Reklama

Motorem do grobu

18/07/2012 00:00
Mają tytanowe pręty w nogach i skórzane kurtki na plecach. Ryk ich maszyn słychać z daleka, ale kotów nie jedzą. Ani tych w Kosowie, ani włoskich, ani rumuńskich

Człowiek z tytanu

Lato 2009 roku. Asfaltową nitką obok Rzeszowa mknie kolumna jednośladów. Ich celem jest Ukraina. Jedne z wielu wakacji życia. Na głowach kaski, na plecach kamizelki odblaskowe. Motocykliści czują się bezpieczni. Do czasu. Nagle jeden motocykl wpada w poślizg. Kierowca spada z siodełka, a za nim pędzi kolega. Ma ułamek sekundy na decyzję. - Miałem wybór: albo wjechać w kumpla, albo zjechać na lewy pas – zaciskając dłonie wspomina Wojtek Szczotka. Wybrał to drugie. A tam był tir. Wielki i czerwony. – Obiłem mu tylko trochę przód – opowiada ówczesny 21-latek. Motocyklista wyszedł z wypadku trochę poobijany. Jego czoper do jazdy już się nie nadaje. Do niczego, po uderzeniu nim o asfalt w przypływie złości, jest też kask motocyklisty.
[[reklama]]
Wypadków motocykliści z grupy Explorers mieli kilka. - W ubiegłym roku dwóch kolegów bardzo się połamało. To są ironmani – mają tytanowe pręty i blachy w ciele – żartuje dziś szef grupy, ale przyznaje, że strach pozostaje. – Do dziś gdy mijam czerwonego tira, to biorą mnie dreszcze. Wypadek to jest sprawdzian, czy jesteś motocyklistą, czy nie. Jeśli jesteś, to nawet jak się boisz, to wsiądziesz i będziesz dalej jeździł – twierdzi Wojciech Szczotka.

Grupa Explorers stara się edukować kierowców, którzy zbyt rzadko patrzą w lusterka. Dowodem tego akcja „Bezpieczny motocyklista” współorganizowana z fanami jednośladów z Piły. – Staramy się jeździć nie więcej niż 100-110 – podkreśla motocyklista.

Na złość rodzicom

- W każdym człowieku jest pierwiastek motocyklisty – przekonuje mnie Wojciech Szczotka. Siedzi za stołem, krótko ostrzyżony, opalony, uśmiechnięty. I pełen pasji. – Ja od zawsze na czymś jeździłem: komarek, ogarek, skuter...

Motocykl to jednak coś zupełnie innego. I ten stereotyp motocyklisty-dawcy. Tego obawiali się rodzice Wojtka i jego kolegów ze złotowskiego ogólniaka. Chłopcy robią im na złość. W wakacje 2007 wyjeżdżają do Anglii. – Pracowaliśmy na taśmach, trochę przy garach – opowiada motocyklista rodem ze Świętej. Wyjeżdżają w szóstkę. Po trzech miesiącach pięciu z nich kupuje motocykle. Wojtek na „małego czopera” wydaje wszystko – 10,5 tys. złotych.
Przez dwa lata chłopaki spotykają się z doskoku. – Nazwaliśmy się Orlen Team, bo zbieraliśmy się na stacji – mężczyzna śmieje się z tamtych czasów.

Od września 2009 roku grupa istnieje formalnie. Ma władze, logo i nazwę – Explorers. - Pierwszą nazwą był Voyager. Po czasie dowiedzieliśmy się, że w Kołobrzegu jest już klub o takiej nazwie, o to w światku motocyklowym nie uchodzi. Zaprosiliśmy ich na imprezę i oficjalnie zmieniliśmy nazwę na Explorers – wyjaśnia prezes Szczotka. Podobnie rzecz miała się z logiem. Strzałki w motocyklowej oponie były już zarezerwowane.
[[reklama]]
[[nowa_strona]]
Śmierć w Rumunii

Podróże. To jest cel motocyklistów mających siedzibę w Krajence. Zaczynają od okolic. Biorą namioty i spędzają weekend w okolicach Tucholi lub Wyrzyska. Uczą się wypraw, ale też odkrywają piękno małej ojczyzny. – Jest tyle fajnych miejsc do zobaczenia – zachwyca się W. Szczotka. Wie co mówi, bo członkowie grupy regularnie zjeżdżają Europę. - Mołdawia, Ukraina, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Chorwacja, Kosowo, Grecja, Włochy, Austria, Francja, Walia, Anglia, Szkocja, Niemcy, Norwegia, Dania – prezes Explorers wymienia je jednym tchem. W tym roku to on jest odpowiedzialny za wypad do Czarnogóry. Otoczony tuzinem przewodników szuka miejsc oryginalnych, jak sam mówi „smaczków. Takich, gdzie nie ma tłumu turystów.

Tak jak w Rumunii, gdzie nocują na dziko. Nie biorą do serc ostrzeżeń, że to dziki kraj, że ich tam okradną lub zabiją. - Pierwszej nocy nie mogliśmy znaleźć noclegu, bo oni mieli święto narodowe. Trafiliśmy nad jakieś stawy. Stała tam budka zabita dechami, a z niej wyszedł facet pijany jak bela. Tłumaczyliśmy mu po polsku, angielsku, niemiecku, że chcemy rozbić namiot. Dopiero jak wyciągnęliśmy namiot i daliśmy mu łyka ich palinki, takiego samogonu ze śliwek, który kupiliśmy w górach, to zgodził się na nocleg – takich opowieści leśnik z wykształcenia ma wiele. I dla nich jeździ na motocyklu.
[[reklama]]
Dziewczyna w sakwie

- Uwielbiam jeździć z otwartą szybą i czuć wiatr na twarzy. To jest ten powiew wolności – Wojciech Sz. odsłania rząd białych zębów. Humoru nie psuje mu pytanie o ograniczenia, jakie niesie ze sobą motocykl. – Tak, nie zaplanujesz jak autem, że dojedziesz z punktu A do B. Wystarczy deszcz i stoisz. Temu z grupy paliwo kończy się teraz, innemu później, Ten chce sikać tu, ten tam... – przyznaje właściciel srebrnej Yamahy Roadstar 1,7. Najwięcej kłopotu sprawiają jednak sakwy. W dokładniej ich mała pojemność. – Muszę kombinować jak ja i moja dziewczyna mamy się zapakować do dwóch sakw, które razem mają 80 litrów. A dziewczyna musi wziąć nawet lusterko – motocyklista znacząco pociera ciemne włosy. Ale jednośladu nie zamieni na żadne auto. - Na motocyklu dużo więcej można zobaczyć. Jak się zamykam w samochodzie, to po prostu jadę. Na motorze zwiedzam i odpoczywam...
[[reklama]]
Miłość aż po grób

Na co dzień grupa Explorers spotka się w byłej kotłowni w Krajence. Członkowie wyremontowali ją i wyposażyli. Zbudowali bar – krzywy, bo nikt z nich nie potrafi murować oraz antresole, na których śpią. – Na co dzień rozjeżdżamy się po Polsce, ale weekendy spędzamy razem – podkreśla prezes najmłodszej grupy motocyklistów w okolicy. W jej skład wchodzi po dwóch mieszkańców Krajenki i gminy Złotów oraz sześciu chłopaków ze Złotowa. – Jesteśmy grupą przyjaciół z pasją – twierdzi W. Szczotka. - U nas każdy nowy członek musi być tzw. prospektem, musimy go poznać jako człowieka i motocyklistę. Nie akceptujemy ludzi, którzy jeżdżą niebezpiecznie, bo chcemy odgonić stereotyp dawcy – uzasadnia. Przykładem zżycia grupy jest wypadek jednego z jej członków koło Zielonej Góry. Dwóch członków wsiada w samochód, podczepia przyczepkę i jadą po kolegę i jego rozbity motocykl. – Musimy być przyjaciółmi, móc na siebie liczyć – akcentuje Wojciech Szczotka.

Na grupę Explorers liczyć mogą także inni. Od roku motocykliści współpracują z jastrowskimi domami dziecka. Zbierają odzież dla podopiecznych, organizują Dni Dziecka. Chcą coś robić dla innych. Pasjonaci dwóch kółek za sobą mają okres, gdy ludzie byli wobec nich nieufni. – Na początku zdarzały się interwencje policji – przyznaje prezes klubu. – Ale z czasem ludzie przekonali się, że nie jesteśmy satanistami, którzy odprawiają czarne msze i jedzą koty...
I tak nie będzie. Podobnie jak członkowie klubu nie zamierzają rezygnować ze swej pasji. - Dziewczyna czasem się ze mnie śmieje, że motocykl kocham bardziej niż ją. Nieraz całą wolną sobotę potrafię poświęcić na usunięcie kropki rdzy z maszyny – Wojciech Szczotka śmieje się w głos i dodaje: - Ja z tego nie wyrosnę. To jest pasja na całe życie.

Łukasz Opłatek
Foto: Explorers
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości