Protest mieszkańców w sprawie cen ciepłej wody przyniósł efekt. Władze Spółdzielni Mieszkaniowej Piast spotkały się z lokatorami
Prezes „Piasta” Antoni Mikicki już na wstępie czwartkowego spotkania podkreślił, że forma zebrań ze wszystkimi członkami spółdzielni mieszkaniowej nie sprawdza się; na przykład w Złotowie uczestniczy w nich około 3 procent członków. – Takie jest właśnie zainteresowanie problemami spółdzielni, a potem rodzą się z tego różnego rodzaju niedomówienia. Dodał, że zarząd nie ma wpływu na stawki za ciepło, wodę, ścieki, energię elektryczną, podatki, czyli na 60 procent ogólnych kosztów poniesionych przez spółdzielnię. – Możemy rozmawiać o tych pozostałych niecałych czterdziestu procentach, bo na to mamy wpływ. Uważam, że wszystko należy dokładnie wyjaśnić, żeby nie było zarzutów, ile to my na was zarabiamy – stwierdził.
[[reklama]]
Prezes przedstawił dane, o ile wzrosła cena jednego GJ w stosunku do ubiegłego roku i jaki to miało wpływ na podwyżki za ciepłą wodę i centralne ogrzewanie. Cena wzrosła, mimo że, jak zapewniał dyrektor Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Okonku (który zarządza kotłownią i wodą) Henryk Matuszczak, cena za gaz zmalała. Wracając do ceny ciepłej wody (75 zł za metr sześcienny) Antoni Mikicki powołał się na artykuł w „Aktualnościach Lokalnych” z 2002 roku, z zebrania z członkami spółdzielni w Okonku, w którym to autor pisze: „Prezes Mikicki zaproponował dwa rozwiązania, aby obniżyć cenę ciepłej wody. Pierwszy to dostarczanie jej przez trzy dni w tygodniu, a drugi to założenie w każdym z mieszkań junkersów. To drugie rozwiązanie dałoby oszczędności około jednej trzeciej kosztów”. - Mówiliście wówczas, że na to was nie stać, ale gdybyście odkładali co miesiąc przez te jedenaście lat po dziesięć złotych, zapomnielibyśmy o problemie - podkreślił w czwartek prezes. Na ulicy Leśnej w Okonku ten system działa już od kilku lat. Wiesław Ulatowski, który mieszka w tamtym bloku oświadczył, że za gaz (łącznie z kuchenką gazową) płaci za dwa miesiące nieco ponad sto złotych, czyli oszczędności są ogromne.
Pan wprowadza ferment Paweł Wielgus zaproponował, aby była możliwość zamontowania elektrycznych, przepływowych podgrzewaczy wody. Zdaniem prezesa wiązałoby się to z przebudową całej instalacji elektrycznej, bo ta nie jest dostosowana do takich obciążeń. - Panie prezesie, niech pan zostawi temat junkersów, bo tylko pana on interesuje, a nie nas, mieszkańców. To jest bardzo niebezpieczne, tu mieszkają ludzie starsi, ktoś się zapomni i wysadzi cały blok w powietrze – argumentował Henryk Wróbel. – Pan nas reprezentuje i żądamy, aby pan wpłynął na to, żebyśmy płacili mniejsze rachunki – dodał. Paweł Wielgus chciał się też dowiedzieć, co się dzieje z pieniędzmi z nadpłaty pomiędzy zaliczkowymi opłatami za ciepło a faktycznymi. Za 2011 rok było 39 tys. zł nadpłaty, ale lokatorzy pieniędzy nie dostali. – Regulamin mówi, że okres grzewczy jest od września do czerwca, kiedy to następuje pełne rozliczenie. Pan pokazał saldo na koniec roku, a to nie oddaje właściwego obrazu. Pan wprowadza ferment – oświadczyła prezes do spraw ekonomicznych SM Piast Halina Deja.
Nie ten adres Głos zabrała również Stefania Bernacka z Okonka, przewodnicząca komisji rewizyjnej, która przedstawiła wyliczenia, w jaki sposób wzrastała cena za 1 GJ według danych z ZGKiM. – Z tego wynika, że utrzymanie zakładu komunalnego spoczywa na członkach spółdzielni, czyli na biednych emerytach i rencistach – oświadczyła. – To nie ma na nich bata? – krzyknął oburzony Stanisław Borowy. – Ty, Staszku, będziesz tym batem – ripostowała przewodnicząca komisji rewizyjnej. Dodała, że należałoby zapytać dyrektora ZGKiM, dlaczego wzrost płac w jego zakładzie w 2013 roku wyniósł ponad czterysta osiemdziesiąt procent, materiałów - ponad dwieście procent, energii elektrycznej - trzysta procent. – Co na to nasi radni, których wybraliśmy? Wszelkie pretensje należy składać do nich, do burmistrza, a nie do prezesa Mikickiego – mówiła Stefania Bernacka. Prezes zastrzegł, że nie można tak przedstawiać danych, bo dyrektor ZGKiM zakłada, ile w danym roku sprzeda GJ, a do tego „podkłada” odpowiednie koszty. Zaplanował 9 tys. GJ, a sprzedał 7 tys. GJ, więc koszty musiał rozłożyć.
Spółdzielnia jak dobry bank O zakończeniu dyskusji nad kwestią kosztów zaapelowała wiceprezes spółdzielni Halina Deja. – Może teraz byśmy przeszli do spraw dla Państwa niezbyt przyjemnych, a mianowicie do zadłużeń. Podkreśliła, że spółdzielnia ma w statucie zapisane, że nie może generować zysków, tym samym nie może zarabiać na swoich członkach. Ale jak ma dobrze funkcjonować, zdaniem pani prezes, skoro miesięczne zaległości w całej spółdzielni wynoszą średnio od 700 do 900 tys. zł? Jak jest w Okonku? W bloku przy ulicy Szczecińskiej 5 zaległości w samym czynszu na koniec marca wynoszą 17 tys. zł. Blok Niepodległości 38 – 23 tys. zł, blok Niepodległości 39 – 9 tys. zł, blok Niepodległości 46 – 25 tys. zł. Nieco mniejsze zadłużenie jest przy blokach na ulicy Wodnej (od 1.200 zł do 7.800 zł). – Na cały Okonek zadłużenie wynosi około 75 tys. zł. Skąd zatem spółdzielnia ma wziąć pieniądze, a przecież za rachunki za ciepło, wodę, ścieki musi płacić na bieżąco – pytała wiceprezes. – Dziury łatamy z dochodów, jakie otrzymujemy z dzierżawy niektórych lokali – wyjaśniała. – Ludzie robią sobie kredyt w spółdzielni, bo on jest tańszy niż w banku. Wymieniają meble, remontują mieszkanie, a spółdzielnia z zapłatą niech poczeka. Te odsetki karne, które potem lokator musi zapłacić, to są w sumie grosze, o wiele mniejsze niż odsetki od kredytu w banku. Takimi kategoriami ludzie dziś myślą – dodała.
[[reklama]]
Nie ma silnych Zofia Kowalska spytała więc, co władze spółdzielni robią, żeby zalegających zmusić do płacenia. Okazuje się, że środki, jakie się podejmuje, są mało skuteczne. Najpierw delikwenta się upomina, po kilku miesiącach wzywa na rozmowę, bo a nuż zdarzył mu się wypadek losowy i nie stać go na czynsz, potem dopiero oddaje się sprawę do sądu. Koszt jednego zgłoszenia to kwota od 1.200 do 1.800 zł. Potem sąd orzeka nakaz zapłaty, a komornik najczęściej pisze, że nie ma z czego ściągnąć. Koszty, jakie poniosła spółdzielnia, są niewspółmierne do pieniędzy, jakie czasami uda się komornikowi odzyskać. Ktoś z sali zaapelował, żeby listy z dłużnikami wywieszać na klatkach schodowych. Niestety ustawa o ochronie danych osobowych kategorycznie tego zabrania. Mało tego, kiedyś spółdzielnia wywiesiła listy tych, którzy systematycznie płacą, dodając odpowiednie podziękowania. Jedna z osób poczuła się tym urażona i sprawa wylądowała w sądzie. – Nie oszukujmy się, przecież Państwo tych ludzi doskonale znacie, są waszymi sąsiadami – mówiła Halina Deja. - Wszystko pięknie, ale wy jesteście naszymi reprezentantami po to, abyście doprowadzili do obniżenia kosztów. A czy zaprosiliście na dzisiejsze spotkanie burmistrza? Mam wrażenie, że nasze władze traktują członków spółdzielni jako zło konieczne – po raz kolejny odezwała się Zofia Kowalska. – Niech mi Pani powie, jak mam obniżyć cenę wody, którą przyjęli wasi radni. A burmistrza nie zapraszaliśmy, bo jak było spotkanie z mieszkańcami, gdzie na nas suchej nitki nie zostawiono, to też nas nie zaproszono – odciął się prezes Mikicki.
Będzie spotkanie Pozostałą część zebrania wypełniły skargi pod adresem władz spółdzielni, że ta nie reaguje na stawianie samochodów na trawnikach, na palenie na klatkach schodowych, wyprowadzanie psów tuż przed bloki, hałasy do późnych godzin nocnych w mieszkaniach. Antoni Mikicki przypomniał, że sprawy te regulują odpowiednie przepisy, do których władze spółdzielni nic nie mają. - Nie wymagajcie od nas, żebyśmy uczyli lokatorów kultury i zasad współżycia sąsiedzkiego. Nie będziemy pilnować waszych piesków – oświadczyła H. Deja. Nawiązano też do ustawy śmieciowej, pytano, jak będzie w praktyce wyglądała segregacja śmieci, kto będzie to sprawdzał. Prezes wyjaśnił, że spółdzielni nikt nie pytał o to, jak to wdrożyć, ceny zostały ustalone bez konsultacji, dlatego nie jest w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Dodał, że nic dobrego z tej ustawy nie wyniknie. Zebrani narzekali na brak parkingów przy blokach Monika Worona spytała, czy jest szansa na budowę parkingu obok bloku przy ulicy Szczecińskiej 5. Jest tam sporo niewykorzystanego miejsca, a niektórzy stawiają samochody na trawnikach. Okazało się, że były robione przymiarki do wybudowania parkingu na około 25 samochodów, problem w tym, że koszty takiej inwestycji to około 120 tys. zł. – Kto za to zapłaci? – pytał Antoni Mikicki, dodając, że spółdzielnia w tej chwili nie jest w stanie ponieść takich kosztów. Pytano też o wiele innych, drobniejszych spraw. Na koniec ustalono, że za kilka dni dojdzie do spotkania „komisji trójstronnej”, czyli władz miasta, władz spółdzielni i delegacji członków spółdzielni z Okonka, na której wszystkie sporne kwestie mają być wyjaśnione. Protokół z tego spotkania i ustalenia będą dostępne dla członków spółdzielni. Czy spełni ono oczekiwania członków spółdzielni, okaże się już niedługo.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze