Zaczęło się kilka lat temu od kilkudniowych wypraw rowerowych po Pomorzu Środkowym. Właśnie podczas podróży rowerowej, gdy minął mnie dostojnie sunący chopper, a ja byłem już na skraju wyczerpania (zwłaszcza tylna część ciała), pozazdrościłem mu jego obszernej kanapy. Wtedy postanowiłem, że w przyszłości muszę spróbować tego rodzaju podróżowania. Dwa lata temu zdecydowałem się na motocyklu objechać nasz piękny kraj dookoła i bardzo mile wspominam tę tygodniową wycieczkę. Z kolei rok temu wybrałem się chopperem do Chorwacji, przy okazji odwiedzając Słowację, Węgry, Słowenię, Austrię i Czechy.
Przed Rumunią stwierdziłem, że do takich wypraw potrzebuję odpowiedniejszego motocykla, sprzedałem więc ukochaną Hondę Black Widow i wiosną tego roku stałem się posiadaczem Hondy Transalp. Znajomy powiedział mi na to: „to teraz Rumunia czy Albania?”. Wtedy nie miałem jeszcze takich planów, ale gdzieś to we mnie zakiełkowało, no i w końcu się zrealizowało. Transalp to mój czwarty motocykl i muszę powiedzieć, że dopiero w warunkach rumuńskich, czyli dziurawych dróg oraz czasami ich braku, wysokich temperatur oraz innych czynników, doceniłem ten sprzęt. Nie bez powodu ten model jest uznawany za niezniszczalny i idealny do okrążania globu. Mimo, że mój model to trzecia generacja, która mniej od poprzedników nadaje się w teren, a bardziej na szosy, to poradził sobie dzielnie we wszystkich warunkach. A swoją drogą, moje serce i tak jest przy chopperach i cruiserach.
Reklama

Honda Transalp nie bez powodu uznawana jest za motocykl niezniszczalny i idealny do okrążania globu
To była moja pierwsza wyprawa nie w pojedynkę. Dlaczego? Jadąc w rumuńskie Karpaty, wydało mi się to bezpieczniejsze, a po drugie: nie miałem sprecyzowanej trasy ani pomysłu co zobaczyć i którędy jechać. Zamieściłem ogłoszenie na jednym z forów motocyklowych i odpisał do mnie Paweł Ścieszka z miejscowości Orzesze pod Katowicami. Okazało się, że ma przemyślaną trasę, opracowaną na podstawie rozmów z osobami, które już po Rumunii jeździły. Tak więc wyruszyliśmy we dwójkę. Paweł również jechał na Transalpie, tyle że drugiej generacji, lepiej przystosowanym do trudnego terenu.
Reklama
Ile zajęła Ci cała eskapada?
Jaki był cel tej podróży i czy wszystko przebiegło zgodnie z pierwotnymi założeniami?
Jakie wrażenie wywarła na tobie ojczyzna Vlada Palownika?
Co możesz powiedzieć o ludziach, których poznałeś?
Ani śladu wampirów?
Wyprawa zajęła mi 8 dni, przejechałem 4.000 km. Dojazd na Śląsk to jeden dzień, tam też zostałem ugoszczony przez Pawła i jego rodzinę. Kolejny dzień to dojazd do Rumunii, gdzie przenocowaliśmy w Satu Mare. Właściciel pola namiotowego udzielił nam kilku wskazówek oraz jednocześnie rozwiał kilka mitów dotyczących Rumunii. Dzienne dystanse, które pokonywaliśmy wahały się między 200 km a 800 km. Wiele zależało od rodzaju dróg. Inaczej jechało się po górach ze zniszczoną nawierzchnią, inaczej po autostradach. Zazwyczaj jechaliśmy od 8 do 12 godzin dziennie. Wyruszyliśmy poprzez krainę zwaną Maramuresz, w północnej części Rumunii, gdzie m.in. mieliśmy okazję zobaczyć „wesoły cmentarz” w miejscowości Sapanta. Kolejne dni zaskoczyły nas trochę jakością dróg, a nawet ich brakiem. Jadąc poprzez góry chwilami droga wyglądała jak po nalocie bombowym, a chwilami była zwykłą szutrówką. Widać jednak było, że w dużym stopniu drogi są w trakcie remontów. Myślę, że za kilka lat, to będzie inny świat. Chyba dobrze, że mogliśmy jednak zobaczyć to tak, jak wygląda to teraz…Ostatniego dnia zrobiłem trasę z Bratysławy – 800 km w 14 godzin. To było nieco męczące i już nie tak ekscytujące.
Reklama

W tle imponująca Droga Transfogaraska
W większości trzymaliśmy się planu, zwłaszcza że Paweł miał to wszystko świetnie przemyślane. Plan był taki, aby w mniej więcej tydzień pokonać trasę wzdłuż rumuńskich Karpat, czyli w poprzek Rumunii. Tym sposobem zaliczyliśmy największe atrakcje turystyczne, czyli kanion Bicaz, trasę Transfogarską i Transalpinę, przejechaliśmy przez Transylwanię i Maramuresz, zobaczyliśmy słynne zamki Drakuli, czyli Vlada Tepesa w Bran i u podnóża trasy Transfogarskiej. Rumunia, mimo wszystko należy do Unii Europejskiej, w większości miejsc sprawy takie jak tankowanie załatwia się przy pomocy karty płatniczej. Myślę, że poważniejszą sprawą byłaby wyprawa w dalsze regiony, typu Turcja, Iran, Rosja, Kazachstan, ale teraz nie czułem się jeszcze na to gotowy.
Reklama
Pod tym względem jestem tradycjonalistą i preferuję mapy papierowe, ewentualnie rzucam okiem na mapę w telefonie komórkowym, wykuwam na pamięć najbliższą trasę i jadę dalej. Paweł czasami montował na kierownicy GPS, ale raczej tylko w okolicach większych aglomeracji, abyśmy np. trafili bez błądzenia na camping w Bratysławie. Jadąc w górach używaliśmy tradycyjnych map. Przygotowań jako takich nie było, po prostu spakowałem na motocykl namiot, śpiwór i trochę drobiazgów typu pasta do zębów. Obaj przygotowaliśmy się do wyjazdu, tak żeby w razie czego przetrwać w dziczy, ale okazało się to nie do końca potrzebne, bo korzystaliśmy raczej z pól namiotowych oraz kilka razy z kwater.

Naturalne przeszkody często spotykane na Transalpinie
Na wschodzie kraju chwilami można poczuć się jak w Polsce sprzed kilkudziesięciu lat: ulicami jeżdżą furmanki, spacerują krowy i psy, i nikogo to nie dziwi. Nie dziwią też ludzie w strojach, które u nas można zaobserwować jedynie na festiwalach folklorystycznych. Stare babunie, zgięte w pół, noszą na plecach chrust, idąc brzegiem drogi, którą jadą samochody. Auta nowe jak i takie, które mają po kilkadziesiąt lat. Z drugiej strony, w centralnej Rumunii zadziwił nas Braszów – miasto z centrami handlowymi, nową siecią dróg i obwodnic oraz ludzi wyglądających tak samo jak ci w Polsce, Szwecji czy Niemczech.
Reklama
Rumunia zaskakuje różnorodnością. Zarówno tą rozwoju cywilizacyjnego w różnych regionach kraju, jak i tą kulturowo – narodowościową. W kraju tym żyją obok siebie Rumuni wraz z mniejszościami narodowymi, takimi jak Węgrzy, Romowie, Ukraińcy i Niemcy. Zdziwieniem był też dla nas sposób jazdy kierowców we wschodniej Rumunii. Ograniczenia prędkości są teoretyczne. Jazda 100km/h przez wioskę, z wyprzedzaniem na podwójnej linii ciągłej przed przejściem dla pieszych lub wymuszanie pierwszeństwa, to rzecz normalna. Dodajmy do tego wałęsające się po drodze zwierzęta, bardzo zły stan nawierzchni i mamy niemal pełen obraz. Mimo tego wszystkiego, nie zauważyliśmy ani jednego wypadku. Sami też uniknęliśmy bardziej niebezpiecznych sytuacji. Jazda tam wymaga przestawienia trybu myślenia i sporej umiejętności przewidywania. Rumuni bardzo lubią grillowanie na świeżym powietrzu. Nikogo nie dziwi, że w najmniej spodziewanych miejscach można spotkać zaparkowane na poboczu samochody i rodziny piknikujące na skraju drogi. Myślę, że gdyby u nas ktoś zrobił grilla na poboczu np. między Złotowem, a Jastrowiem wzbudziłby niemałe zdziwienie.

Rumunia zachwyca wielkimi przestrzeniami
W miejscach, gdzie nocowaliśmy, mieliśmy czasami okazję porozmawiać z miejscowymi. Najlepiej wspominam nocleg w górach, gdzie dojazd do najbliższej wioski to około 10 km słabej jakości drogi. W trakcie rozmowy okazało się, że całą okolicę zamieszkują w większości Węgrzy, co chyba wyjaśniło dobre porozumienie między nami. Już rok temu miałem okazję stwierdzić, że „Polak – Węgier, dwa bratanki…” to nie tylko puste przysłowie. Rzeczywiście coś w tym jest. Zostaliśmy ostrzeżeni, żeby nocą nie oddalać się z obrębu obozu, gdyż w okolicy jest dużo niedźwiedzi, a tydzień wcześniej niedaleko pewien pasterz owiec został przez niedźwiedzia zabity. Na szczęście obejścia chroniły wielkie psy, które okazały się bardzo przyjacielskie, mimo że na pierwszy rzut oka robiły niesamowicie groźne wrażenie. Rozmowa rozkręciła się - zwłaszcza po skosztowaniu lokalnego alkoholu, o nazwie Transilvanicum - a przed położeniem się spać, gospodyni przygotowała nam niesamowicie dobrą ciorbę, która jest rodzajem zupy z mięsem, warzywami i przyprawami. Odtąd Transylwania nie kojarzy mi się tylko z wampirami, ale miłymi, przyjaznymi i gościnnymi ludźmi.
Reklama
Jeśli chodzi o wampiry, to mieliśmy okazję zobaczyć zamek w Bran, który jako wielka atrakcja turystyczna był niesamowicie oblężony przez turystów. My zatrzymaliśmy się tylko zrobić zdjęcie z zewnątrz i ruszyliśmy dalej, podziwiając widoki z siodeł motocykli. Na drugi zamek, ten w którym rzeczywiście zamieszkiwał Vlad Tepes, natrafiliśmy u podnóża kultowej trasy Transfogaraskiej. Inne miejsce, które zrobiło na nas wrażenie to kanion Bicaz. Trasa biegnie jego dołem, a ściany osiągają nawet 400 metrów wysokości. Nasz ostatni dzień w Rumunii to trasa Transalpina, z zapierającymi dech widokami i przestrzeniami. Stamtąd ruszyliśmy na zachód i mimo 40°C upałów, dotarliśmy aż do słowackiej Bratysławy, gdzie nad brzegiem jeziora znaleźliśmy urokliwy camping o nazwie Złote Piaski. Tu już można było poczuć się niemal jak w domu.

W Karpatach nietrudno zbłądzić i natknąć się na jednego z licznie występujących tam niedźwiedzi
Obecnie cieszę się wszystkimi udogodnieniami cywilizacji, takimi jak kablówka i pizza na telefon. Maszyna, mimo że niezawodna to pewnie za jakiś czas zostanie zmieniona, bo życie jest krótkie, a typów i marek motocykli wiele - fajnie byłoby wypróbować ich jak najwięcej. Co do kolejnej wyprawy, to pewnie podczas jesiennych i zimowych wieczorów pojawi się jakaś nowa inspiracja.
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dziękuję :)
Gratuluję wspaniałej przygody!
Dziękuję :)
Gratuluję wspaniałej przygody!