Reklama

Mieszko Włodarczyk chce podbić USA

24/02/2018 18:00
Zaczynał na dożynkach, a teraz zamierza robić karierę w USA – z tournée za oceanem wrócił 25-letni Mieszko Włodarczyk, niepowtarzalny freestylowiec, który z piłkami do koszykówki wyczynia cuda

Ostatni raz pisaliśmy o Tobie przy okazji podpisania kontraktu z ekstraklasowymi Twardymi Piernikami z Torunia. Jak zakończyła się ta przygoda?

Trwało to dwa sezony, a w poprzednim roku wyleciałem na 4 miesiące do Stanów Zjednoczonych, więc zakończyliśmy współpracę z klubem. Ta umowa była zresztą przede wszystkim chwytem marketingowym. Klub zbadał sobie wcześniej ratingi i uznał, że warto podjąć ze mną współpracę. To był dobry pomysł działu marketingu Twardych Pierników. Przyjęcie mnie do klubu z ekstraklasy narobiło wiele szumu, bo była to niecodzienna sprawa. Jestem człowiekiem, który jest gdzieś na peryferiach koszykówki. Odpowiadam za tzw. entertainment. Robię  pokazy w przerwie meczu i z tego jestem znany w środowisku koszykarskim.

Niemniej mówiłeś wtedy, że liczysz na występ na boisku. Udało się?

Nie, ale siadałem na ławce z zawodnikami. Żeby wyjść na boisko musiałbym mieć licencję, która na poziomie ekstraklasy kosztuje około 10 tys. zł. Z klubem uznaliśmy, że nie ma to sensu.

Reklama

Do USA wyjechałeś współpracować z innym freestylowcem. Jak doszło do tego, że zaproponował Ci udział w tournée?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 93% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Środowisko freestylowców, osób które zajmują się trikami, nie jest za duże i jesteśmy dość blisko siebie, darzymy się zaufaniem. Z Jerrym, który złożył mi taką propozycję nigdy wcześniej nawet się nie widziałem. Pochodzi ze stanu Arizona i w USA zajmuje się tym samym co ja w Polsce, ma do tego kilku współpracowników. Podjął decyzję żeby mnie sprowadzić i zorganizował nam tournée. Zjechaliśmy Zachodnie Wybrzeże i centrum Stanów. Było to bardzo męczące, ponieważ w Ameryce odległości są ogromne i codziennie 10-12 godzin spędzaliśmy w aucie. Głównie występowaliśmy w rezerwatach indiańskich, w szkołach, robiliśmy pokazy na meczach. Wyszło na tyle dobrze, że za dwa miesiące znowu lecę do Stanów, tyle że będę pracować już na własny rachunek i zamierzam zostać tam dłużej, 2-3 lata.

Reklama

Zapanować nad 5 piłkami nie jest łatwo, chyba że jest się Mieszkiem z Okonka

Masz już zaplanowaną kolejną trasę? Jak to w ogóle wygląda od strony organizacyjnej?

Muszę się przygotować na drugi w życiu debiut, bo to tak jakbym zaczynał coś nowego. W Polsce zajmując się tym od 10 lat mam już wyrobioną pozycję i wieloma rzeczami nie muszę się przejmować, jestem rozpoznawalny. Widzę jednak, że koszykówka w naszym kraju z roku na rok robi krok do tyłu i taka osoba jak ja, która jest jakby dodatkiem do koszykówki, może za kilka lat stracić pracę niezależnie od moich możliwości, które wciąż rozwijam. Tam będę zaczynać od zera. Zamierzam zaryzykować. Nie mam zaplanowanej trasy, ale mam kilka punktów zaczepienia. Będę mieszkać w Las Vegas i to będzie moja baza. Uważam, że ta sytuacja ma potencjał. Na razie mocno w to wierzę i mam nadzieję, że będziemy mieli o czym porozmawiać gdy wrócę, ponieważ nie zamierzam tam spędzać starości, tylko najlepsze lata kariery.

Reklama

Wspominałeś, że Jerry zajmuje się freestylem zawodowo, ma kilku ludzi do pomocy. Ty chcesz to robić w pojedynkę?

Jeśli chodzi o umiejętności managerskie, to od najmłodszych lat reprezentuję siebie i to mnie bardzo wiele nauczyło. Obserwowałem z boku kolegów z branży, którzy skupiali się tylko na sporcie, ale żyli w bardzo dużej nieświadomości i mi się to nie podobało. Nie dlatego żebym był wrogiem managerów, bo uważam, że przychodzi taki moment, że warto kogoś zatrudnić, wejść we współpracę i podzielić się pieniędzmi, ale ja nie chciałem tego robić, chciałem się tego nauczyć. Tak samo w Ameryce. Ten pierwszy wyjazd był dla mnie rozpoznaniem tego, jak to samo, co robię w Polsce działa na gruncie amerykańskim. Jest wiele różnic technicznych i administracyjnych zbyt nudnych żeby o nich opowiadać, ale ważnych jeśli chce się tutaj prowadzić biznes. Jestem też w takim momencie, że zrobiłem około 1500 pokazów w Polsce, kilkaset za granicą i uważam, że wyeksploatowałem ten temat, nastąpiła pewna stagnacja. Źle się z tym czuję, że się nie rozwijam, dlatego podjąłem decyzję, że trzeba coś zmienić.

Reklama

Indianie też pasjonują się koszykówką

Czym różni się publiczność amerykańska od polskiej?

Muszę przyznać, że publiczność w Polsce jest bardziej wymagająca. Jesteśmy surowi w ocenie i my to często uznajemy za jedną z naszych wad narodowych, ale z pozycji performera, którym jestem, uważam, że to dobre. Dla mnie to zawsze było bardzo konstruktywne, nigdy mnie nie demotywowało.

W Stanach jednak występowaliście przed szczególną publiką...

Występowaliśmy dla czerwonoskórych i wiązało się to z pewną misją, której podjął się Jerry. Pochodzi z klanu Indian Navaho i wspominał zawsze dzieciakom żeby były dumne z bycia rdzennymi Amerykanami. Ludzie w rezerwatach są zresztą nieco odcięci od głównego nurtu życia gospodarczego Stanów. Mieszkają w małych grupach na rozległych terenach, które nie są atrakcyjne ani rolniczo ani pod innymi względami. Prowadzą nieco zaściankowe, prowincjonalne życie. Jerremu udało się osiągnąć sukces i o tym też opowiada dzieciom.

Reklama

Ty zaś starałeś się przemycać do show polskie akcenty.

Przyznam szczerze, że nie planowałem tego od początku. Chciałem jedynie strojem prezentować barwy narodowe, ale mówić po angielsku. Natomiast Jerry i jego wspólnik doradzili mi, że skoro oni mówią o tym, żeby być dumnym Indianinem, to ja także będąc dumnym ze swego pochodzenia powinienem powiedzieć chociaż dwa zdania po Polsku. Dzieciakom najczęściej się podobało, gdy usłyszały dźwięki typowe dla naszego języka jak ś, ć, ż, cz, ź. Było to dla nich egzotyczne i wzbudzało salwy śmiechu na sali.

Z piłkami od koszykówki wyprawia rzeczy niemożliwe, jest jednym z najlepszych freestylerów na świecie

Reklama

Wizyta w USA była Twoim marzeniem? Ameryka Cię fascynuje?

Gdyby koszykówka w naszym kraju była popularniejsza, to nie byłoby potrzeby żebym wyjeżdżał, ale od paru lat czułem, że muszę coś takiego zrobić. Jednak nie ma co ukrywać, że trochę fascynacji było. Słucham rapu, który się stamtąd wywodzi i przeplata z koszykówką. Dlatego gdzieś tam chciałem chociaż zobaczyć Stany. Z czasem, gdy zacząłem robić we freestyle karierę czułem, że to jest nieuniknione. Warto za to wspomnieć o jednym. My Polacy mamy często duży respekt do Zachodu. Może to jeszcze po komunizmie zostało, że uważamy, że tam wszystko jest lepsze, a w wielu sprawach to my jesteśmy bardziej pracowici, utalentowani, mamy większą wyobraźnię i wiele atutów, których nie powinniśmy się wstydzić, a Polacy naturalnie się wstydzą. Dlatego fascynacja tak, ale bez przesady. Ameryka jest dla mnie ważna w tym momencie kariery, ale niekoniecznie jest to najlepszy kraj w ogóle. Planuję jeszcze do Polski wrócić. W życiu zobaczyłem około 30 krajów i wiem, że w Polsce nie jest wcale źle.

I udało Ci się zobaczyć Stany? Miałeś na to czas?

Trochę się udało. Po drodze byliśmy m.in. w parkach krajobrazowych od pustyń, przez góry, po lasy pod granicą kanadyjską. A  poza przyrodą zobaczyłem też duże miasta Ameryki jak Denver, Los Angeles, Las Vegas, Portland, Salt Lake City i inne.

Reklama

Dlaczego teraz za cel obierasz Las Vegas? Lubisz hazard?

Nie, to mnie nie kręci. Las Vegas po pierwsze leży w dobrym miejscu Ameryki, a poza tym jest taką stolicą rozrywkową. Mam tam na początek pewien kontakt, który chce ze mną współpracować. Jeśli uda mi się tam przebić, to głównie tam będę występować. Kasyna urządzają wiele różnych pokazów, poszukują artystów i osoby, które potrafią zrobić ciekawe show.

Takie życie na walizkach i brak stabilizacji Ci odpowiadają?

Momentami to przeszkadza, ale przez większość czasu lubię takie odcięcie od rutyny i życie w ciągłym napięciu, ponieważ nie tylko podróżuję dużo, ale w tej pracy wiele rzeczy szybko się zmienia i trzeba być elastycznym i oderwać się od poszukiwania stabilizacji. Muszę żyć w ciągłym napięciu. Trzeba być przygotowanym na niesamowite zwroty akcji i polegać często tylko na sobie, bo tak jest bezpieczniej. Zawsze zresztą chciałem to robić i już na początku nie miałem złudzeń, że tak to będzie wyglądać. Dostaję to, czego oczekiwałem.  Widzę jak koledzy nie wytrzymują takiego napięcia i z osób, z którymi zaczynałem w poprzedniej dekadzie tylko garstce udało się spełnić marzenia, a z tej garstki po latach zostałem tylko ja.

Reklama

Jak długo tak pociągniesz i co potem? Sportowcy często już po 30-ce kończą kariery.

Nie mam zielonego pojęcia, ponieważ ten sport jest bardzo młody. Osoby, które mogą uchodzić za pionierów, są tylko kilka lat starsze ode mnie. Dlatego nie mam punktu odniesienia, co można robić potem, ale często brakowało mi takiego punktu i kierowałem się instynktem. Mam nadzieję, że zaprowadzi mnie tam, gdzie będę czuć się dobrze.

Żyjąc z pasji paradoksalnie jej nie ograniczasz? Dając pokazy popadasz w rutynę kosztem czasu na treningi i rozwój?

Masz rację, mam mało czasu. Chcę robić i jedno i drugie. W świecie dorosłym wiadomo, że bez pieniędzy nie będę mógł się rozwijać. Żeby jak najwięcej czasu poświęcić na freestyle to muszę z niego żyć. Sam zauważyłem, że umiejętności wolniej nabywam, gdy robię bardzo dużo pokazów, a w zeszłym roku miałem ich aż 300. Na trenowanie mogłem poświęcić niewiele czasu i trochę samopoczucie mi siadało, ale wiem, że to jest konieczność. Teraz dodaję 2-3 nowe triki rocznie, gdzie kiedyś tygodniowo potrafiłem 12 różnych wariantów tworzyć, ale na tym wyższym poziomie normalne jest, że przychodzi to wolniej. Niemniej wciąż mam satysfakcję z tego, że robię coś niepowtarzalnego, bo mam swój styl i pewne rzeczy robię tylko ja. Warto zresztą powiedzieć, że są triki, które pokazuje się szerokiej publiczności podczas show, a są też takie, które docenią tylko freestylowcy, którzy zauważą pewne niuanse i będą wiedzieli jak trudno było to wypracować, choć dla laika może to wyglądać nudnie.

Reklama

Do Okonka jeszcze wrócisz?

Na pewno. Tak jak mówiłem w USA nie zamierzam zostać. Moim zdaniem Ameryka to nie jest kraj dla starych ludzi i na pewno będę chciał większość życia w Polsce spędzić. Wiele osób, które mnie wspierają jest zresztą z moich rodzinnych stron. Nie tylko z Okonka, ale też Jastrowia, Złotowa i okolicznych wiosek. Jak zaczynałem karierę to zwiedziłem praktycznie każde dożynki i to była moja pierwsza publiczność, która do dzisiaj mi kibicuje, gdy już gdzieś tam w świecie robię karierę. Chciałbym żeby wiedzieli, że nie ważne skąd jesteś, lecz dokąd zmierzasz.
Rozmawiał Tomasz Guhs[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wr - niezalogowany 2018-02-24 21:13:58

    Dobry jest! Kozak! "Zazdroszczę

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama