Mieszkali we Włoszech w tym samym miasteczku. Ona - Polka, on - Włoch. Wtedy nieznajomi, dziś szczęśliwie zakochani. W ramiona pchnęła ich sobie Polska
Armando Raffaelli pierwszy raz przyjechał do Polski, jeszcze Rzeczpospolitej Ludowej, w 1989 roku. W interesach. Gotowy rozkręcać dobrze prosperujący biznes, rodzinne, leżące w Apeninach Ligonchio zostawił daleko za plecami. Nie wiedział, że Polska stanie się jego drugim domem, że tu założy rodzinę. Że trafi do Górznej. Wcześniej trafił jednak do Warszawy, która nie przywitała go zbyt wylewnie. Jak wspomina, aż 2 dni czekał na wizę, a kiedy wreszcie ją dostał, zobaczył… pustkę. Drogi, na których nie było samochodów, czasy, w których na półkach był tylko ocet. Coś, a raczej ktoś nie pozwolił mu jednak o Polsce, którą zresztą w ciągu ponad 20 lat zdążył pokochać, zapomnieć – bardziej niż Pałac Kultury i Nauki pana Armando urzekła kobieta – pani Małgorzata. Poznana w banalnych okolicznościach, bo w pracy, obdarzona za to niebanalną miłością. I mocną. Tak mocną, że w 95` warszawianka do nazwiska Adamczyk dodała Raffaelli. Ceremonia ślubna odbyła się we Włoszech, dobrze zresztą naszej rozmówczyni znanych. Znanych i nieodkrytych – jak się okazało później, państwo Armando i Małgorzata żyli wcześniej obok siebie. Mieszkali w tej samej miejscowości, nigdy jednak nie mieli okazji się poznać. Połączyła ich dopiero Polska, obcy i rodzimy kraj jednocześnie. Połączyła miłością powoli dojrzewającą. Nie szaloną, ale spełnioną. Przede wszystkim wzajemną.
To tylko fragment artykułu z AL 39/2013, s.14
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze