Kto częściej płacze na ślubach, kogo telefon z USC zastał w wannie i czy czterechsetny ślub może jeszcze ekscytować? Z Grzegorzem Koseckim, kierownikiem złotowskiego Urzędu Stanu Cywilnego rozmawia Patrycja Koplin
W jednym z bardziej przyjemnych obowiązków kierownika Urzędu Stanu Cywilnego jest udzielanie ślubów. Ile par połączył Pan do tej pory węzłem małżeńskim?
Uprawnienia do udzielania ślubów mam od 2005 roku, mogę więc powiedzieć, że około 400.
Czy w kontekście tej liczby można mówić o rutynie zawodowej?
Generalnie nie. Każdy ślub jest inny. Różne są wiek i charaktery nowożeńców oraz okoliczności, które towarzyszą zawieraniu poszczególnych małżeństw, dlatego musimy pamiętać o indywidualnym podejściu, ale skłamie ten, kto powie, że 7 czy 8 z kolei udzielany tego samego dnia ślub wywołuje takie same emocje jak pierwszy.
Największa liczba ślubów, których udzielił Pan w jednym bloku?
Z tego co pamiętam – 11. Kiedyś najwięcej małżeństw zawierano w Boże Narodzenie, teraz jednak odeszliśmy od udzielania ślubów w święta. Są to dni wolne od pracy, przeznaczone na odpoczynek, dla rodziny, więc nie przyjmujemy już zapewnień na takie terminy. Czasami ludzie nie rozumieją odmownej decyzji i starają się nas przekonać argumentem, że sama uroczystość trwa przecież nie dłużej niż 15 minut. Owszem, ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że żeby tę trwającą kwadrans uroczystość zorganizować potrzeba pracy co najmniej kilku osób. Na miejscu powinien być przecież organista, osoba, która otwiera urząd, oczywiście kierownik USC lub jego zastępca oraz asystent. Teraz trend się odwrócił – najwięcej par decyduje się na zawarcie małżeństwa w wakacje. Ślubny „boom” rozpoczyna się w okolicach maja, teraz mamy więc lekką stagnację. Od początku roku udzieliliśmy tylko 21 ślubów.
Jak to jest być „cywilnym księdzem”?
Kwestię udzielania ślubów traktuję normalnie, nie emocjonuję się nią, ponieważ to po prostu część mojej pracy. Na pewno nie identyfikuję się z osobą duchowną.
Skoro mowa o emocjach – nie wierzę, że kompletnie się one Panu nie udzielają...
Nie mogę być nazbyt empatyczny. Gdybym reagował na wszystkie zachowania nowożeńców i ich gości, to razem z nimi śmiałbym się i płakał na przemian. Muszę zachowywać powagę, ale to nie oznacza, że udzielam ślubów z kamienną twarzą. Poza tym jeszcze zanim wejdziemy na salę ślubów dobrym słowem czy uśmiechem staram się nieco rozluźnić atmosferę.
I naprawdę nigdy nie stracił Pan nad sobą panowania?
Nie, choć czasami powagę zachować jest naprawdę ciężko. Pamiętam ślub, którego udzielałem państwu po 50-tce. Przy fragmencie, w którym mowa o regułach przyjmowania nazwiska przez zrodzone z tego związku dzieci w sali zrobiło się naprawdę wesoło. Gdybym też zaczął się śmiać byłoby po uroczystości, a tak – goście widząc, że nie reaguję powoli się uspokoili i „poszliśmy” dalej. Innym z kolei razem przyszły pan młody tak się wzruszył, że nie mogliśmy go uspokoić, dosłownie zanosił się płaczem. Sporo czasu minęło nim był w stanie powtórzyć za mną słowa przysięgi. Co warto zaznaczyć, z moich obserwacji wynika, że panowie zdecydowanie częściej niż panie wzruszają się podczas ślubów. Kobiety są bardziej zrównoważone.
Jako pracownik urzędu może Pan sobie pozwolić na towarzyszący chyba większości uroczystości kieliszek szampana?
Wręcz muszę. Nie wypada przecież odmówić, ale oczywiście nie są to duże ilości. Moczę tylko usta, żeby małżonkom czy jubilatom nie było przykro. To symboliczny gest.
Zgadza się Pan z opinią, że w USC ślubują pary, które wstrzymując się z pójściem przed ołtarz zostawiają sobie furtkę na przyszłość? Mówi się, że cywilne małżeństwa są mniej zobowiązujące, a więc i mniej trwałe niż te zawierane w kościele...
Na pewno się z tym nie zgadzam. Po pierwsze nie wszyscy są katolikami, po drugie rozwodnicy nie mają już innej możliwości. Co ciekawe, parę razy miałem okazję udzielać ślubu małżonkom, którzy uprzednio się rozwiedli. Jest jeszcze inna kwestia – finansowa. Ślub w USC kosztuje 84 złote, kościelny wraz z całą oprawą to zazwyczaj wydatek rzędu kilku lub nawet kilkunastu tysięcy złotych. Sporo par rezygnuje więc z konkordatu i, często mając już na koncie zaciągnięty kredyt i własne mieszkanie, ślub kościelny bierze później.
Czy urzędnicy złotowskiego USC zgadzają się na ekscentryczne, dotyczące np. wyboru jakiegoś szczególnego miejsca zaślubin, pomysły przyszłych małżonków?
Nie. Ślubu poza urzędem udzielamy tylko w uzasadnionych przypadkach, tj. wtedy, kiedy któraś z osób np. ze względu na swój zdrowia nie jest w stanie do nas dotrzeć. W innych okolicznościach jestem ślubom ”wyjazdowym” przeciwny. Chociażby z czysto organizacyjnych względów nie wyobrażam sobie biegania pomiędzy jednym jeziorem a drugim. Ludzie naoglądali się amerykańskich filmów i teraz chcieliby różne szalone pomysły wprowadzić w życie na polskim gruncie. Nie ma takiej opcji. Prawo o aktach stanu cywilnego jasno mówi, że ślub musi się odbyć z zachowaniem uroczystej formy w miejscu do tego przeznaczonym, z godłem państwowym w tle.
Zdarzyło się już, że któraś z par miała jakieś szczególne życzenia?
Pamiętam parę, która ze względu na kumulację cyfry 6 zaplanowała ślub na 06.06.2006 roku. Kiedy precyzowaliśmy godzinę, o której uroczystość miałaby się odbyć młodzi obstawali za 16.00. Pomyślałem, że skoro tak im na tej szóstce zależy, to mogę się stawić na ślub o 6.00. Nie przystali jednak na tę propozycję.
A zdarzyło się już tak, że pomimo zarezerwowania konkretnego terminu młodzi nie dotarli?
To się bardzo często zdarza. Przy składaniu zapewnień zawsze bierzemy od przyszłych małżonków numer telefonu, by w razie wystąpienia jakichś nieprzewidzianych sytuacji móc się z nimi skontaktować. Niestety nie działa to w drugą stronę. Kiedyś, kiedy młodzi sporo się nam spóźniali, a w terminarzu był następny ślub, postanowiliśmy zadzwonić i dowiedzieć się, dlaczego ich jeszcze nie ma. Ku naszemu zdziwieniu niedoszły pan młody telefon odebrał siedząc w wannie i wyjaśnił, że dopiero co wrócił z podróży, a partnerka najwyraźniej zapomniała odwołać termin. W takich sytuacjach ręce opadają.
Jak wiele małżeństw zawierają w Złotowie obcokrajowcy?
Od 2005 zdecydowało się na to 9 mieszanych par. Z tego co pamiętam w związki z Polakami wstępowały osoby narodowości rosyjskiej, niemieckiej i ukraińskiej. Byli też Egipcjanin, Holender, Filipinka, Łotyszka i Japonka.
Pojawiały się jakieś problemy językowe?
Kiedyś jedna z pań na moje pytanie, czy rozumie język polski odpowiedziała twierdząco. W odpowiednich momentach potakiwała, jednak kiedy w miejscu, w którym powinna zaprzeczyć, dalej energicznie kiwała głową nabrałem podejrzeń. Uznałem, że jej znajomość języka jest niewystarczająca i chcąc mieć pewność, że kobieta jest świadoma wszystkich zobowiązań, których się podejmuje wezwaliśmy tłumacza przysięgłego. Jeśli jest taka potrzeba, do współpracy zapraszamy tego rodzaju specjalistów. Wiadomo jednak, że w naszym rejonie trudno o tłumacza przysięgłego np. języka filipińskiego, więc część ślubów odbyła się w języku angielskim.
Czy małżeństwa zawierane pomiędzy osobami pochodzącymi z bardzo odmiennych kultur nigdy nie budzą Pana podejrzeń? Nie zawsze chodzi przecież o miłość...
Jasne, czasami chodzi np. o obywatelstwo, ale nie mnie to oceniać. Każdy ślub zawierany z obcokrajowcem ślub mam obowiązek zgłosić straży granicznej. Pracownicy w sobie tylko znany sposób „prześwietlają” daną osobę, a do mnie dzwonią z prośbą o opinię – czy moim zdaniem małżonkowie rzeczywiście są w sobie zakochani, czy raczej chodzi o biznes. Cóż mogę powiedzieć... Jeśli zaglądają sobie w oczy, to chyba musi być miłość.
Abstrahując od tematu ślubów. Pierwszego kwietnia zastąpił Pan Zygmunta Wójcika na stanowisku kierownika USC. Czy wraz ze zmianą funkcji zmienia się punkt widzenia?
Raczej nie, rewolucji na pewno nie należy się spodziewać. Zawsze angażowałem się w swoją pracę i pod tym względem nic się nie zmieni. Jeśli chodzi o obowiązki nie czuję się przytłoczony, aplikując na to stanowisko doskonale zdawałem sobie przecież sprawę ze specyfiki tej pracy.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze