Brodząc ponad kostki w błocie, bez chwili wytchnienia od świtu do nocy ciężko pracowała, kopiąc pod Toruniem rowy przeciwczołgowe. Jeszcze w listopadzie, pomimo chłodu, kąpała się w rzece - tylko w ten sposób mogła uchronić się przed wszawicą. W pamięci Pani Wandy, mimo że od zakończenia wojny minęło 67 lat, ugrzęzło wiele szczegółów
91-latka wie, co to głód i strach. Strach paniczny, który budzi się w człowieku wtedy, kiedy ociera się o śmierć. Do pani Wandy los dwa razy się uśmiechnął, można by rzec – dał życie w prezencie, co jest tym bardziej cenne, że nie dla wszystkich był tak łaskawy.
Pierwszy raz serce nieomal stanęło jej w piersi, kiedy nad Lubiczem pojawiły się dwie eskadry wrogich samolotów. – Potem nadleciał niemiecki lekki, świsnął bardzo nisko nad ziemią, ludzie uskakiwali do rowów, mieliśmy strach, że obcy nas nie zgładzili, a zrobią to Niemcy – nasza rozmówczyni ten moment pamięta równie dobrze jak wysokie na trzy rusztowania bunkry, które jej kobiece dłonie przez pół roku musiały usypywać. – Nie było wyboru, żandarm przychodził i trzeba było iść – opowiada.
Drugi raz pani Wandzie wraz z rodziną udało się oszukać przeznaczenie w czasie masowych wysiedleń. Życie zawdzięcza żandarmowi, który na listę wpisał nazwiska osób, jakie miały zostać wysiedlone i przekazał ludziom, by mieli szansę uciec. Do domu naszej rozmówczyni spis dotarł późno. – Siedzieliśmy przy kolacji, na stole stała kawa, leżał chleb, w piecu palił się ogień – pani Wanda całą sytuację przypomina sobie bez trudu. – Było już późno, Niemcy byli w szkole. Wzięłam dziecko w poduszkę, córka była wtedy malutka, miała trzy miesiące i biegliśmy do rodziców. […] Kilka razy się przewróciłam, myślałam, że nie doniosę dziecka, bo przewracałam się na nie… Ono nawet nie pisnęło. Przenocowaliśmy u rodziców. Rano przyszedł sąsiad - jak go zobaczyłam to struchlałam. Powiedział: dobrze, że uciekliście, bo dziś byście byli w Oświęcimiu. Zawdzięczamy mu życie, bo nas nie wydał, a miał taki obowiązek – pani Wanda nie ukrywa, że gdzieś pośród tego całego politycznego konfliktu zbrojnego byli przecież ludzie, dla których człowieczeństwo było wartością najwyższą.
– Żyliśmy w zgodzie – mówi o Niemcach – pomagaliśmy sobie we żniwach czy w młócce. O bezgranicznym zaufaniu nie mogło jednak być mowy. 91-latka cały czas ma w pamięci niespokojny okres, kiedy w Warszawie zaczynały się rozruchy. – Ludzie z kosami i siekierami zamykali się w domu, bo myśleli, że zostaną napadnięci – opowiada, dodając, że strach ogarnął nie tylko Polaków, ale i Niemców. Polacy obawiali się napaści ze strony Niemców, Niemcy – ze strony Polaków.
Pani Wanda zapytana o to, w jaki sposób udawało jej się znajdować siłę do walki o okruchy rodzinnego szczęścia, chleb, na który ciężko trzeba było zapracować i dobro dzieci, z którymi została sama, kiedy w 1942 roku jej męża zabrano do Gdańska, do pracy, odpowiada krótko: przetrwałam, bo wiedziałam, że wojna się skończy.
Stara szkoła życia
Dziś pani Wanda, mama siedmiorga dzieci, babcia 27 wnuków i prababcia 31 maluchów wiedzie spokojne życie. Pielęgnuje ogród obsadzony przeróżnymi gatunkami drzewek, krzewów i kwiatów, zajmuje się też rabatami, na których rosną warzywa, może odetchnąć. – Lubię przyrodę – opowiada, wyjaśniając, że przy roślinach zawsze jest co robić. A to orzech laskowy wymaga przycięcia, a to trawa wymaga koszenia, grządki trzeba podlać.
Systematyczna praca sprawia, że barwne obejście z daleka przyciąga wzrok. – W Lędyczku otoczenie niewiele się zmieniło, ale ludzie zaczęli bardziej dbać o ogródki, stawiają skrzynki z kwiatami na okna, zakładają trawniki – pod względem dbałości o zieleń w oczach pani Wandy dzisiejszy Lędyczek wypada lepiej niż ten sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Nasza rozmówczyni mieszka tu od 62 lat, więc bez obaw może sobie na taką ocenę pozwolić. – Kiedy się tu z mężem sprowadziliśmy, na cmentarzu były tylko dwa groby, człowieka, którego rozerwała mina i małego dziecka. Teraz drugi cmentarz dołączyli – opowiada.
Pani Wanda w pamięci ma też restaurację na rogu ulicy, w której kiedyś pracowała i której dzisiaj już nie ma, a także ukwiecone łąki – dziś takie trudno jest już spotkać. – Łąki obsypane były kwiatami, rosły maki, polne goździki – wspomina, wyjaśniając, że każda roślinka ma swoją specjalność. Czarny bez i lipa są dobre na przeziębienie, obniżają gorączkę, ogórecznik można dodawać do sałatek, żywicą można leczyć chorych na astmę. – Można pić brzozowy sok, na Syberii tylko to pili – uzupełnia.
Cyrk na kółkach
Pani Wanda interesuje się nie tylko swoją małą ojczyzną, ale też polityką. Nie zawsze słucha jednak tego, co politycy mają do powiedzenia, bo nie chce się denerwować. – To bezpłatne kino – opowiada, wyjaśniając, że mimo wszystko nie chciałaby, by dawne czasy wróciły. – Fizycznie lepiej się teraz żyje, kiedyś ciężka praca na roli dawała w kość. Nie było maszyn, wszystko trzeba było zrobić ręcznie. Pani Wanda nawykła do pracy, nic dziwnego zatem, że jej ogród zachwyca nie tylko kształtem, ale i porządkiem. Wśród zieleni, która chyba na każdego człowieka wpływa kojąco, o życiu można rozmawiać godzinami.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze