Nie pochodzi z zamożnej rodziny, zaczynał więc od zera, dziś natomiast smakuje życie. Julian Kałuża z szopy, w której 30 lat temu zaczął produkować klamerki, przeniósł się do wygodnego biura, skąd kieruje pracą 1300 ha gospodarstwa rolnego oraz firmą Plastrol
Pomysł, głowa do interesów i przede wszystkim ciężka praca ustawiły Juliana Kałużę w miejscu, z którego dziś spogląda na swoje włości. 3 dekady temu, w marcu 1983 roku, mężczyzna postanowił założyć własny biznes. Za namową kuzyna spróbował szczęścia w branży plastikowej – kupił maszynę i zaczął produkować klamerki. Samodzielnie, w szopie należącej do siostry. – Pracowałem po 48 godzin na dobę. Zbierałem po śmietnikach skrzynki po piwie i oranżadzie, potem myliśmy je i przetwarzaliśmy – wspomina pan Julian. – Była koniunktura, ale nigdzie nie można było kupić tworzywa – wyjaśnia. Pojawiło się zamówienie na 3 miliony sztuk – które mogło zrewolucjonizować finanse naszego rozmówcy, ale właśnie przez wzgląd na brak surowca nie udało się go zrealizować w całości. 250 tysięcy sztuk – tyle trafiło do odbiorcy. – Gdybym miał wtedy takie możliwości jak dziś mam, mógłbym kupić Wielkopolskę – śmieje się pan Julian.
Metoda małych kroków również okazała się być jednak skuteczna – majątek rósł, rósł, aż rozrósł się do takich rozmiarów, że od maszyny nasz rozmówca mógł zupełnie odejść. Pierwsi pracownicy pojawili się w jego firmie mniej więcej po roku, biznesowy zmysł i łut szczęścia, które się na siebie nałożyły pozwoliły mu wybudować zakład, a przy nim mieszkanie, które, jeszcze nie wykończone, już służyło za własny kąt. – Siedziałem tam i nasłuchiwałem. Jak maszyna przestawała działać, szedłem tam, czyściłem i znów uruchamiałem – to były stare dzieje. Najpierw były klamerki, potem doniczki, w końcu elektroosprzęt, po drodze pomału zaczęło się również ziszczać marzenie o własnym gospodarstwie. Hektary I. Kałuża miał od dawna – uprawiał kapustę, marchewkę, len…
[[reklama]]
Ze względu na inne obowiązki sam bardzo rzadko wsiadał w ciągnik, ale sentyment do ziemi miał – duże gospodarstwo od lat chodziło mu po głowie. – Kocham ziemię, to moja pasja – tłumaczy J. Kałuża, dodając, że na początek, w 1991 roku, wydzierżawił 600 hektarów. Do tego miał jeden ciągnik, który jest zresztą w jego posiadaniu do dziś. Rolniczego sprzętu dorabiał się powoli – odkupywał kombajny od kółek rolniczych, w końcu, kiedy konto zaczęło pęcznieć, zakupił nowy sprzęt.
Dziś jego park maszynowy budują 4 kombajny i 8 ciągników – każdy wartości około 600-700 tys. zł. Kupione w większości bez dofinansowania – takich pieniędzy na zakup sprzętu otrzymał w granicach 900 tys. zł. J. Kałuża nie polega również wyłącznie na dopłatach obszarowych (udziela się ich do maksymalnie 300 ha), sam buduje swój kapitał. W jego gospodarstwie uprawą roślin i hodowlą byków zajmuje się 20 osób (w firmie Plastrol zatrudnionych jest natomiast 120 pracowników). Nasz rozmówca fizycznie się nie udziela, nie znaczy to jednak, że kieruje gospodarstwem zza biurka. – W czasie żniw potrafię być w polu 14 godzin, 7 razy w jednym miejscu – wyjaśnia mężczyzna. - Sam muszę wszystkiego doglądać – tłumaczy.
Szef jest jeden
Budynki należące do J. Kałuży łatwo poznać, nawet z daleka. Wszystkie wyremontowane, z powymienianymi dachami. Odnowione pomału, ale gruntownie. – Nie wolno przeinwestować, cały czas powtarzam to moim dzieciom – opowiada pan Julian.
[[reklama]]
W 1300-haktarowym gospodarstwie (300 ha to dzierżawa) rządzą we trójkę, wodze zdecydowanie trzyma jednak senior rodu. Co prawda powoli nosi się z zamiarem przepisania swoich ziem na dzieci, ale – jak zapowiada – nie zamierza usunąć się w cień. Jest pracoholikiem? – Można tak powiedzieć – uśmiecha się pan Julian. Emeryturę ma, mógłby więc trochę spauzować, ale, jak zaznacza, pieniądze są niewielkie, mniejsze niż średnia krajowa. Nieco ponad 1300 zł. – Jestem zmuszony pracować – wyjaśnia z przymrużeniem oka.
Kto chce, ten ma
J. Kałuża jest zaprzeczeniem stereotypów, które o rolniku każą myśleć jako o ubogim chłopie w gumowcach i z widłami w ręku. Dziś rolnik to elegancki facet w koszuli z kołnierzykiem i skórzaną teczką w ręku. Biznesmen, który wcale nie narzeka, że nic mu się nie opłaca. - Nie ma nic ten, kto nie chce pracować – uważa. Nauczony doświadczeniem wie, że przy odrobinie silnej woli i samozaparcia można stać się człowiekiem sukcesu.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze