Reklama

Łzy oskarżonego - wyrok już wkrótce

26/11/2017 17:00
Niespełna roczny Filip stracił wzrok, bo ktoś dorosły nim potrząsał – to chyba jedyny pewny punkt w sprawie, w której oskarżony został ojciec dziecka

Pod koniec listopada ubiegłego roku 9–miesięczny wówczas Filip z Jastrowia trafił do szpitala w Złotowie, a następnie do Piły. Stwierdzono u niego obrażenia głowy oraz utratę wzroku. Sprawą zajęła się prokuratura, która, po ciągnącym się postępowaniu, postawiła zarzuty ojcu dziecka, Romanowi G. Miał on pozbawić syna wzroku poprzez potrząsanie nim.

Niejasny obraz

Zeznający do tej pory przed sądem świadkowie niewiele wyjaśnili w sprawie. Z wypowiedzi znajomych, sąsiadów i rodziny wyłaniał się obraz rodziców mających problemy z agresją i słabość do alkoholu. Według sióstr matki dziecka Roman G. miał bić swoją konkubinę, choć nigdy nie były tego świadkami. Z kolei sąsiedzi wskazywali, że w stosunku do dzieci to raczej matka stosowała agresję słowną. Sam oskarżony zresztą sugerował, że w ich związku to on był wzorowym i ciężko pracującym rodzicem, podczas gdy jego partnerka była surową i chętnie karzącą matką. Odnośnie samego zdarzenia z 26 listopada wszyscy świadkowie mieli niewiele do powiedzenia. Szczególnie intrygująca była decyzja matki, która odmówiła zeznań. Wiemy więc tylko tyle, że Roman G. został na około godzinę sam z dwójką dzieci, a gdy jego konkubina wróciła z zakupów w towarzystwie sióstr stan Filipa był już mocno niepokojący, więc wezwano pogotowie. Niewiele światła do sprawy wniosły także zeznania ratowników medycznych, którzy przybyli na miejsce oraz personelu złotowskiego szpitala, który miał styczność z poszkodowanym niemowlęciem. Zeznania lekarza, który przyjmował dziecko wręcz spowodowały nieco zamieszania, gdyż stwierdził, że w noc przyjęcia dziecko sprawiało wrażenie widzącego i rozglądającego się, a w karcie zapisał, że jego źrenice reagowały na światło. Dopiero następnego dnia zwrócił uwagę, że dziecko może nie widzieć, co później potwierdzono w Pile.[[pay]]

Reklama

Potrząsany, ale kiedy i przez kogo?

Wobec tych niejasności konkretnych odpowiedzi mieli udzielić biegli z zakresu medycyny, którzy sporządzili w sprawie opinie. Zeznawać w złotowskim sądzie stawili się w ubiegły czwartek. Specjalistka z zakresu medycyny sądowej tłumaczyła, że w przypadku tak małych dzieci, które mają stosunkowo dużą głowę i słabo rozwinięte mięśnie szyi, które mogłyby ją stabilizować, łatwo potrząsając nimi doprowadzić do uszkodzeń w obrębie mózgu, które mogą wywołać krwotok skutkujący, jak w tym przypadku, utratą wzroku. Pytana przez sędziego wyjaśniała, że krwawienie powstaje od razu, ale może się nasilać z czasem, a wraz z nim pojawiać się będą kolejne objawy.

Dodatkowa trudność wynika z tego, że to jest mały pacjent, który nam nie powie, czy coś widzi, czy ma poczucie światła. Pozostają tylko obiektywne badania, które zostały wykonane i potwierdziły ślepotę obu oczu

Reklama

– mówiła biegła z Poznania. Wobec tego sędzia poprosił ją o odniesienie się do zeznań lekarza ze Złotowa i pytał, czy możliwe było, aby Filip w momencie przyjęcia był jeszcze widzący.

To, że dziecko się rozgląda to nie jest dowód na to, że widzi. Ono może reagować na bodźce słuchowe, zapachowe. Czy mogło wtedy widzieć? Nie wydaje mi się to możliwe. Powiem więcej. Także obecnie dziecko, które ma stwierdzoną ślepotę będzie się rozglądało. To nie znaczy, że ono widzi

– biegła nie przypisywała większej wagi obserwacjom lekarza. Podobnie odniosła się do rezultatu przeprowadzonego przez niego badania reakcji na światło.

Reklama

Powiem tak: to jest badanie ogólnolekarskie, które każdy z nas wykonuje i powinien je wykonywać prawidłowo. Natomiast jest to ocena w jakiś sposób subiektywna. Wynik tego badania to cecha indywidualna, umiejętności konkretnego lekarza sprawiają, czy widzi tę reakcję. Największe doświadczenie mają lekarze okuliści

– nie chciała jednak wprost stwierdzić, że lekarz w Złotowie się pomylił. Dodawała za to, że jeśli dokonał prawidłowej oceny, to reakcja na światło mogła wynikać z tego, że krwawienie nie było wtedy jeszcze tak nasilone.

Reklama

Kluczowe dla sprawy mogłoby być określenie, kiedy doszło do spowodowania urazu, ale biegła wyjaśniła, że trudno tutaj o precyzję. W jej ocenie do potrząsania mogło dojść w okresie od godziny do pięciu zanim dziecko trafiło do szpitala. W opinii stwierdzono także złamanie kości ciemieniowej czaszki, ale miało być ono jeszcze wcześniejsze i bez wpływu na wywołanie ślepoty. Szereg pytań do biegłej miała mecenas broniąca oskarżonego. Pytała m.in., czy do powstania takich obrażeń w wyniku potrząsania trzeba użyć dużej siły. W odpowiedzi usłyszała, że siła nie musi być wyjątkowo wielka ze względu na dużą dysproporcję pomiędzy ciałem dorosłego a niemowlaka. Wobec tego obrona, która wcześniej sugerowała, że być może do obrażeń doszło w wyniku zabawy ze starszą siostrą pytała, czy mogła tego dokonać trzylatka. Biegła zwróciła jednak uwagę, że w tym przypadku dysproporcja pomiędzy tymi dwiema osobami była zbyt mała i siostra nie dysponowała wystarczającą siłą, żeby zrobić taką krzywdę bratu. Wykluczyła także, aby mieli do czynienia z jednorazowym nagłym ruchem i uderzeniem, gdyż nie było widać takich siniaków, a poza tym ślepocie towarzyszyły inne objawy, charakterystyczne dla potrząsania, jak apatia, nudności, niechęć do zabawy i inne. Podobnie zaprzeczyła jakoby przyczyną obrażeń mogły być jakieś choroby, np. krwi czy reakcja poszczepienna, co wcześniej także sugerowała obrona. Z twierdzeniami biegłej zgodził się w całości zeznający po niej specjalista od radiologii i diagnostyki obrazowej.

Mowy końcowe

Strony nie złożyły kolejnych wniosków dowodowych. Takiej konieczności nie widział także sąd. Wobec tego oskarżenie i obrona wygłosiły mowy końcowe w sprawie. Prokurator podkreślała, że biegli jednoznacznie uznali, że do obrażeń u dziecka doszło w wyniku „mechanizmu czynnego”, a więc potrząsania, a w jej ocenie zeznania świadków wskazują, że doszło do tego w czasie, kiedy dzieckiem opiekował się Roman G. i w wyniku jego działania.

Reklama

Oskarżony konsekwentnie nie przyznaje się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa. Jednak w świetle zgromadzonego materiału dowodowego jego wyjaśnienia co do możliwości powstania obrażeń małoletniego należy uznać za jego linię obrony. Mając to na uwadze wnoszę o uznanie oskarżonego za winnego i wymierzenie mu kary jednego roku i sześciu miesięcy pozbawienia wolności

– kończyła swoją mowę. Przypomnijmy, że maksymalna kara grożąca za czyn zarzucany Romanowi G. wynosi 10 lat pozbawienia wolności.

Reklama

Sprawa jest o tyle trudna, że z jednej strony mamy 9–miesięczne dziecko, które doznało poważnych uszkodzeń, a sprawcą miałby być jego ojciec. Może to budzić dodatkowe emocje. Może też powstawać jakieś wewnętrzne przekonanie, że trzeba za wszelką cenę tutaj jakiegoś winnego ustalić. (…) W takiej niekomfortowej sytuacji znajduje się oskarżony, który złożył rzeczywiście wyjaśnienia, konsekwentnie faktycznie wskazywał, że nie dopuścił się żadnych negatywnych zachowań wobec dziecka, skutkujących takimi obrażeniami. Na jego niekorzyść działa to, że nikt nie może tego potwierdzić, nikt nie był obecny w tym czasie w domu. Ale też wysoki sądzie nie ma takiej osoby, która by tutaj stanęła ani też takiego dowodu, który zostałby tu przedłożony, który pozwalałby stwierdzić, że w tym czasie, w którym oskarżony był z dzieckiem, dopuścił się potrząsania tym dzieckiem i wskutek tego doszło do określonych obrażeń. Przede wszystkim z uzupełniającej opinii biegłych wynika, że nie można precyzyjnie określić, kiedy do tego potrząsania doszło. Oskarżony był z dziećmi krótki fragment czasu. Była to niespełna godzina. Wcześniej cały dzień dzieci przebywały pod opieką matki. Biegli nakreślili możliwy czas powstania tych obrażeń na ten dzień. Czyli nie jest wykluczone, że obrażenia powstały w wyniku działania matki, kiedy dzieci były pod jej opieką. (…) Wnoszę o uniewinnienie oskarżonego od zarzucanego mu czynu

– mecenas broniąca Romana G., sugerując możliwą winę matki, przypominała zeznania świadczące o jej agresywnych zachowaniach wobec dzieci, a mówiąc o swoim kliencie użyła nawet miana „wzorowy ojciec”. Sam oskarżony, który przez cały proces zachowywał się spokojnie, raczej nie okazując emocji, teraz, podczas mowy wygłoszonej przez jego obrończynię, wyraźnie się poruszył i kilkakrotnie ocierał spod zaczerwienionych oczu łzy.

Reklama

Wyrok w sprawie zostanie ogłoszony jeszcze w tym miesiącu. Jak rozstrzygnie sędzia Jerzy Hławiczka?[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Krycha - niezalogowany 2017-11-28 11:02:34

    Nie dziwie się ze taka niezadowolona jak On to kat i wiecznie ja leje

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Ppp - niezalogowany 2017-11-27 22:08:20

    Ona mogła.nie ma dobrej opinii w Jastrowiu.... I wiecznie skwaszona mina . Jakby żyła za kare z dziećmi. Ale kto to wie.kiedys prawda wyjdzie.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Renata - niezalogowany 2017-11-27 18:47:20

    Matka dziecka mi tu śmierdzi na odległość. Patologia to za dobre określenie. Sąd powinien bliżej się przyjrzeć tej istocie homosapiens. Kto zna ją ten dobrze wie co to za stwór podobny do człowieka.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości