma też restaurację na rogu ulicy, w której kiedyś pracowała i której dzisiaj już nie ma, a także ukwiecone łąki – dziś takie trudno jest już spotkać. – Łąki obsypane były kwiatami, rosły maki, polne goździki – wspomina, wyjaśniając, że każda roślinka ma swoją specjalność. Czarny bez i lipa są dobre na przeziębienie, obniżają gorączkę, ogórecznik można dodawać do sałatek, żywicą można leczyć chorych na astmę. – Można pić brzozowy sok, na Syberii tylko to pili – uzupełnia.

Cyrk na kółkach

Pani Wanda interesuje się nie tylko swoją małą ojczyzną, ale też polityką. Nie zawsze słucha jednak tego, co politycy mają do powiedzenia, bo nie chce się denerwować. – To bezpłatne kino – opowiada, wyjaśniając, że mimo wszystko nie chciałaby, by dawne czasy wróciły. – Fizycznie lepiej się teraz żyje, kiedyś ciężka praca na roli dawała w kość. Nie było maszyn, wszystko trzeba było zrobić ręcznie. Pani Wanda nawykła do pracy, nic dziwnego zatem, że jej ogród zachwyca nie tylko kształtem, ale i porządkiem. Wśród zieleni, która chyba na każdego człowieka wpływa kojąco, o życiu można rozmawiać godzinami.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości