O pistolecie na kapiszony, strachu przed Gwiazdorem i wdzięczności do generała Jaruzelskiego opowiada burmistrz Eugeniusz Cerlak
Czas Świąt Bożego Narodzenia jest dla wielu osób szczególny i ważny, ale są i tacy, którzy za nim nie przepadają. Do której z tych grup Pan należy?
Raczej do pierwszej z nich. Lubię te święta, choć przeżywam je zupełnie inaczej niż będąc dzieckiem. W tej chwili ten czas jest dla mnie przede wszystkim okazją do odpoczynku, do spotkania się z bliskimi, do wyciszenia i zwolnienia obrotów. Jednak to też nie tak, że zupełnie odstępuję wtedy od pracy. Jeśli nie muszę, nie idę od Urzędu, ale za to często spoglądam w okno i obserwuję, czy przypadkiem nie spadło zbyt wiele śniegu i nie trzeba się tym zająć – posypać solą ulice i chodniki.
Pomimo odpoczynku i wyciszenia nie zapomina Pan o sprawach bieżących…
Nie da się inaczej. Tak jak każdy u siebie na podwórku, czy jak rolnik na swojej ziemi – ja czuję się gospodarzem tej gminy. Staram się pilnować wszystkiego na tyle, na ile jestem w stanie. Były przecież lata, kiedy zimy były śnieżne, mroźne. Wówczas należało pamiętać nie tylko o tym, żeby drogi były w miarę przejezdne i żeby ludzie nie przewracali się na śliskich chodnikach, ale też o tych, którzy mają problemy alkoholowe. Bywa, że zamiast kupować opał wolą grzać się czymś innym – trzeba o nich pamiętać i pomagać, bo to też nasi mieszkańcy. [[reklama]]
Czeka Pan na Święta Bożego Narodzenia?
Nie oczekuję ich z niecierpliwością, jednak gdy już ten czas nastanie – przyznaję, że bardzo go lubię. Ludziom udziela się wówczas świąteczny nastrój, częściej się do uśmiechają, są wobec siebie życzliwi i składają sobie życzenia. Lubię ten czas zarówno w domu, w rodzinie, w kościele, w mieście. To bardzo przyjemne, gdy wszystko wokół nabiera świątecznej atmosfery.
A gdy już nastaną, spędza je Pan w domu czy poza nim?
Zdecydowanie w domu. Jestem domatorem, wyjeżdżam tylko jeśli muszę i to najlepiej na krótko. W domu mogę pobyć z rodziną, na co często nie ma czasu. Chociaż jeśli tych wolnych dni jest dużo – zaczynam sobie szukać zajęcia. Idę wtedy np. do swojego pokoju uporządkować biurko. Pod koniec roku zawsze leży na nim sterta papierów. Trzeba to wszystko przejrzeć, zobaczyć, co należy wyrzucić, na to też często w normalnym tygodniu pracy nie ma czasu.
Pomaga Pan w świątecznych porządkach?
W domu nie. Moim zadaniem jest obejście podwórka, które jest dość duże. Ponieważ mam psy, dbając o nie pamiętam, żeby miały docieplone na zimę budy, żeby porządek był też w pomieszczeniu, w którym mieszkają, oprócz bud. Mam także świąteczny dyżur przy piecu, do którego raz na jakiś czas trzeba dosypać węgla.
A świąteczne prace w kuchni? Pomaga Pan rodzinie?
Tu już trochę bardziej. Zajmuję się czyszczeniem ryb, zwłaszcza karpi. Ryba, chociaż cały czas żyje w wodzie, nadal jest brudna – trzeba ją dobrze oczyścić, a ja lubię to robić. Na tym moje kulinarne zadania się kończą. Nie gotuję. To zdecydowanie domena mojej żony i teściowej. Czasem pomaga też syn, który w przeciwieństwie do mnie – potrafi gotować.
Ulubione świąteczne danie to ryby, pierogi czy barszcz?
Za rybami nie przepadam. Chyba że są to grube ryby albo przygotowane wcześniej w zalewie octowej. W tych mniejszych denerwuje mnie wybieranie ości. Bardzo lubię za to zupę rybną. Moja teściowa potrafi ją świetnie przyrządzić. [[nowa_strona]]
Jaka choinka stoi na święta w Pana domu?
Może to być jedynie naturalne drzewko, nie ma mowy o sztucznym. Tę tradycję wyniosłem jeszcze z domu rodzinnego w Fanianowie. Prawdziwa choinka stoi sobie w wodzie, dzięki temu igły nie opadają przez bardzo długi czas – prawie do lutego. Trzeba tylko pilnować, żeby piesek, który mieszka w domu, tej wody nie wypił.
Święta to też prezenty. Jak Pan je wybiera? Raczej tradycyjnie czy zamawia je Pan przez internet?
Nigdy nie zamawiam przez internet, dlatego że muszę daną rzecz dokładnie obejrzeć, widzieć dokładnie, jaki towar kupuję. Przed ekranem komputera nie ma takiej możliwości. Wybieram rzeczy praktyczne - takie, które nie będą odkładane na półkę i będą miały zastosowanie w codziennym życiu. Unikam takich, które tylko zbierają kurz.
Czy jest coś specjalnego, co chciałby Pan w tym roku znaleźć pod choinką?
Specjalnego nie. Ucieszyłbym się właśnie z praktycznej rzeczy. Jak wiadomo, jestem też myśliwym, to moje hobby, które pozwala mi być bliżej natury i często odpocząć, pooddychać świeżym powietrzem po całym dniu spędzonym w biurze. W związku z zainteresowaniami biegnącymi w stronę myślistwa i łowiectwa od kilku lat dostaję prezenty, które są z tym hobby związane. Były to np. bardzo dobre rękawiczki, w których nie ma szans, aby dłonie przemarzły albo szalik – mnie takie drobne, praktyczne rzeczy bardzo cieszą. Nie muszę mieć wielkich i drogich prezentów.
W święta każda stacja telewizyjna walczy o to, aby przyciągnąć widza. Pan też się temu poddaje, zna Pan na pamięć i chętnie wraca do takiej klasyki świątecznej jak Niespotykanie Spokojny Człowiek lub Kevin sam w domu?
Nie. W zasadzie w ogóle nie oglądam telewizji. Wolę książkę, gazetę, krzyżówki albo radio. Zwłaszcza z tego ostatniego najchętniej korzystam i czerpię informację, żeby być na bieżąco. W okresie świąt, sylwestra i nowego roku lubię obejrzeć jedynie relację z koncertu w filharmonii wiedeńskiej. [[reklama]]
Które Boże Narodzenie najbardziej utkwiło w Pana pamięci? Które było szczególne?
To będzie początek lat 80. i stan wojenny. W chwili jego ogłoszenia byłem w wojsku, w jednostce w Morągu. Myślę, że inaczej przeżywałem te święta w porównaniu do swoich kolegów z wojska, którzy płakali z powodu tego co się stało. Ja byłem starszy od pozostałych żołnierzy - miałem prawie 24 lata i chyba właśnie przez to byłem spokojniejszy. Same święta były inne, bo trudno było powiedzieć, co będzie się działo dalej. Baliśmy się interwencji zbrojnej, bo to oznaczałoby, że będziemy musieli chwycić za broń naładowaną ostrą amunicją. Wiedzieliśmy, że do swoich strzelać nie będziemy, wiedzieliśmy też, że możemy zginąć – a tego nikt, w wieku dwudziestukilku lat nie chciał. Dlatego jestem wdzięczny generałowi Jaruzelskiemu za to, że wprowadził stan wojenny, bo gdyby wprowadzono wojska zewnętrzne to wszystko mogłoby się skończyć dużo gorzej. Rozmowa o tych sprawach jest nadal trudna i nadal dzieli. Inaczej patrzą na to ludzie ówczesnej opozycji, a inaczej ci, którzy byli wówczas w wojsku.
A wspomnienia z dzieciństwa?
Boże Narodzenie to był taki czas, kiedy pojawiały się rzeczy normalnie niedostępne. Pamiętam na przykład, że tylko wtedy można było dostać pomarańcze i była to nie lada atrakcja. Pamiętam także, że mając mniej więcej cztery lata, kiedy po Wigilii przyszedł Gwiazdor i przyniósł paczkę, żeby ją dostać musiałem tego Gwiazdora pocałować. Wcześniej trzeba było jeszcze zmówić pacierz i zaśpiewać piosenkę, a później pocałować. Wyginałem się we wszystkie strony, żeby tego uniknąć. To wtedy było dla mnie straszne przeżycie. Po prostu koniec świata. Pamiętam to do dzisiaj.
[[nowa_strona]]
Który z prezentów z dzieciństwa, pamięta Pan najbardziej?
Ten, który pamiętam najbardziej, nie był prezentem świątecznym. To był pistolet na kapiszony, jednak nie taki zwykły. Tamten miał możliwość załadowania go całą taśmą kapiszonów, więc nie musiałem kłaść po jednym – to było coś. Pistolet ten dostałem od mojego ojca, kiedy wrócił jako delegat z terenu z dożynek krajowych, które odbywały się w Warszawie, w latach 60-tych.
Ale pisał Pan listy do Gwiazdora? O jakie prezenty Pan prosił?
Tak. Zwłaszcza na etapie chodzenia do szkoły podstawowej. Konkretnych życzeń nie pamiętam, wiem jednak, że, jak to w wypadku dziecka, z pewnością były one na tyle nierealne, że w tamtym czasie rodzice nie byliby w stanie ich zrealizować. (śmiech)
Czuje Pan presję odpowiedzialności za świąteczną dekorację miasta?
Chcę, żeby wyglądało ładnie. Co roku dokupujemy nowe dekoracje, lampki świąteczne. Staramy się, żeby były zróżnicowane i wyglądały dobrze. Jedną z tegorocznych atrakcji jest podświetlenie wieży ciśnień. Widać ją już z daleka. Poza tym myślę o przywróceniu konkursu na najładniej oświetloną posesję. Tu prym wiedzie na przykład Liszkowo albo Ferdynandowo. Myślę, że w przyszłym roku na święta ogłosimy taki konkurs, choć zdaję sobie też sprawę, że tych lampek jest coraz mniej, bo ludzie zarabiają tyle ile zarabiają, a prąd cały czas drożeje. [[reklama]] Święta Bożego Narodzenia to też czas życzeń. Czego w tym okresie najczęściej Pan życzy i czego chciałby Pan życzyć mieszkańcom miasta i gminy Łobżenica?
Kiedyś może było inaczej, ale dzisiaj dochodzę do wniosku, że najważniejsze życzenia, które można przekazać drugiemu człowiekowi, to życzenia zdrowia. Zrozumiałem to m.in. samemu zmagając się z chorobą, prawie 9 lat temu, kiedy wykryto u mnie nowotwór wątroby. Na szczęście nie złośliwy, gdyby było inaczej – pewnie nie byłoby dzisiejszej rozmowy. Po takim przejściu inaczej traktuje się życie – zdrowie. Bardziej się je ceni. Pieniądze też są ważne, ale zdrowia i życia dzięki nim kupić nie można. Dlatego mieszkańcom miasta i gminy chciałbym życzyć przede wszystkim zdrowia. Poza tym chciałbym życzyć im także pracy, bo o tę jest coraz trudniej i tego co każdy z osobna na co dzień najbardziej potrzebuje. To są czasem rzeczy przyziemne, ale życzę im, aby w przyszłym roku mieszkańcy miasta – na wszystkich osiedlach mogli jeździć asfaltowymi drogami, przy których będą chodniki, a mieszkańcom wsi, że także drogi gminne – często nieutwardzone były w lepszym stanie. W takim w jakim chcieliby, żeby były.
Rozmawiał Szymon Chwaliszewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze