Reklama

Kocham ziemię

09/09/2013 00:00
Nie pochodzi z zamożnej rodziny, zaczynał więc od zera, dziś natomiast smakuje życie. Julian Kałuża z szopy, w której 30 lat temu zaczął produkować klamerki, przeniósł się do wygodnego biura, skąd kieruje pracą 1300 ha gospodarstwa rolnego oraz firmą Plastrol

Pomysł, głowa do interesów i przede wszystkim ciężka praca ustawiły Juliana Kałużę w miejscu, z którego dziś spogląda na swoje włości. 3 dekady temu, w marcu 1983 roku, mężczyzna postanowił założyć własny biznes. Za namową kuzyna spróbował szczęścia w branży plastikowej – kupił maszynę i zaczął produkować klamerki. Samodzielnie, w szopie należącej do siostry. – Pracowałem po 48 godzin na dobę. Zbierałem po śmietnikach skrzynki po piwie i oranżadzie, potem myliśmy je i przetwarzaliśmy – wspomina pan Julian. – Była koniunktura, ale nigdzie nie można było kupić tworzywa – wyjaśnia. Pojawiło się zamówienie na 3 miliony sztuk – które mogło zrewolucjonizować finanse naszego rozmówcy, ale właśnie przez wzgląd na brak surowca nie udało się go zrealizować w całości. 250 tysięcy sztuk – tyle trafiło do odbiorcy. – Gdybym miał wtedy takie możliwości jak dziś mam, mógłbym kupić Wielkopolskę – śmieje się pan Julian.

Metoda małych kroków również okazała się być jednak skuteczna – majątek rósł, rósł, aż rozrósł się do takich rozmiarów, że od maszyny nasz rozmówca mógł zupełnie odejść. Pierwsi pracownicy pojawili się w jego firmie mniej więcej po roku, biznesowy zmysł i łut szczęścia, które się na siebie nałożyły pozwoliły mu wybudować zakład, a przy nim mieszkanie, które, jeszcze nie wykończone, już służyło za własny kąt. – Siedziałem tam i nasłuchiwałem. Jak maszyna przestawała działać, szedłem tam, czyściłem i znów uruchamiałem – to były stare dzieje. Najpierw były klamerki, potem doniczki, w końcu elektroosprzęt, po drodze pomału zaczęło się również ziszczać marzenie o własnym gospodarstwie. Hektary I. Kałuża miał od dawna – uprawiał kapustę, marchewkę, len…

[[reklama]]

Ze względu na inne obowiązki sam bardzo rzadko wsiadał w ciągnik, ale sentyment do ziemi miał – duże gospodarstwo od lat chodziło mu po głowie. – Kocham ziemię, to moja pasja – tłumaczy J. Kałuża, dodając, że na początek, w 1991 roku, wydzierżawił 600 hektarów. Do tego miał jeden ciągnik, który jest zresztą w jego posiadaniu do dziś. Rolniczego sprzętu dorabiał się powoli – odkupywał kombajny od kółek rolniczych, w końcu, kiedy konto zaczęło pęcznieć, zakupił nowy sprzęt.

Dziś jego park maszynowy budują 4 kombajny i 8 ciągników – każdy wartości około 600-700 tys. zł. Kupione w większości bez dofinansowania – takich pieniędzy na zakup sprzętu otrzymał w granicach 900 tys. zł. J. Kałuża nie polega również wyłącznie na dopłatach obszarowych (udziela się ich do maksymalnie 300 ha), sam buduje swój kapitał. W jego gospodarstwie uprawą roślin i hodowlą byków zajmuje się 20 osób (w firmie Plastrol zatrudnionych jest natomiast 120 pracowników). Nasz rozmówca fizycznie się nie udziela, nie znaczy to jednak, że kieruje gospodarstwem zza biurka. – W czasie żniw potrafię być w polu 14 godzin, 7 razy w jednym miejscu – wyjaśnia mężczyzna. - Sam muszę wszystkiego doglądać – tłumaczy.

Szef jest jeden

Budynki należące do J. Kałuży łatwo poznać, nawet z daleka. Wszystkie wyremontowane, z powymienianymi dachami. Odnowione pomału, ale gruntownie. – Nie wolno przeinwestować, cały czas powtarzam to moim dzieciom – opowiada pan Julian.

[[reklama]]

W 1300-haktarowym gospodarstwie (300 ha to dzierżawa) rządzą we trójkę, wodze zdecydowanie trzyma jednak senior rodu. Co prawda powoli nosi się z zamiarem przepisania swoich ziem na dzieci, ale – jak zapowiada – nie zamierza usunąć się w cień. Jest pracoholikiem? – Można tak powiedzieć – uśmiecha się pan Julian. Emeryturę ma, mógłby więc trochę spauzować, ale, jak zaznacza, pieniądze są niewielkie, mniejsze niż średnia krajowa. Nieco ponad 1300 zł. – Jestem zmuszony pracować – wyjaśnia z przymrużeniem oka.

Kto chce, ten ma

J. Kałuża jest zaprzeczeniem stereotypów, które o rolniku każą myśleć jako o ubogim chłopie w gumowcach i z widłami w ręku. Dziś rolnik to elegancki facet w koszuli z kołnierzykiem i skórzaną teczką w ręku. Biznesmen, który wcale nie narzeka, że nic mu się nie opłaca. - Nie ma nic ten, kto nie chce pracować – uważa. Nauczony doświadczeniem wie, że przy odrobinie silnej woli i samozaparcia można stać się człowiekiem sukcesu.

Patrycja Koplin

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości