Mają tytanowe pręty w nogach i skórzane kurtki na plecach. Ryk ich maszyn słychać z daleka, ale kotów nie jedzą. Ani tych w Kosowie, ani włoskich, ani rumuńskich
Człowiek z tytanu
Lato 2009 roku. Asfaltową nitką obok Rzeszowa mknie kolumna jednośladów. Ich celem jest Ukraina. Jedne z wielu wakacji życia. Na głowach kaski, na plecach kamizelki odblaskowe. Motocykliści czują się bezpieczni. Do czasu. Nagle jeden motocykl wpada w poślizg. Kierowca spada z siodełka, a za nim pędzi kolega. Ma ułamek sekundy na decyzję. - Miałem wybór: albo wjechać w kumpla, albo zjechać na lewy pas – zaciskając dłonie wspomina Wojtek Szczotka. Wybrał to drugie. A tam był tir. Wielki i czerwony. – Obiłem mu tylko trochę przód – opowiada ówczesny 21-latek. Motocyklista wyszedł z wypadku trochę poobijany. Jego czoper do jazdy już się nie nadaje. Do niczego, po uderzeniu nim o asfalt w przypływie złości, jest też kask motocyklisty. [[reklama]]
Wypadków motocykliści z grupy Explorers mieli kilka. - W ubiegłym roku dwóch kolegów bardzo się połamało. To są ironmani – mają tytanowe pręty i blachy w ciele – żartuje dziś szef grupy, ale przyznaje, że strach pozostaje. – Do dziś gdy mijam czerwonego tira, to biorą mnie dreszcze. Wypadek to jest sprawdzian, czy jesteś motocyklistą, czy nie. Jeśli jesteś, to nawet jak się boisz, to wsiądziesz i będziesz dalej jeździł – twierdzi Wojciech Szczotka.
Grupa Explorers stara się edukować kierowców, którzy zbyt rzadko patrzą w lusterka. Dowodem tego akcja „Bezpieczny motocyklista” współorganizowana z fanami jednośladów z Piły. – Staramy się jeździć nie więcej niż 100-110 – podkreśla motocyklista.
Na złość rodzicom
- W każdym człowieku jest pierwiastek motocyklisty – przekonuje mnie Wojciech Szczotka. Siedzi za stołem, krótko ostrzyżony, opalony, uśmiechnięty. I pełen pasji. – Ja od zawsze na czymś jeździłem: komarek, ogarek, skuter...
Motocykl to jednak coś zupełnie innego. I ten stereotyp motocyklisty-dawcy. Tego obawiali się rodzice Wojtka i jego kolegów ze złotowskiego ogólniaka. Chłopcy robią im na złość. W wakacje 2007 wyjeżdżają do Anglii. – Pracowaliśmy na taśmach, trochę przy garach – opowiada motocyklista rodem ze Świętej. Wyjeżdżają w szóstkę. Po trzech miesiącach pięciu z nich kupuje motocykle. Wojtek na „małego czopera” wydaje wszystko – 10,5 tys. złotych.
Przez dwa lata chłopaki spotykają się z doskoku. – Nazwaliśmy się Orlen Team, bo zbieraliśmy się na stacji – mężczyzna śmieje się z tamtych czasów.
Od września 2009 roku grupa istnieje formalnie. Ma władze, logo i nazwę – Explorers. - Pierwszą nazwą był Voyager. Po czasie dowiedzieliśmy się, że w Kołobrzegu jest już klub o takiej nazwie, o to w światku motocyklowym nie uchodzi. Zaprosiliśmy ich na imprezę i oficjalnie zmieniliśmy nazwę na Explorers – wyjaśnia prezes Szczotka. Podobnie rzecz miała się z logiem. Strzałki w motocyklowej oponie były już zarezerwowane. [[reklama]] [[nowa_strona]] Śmierć w Rumunii
Podróże. To jest cel motocyklistów mających siedzibę w Krajence. Zaczynają od okolic. Biorą namioty i spędzają weekend w okolicach Tucholi lub Wyrzyska. Uczą się wypraw, ale też odkrywają piękno małej ojczyzny. – Jest tyle fajnych miejsc do zobaczenia – zachwyca się W. Szczotka. Wie co mówi, bo członkowie grupy regularnie zjeżdżają Europę. - Mołdawia, Ukraina, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Chorwacja, Kosowo, Grecja, Włochy, Austria, Francja, Walia, Anglia, Szkocja, Niemcy, Norwegia, Dania – prezes Explorers wymienia je jednym tchem. W tym roku to on jest odpowiedzialny za wypad do Czarnogóry. Otoczony tuzinem przewodników szuka miejsc oryginalnych, jak sam mówi „smaczków. Takich, gdzie nie ma tłumu turystów.
Tak jak w Rumunii, gdzie nocują na dziko. Nie biorą do serc ostrzeżeń, że to dziki kraj, że ich tam okradną lub zabiją. - Pierwszej nocy nie mogliśmy znaleźć noclegu, bo oni mieli święto narodowe. Trafiliśmy nad jakieś stawy. Stała tam budka zabita dechami, a z niej wyszedł facet pijany jak bela. Tłumaczyliśmy mu po polsku, angielsku, niemiecku, że chcemy rozbić namiot. Dopiero jak wyciągnęliśmy namiot i daliśmy mu łyka ich palinki, takiego samogonu ze śliwek, który kupiliśmy w górach, to zgodził się na nocleg – takich opowieści leśnik z wykształcenia ma wiele. I dla nich jeździ na motocyklu. [[reklama]] Dziewczyna w sakwie
- Uwielbiam jeździć z otwartą szybą i czuć wiatr na twarzy. To jest ten powiew wolności – Wojciech Sz. odsłania rząd białych zębów. Humoru nie psuje mu pytanie o ograniczenia, jakie niesie ze sobą motocykl. – Tak, nie zaplanujesz jak autem, że dojedziesz z punktu A do B. Wystarczy deszcz i stoisz. Temu z grupy paliwo kończy się teraz, innemu później, Ten chce sikać tu, ten tam... – przyznaje właściciel srebrnej Yamahy Roadstar 1,7. Najwięcej kłopotu sprawiają jednak sakwy. W dokładniej ich mała pojemność. – Muszę kombinować jak ja i moja dziewczyna mamy się zapakować do dwóch sakw, które razem mają 80 litrów. A dziewczyna musi wziąć nawet lusterko – motocyklista znacząco pociera ciemne włosy. Ale jednośladu nie zamieni na żadne auto. - Na motocyklu dużo więcej można zobaczyć. Jak się zamykam w samochodzie, to po prostu jadę. Na motorze zwiedzam i odpoczywam... [[reklama]] Miłość aż po grób
Na co dzień grupa Explorers spotka się w byłej kotłowni w Krajence. Członkowie wyremontowali ją i wyposażyli. Zbudowali bar – krzywy, bo nikt z nich nie potrafi murować oraz antresole, na których śpią. – Na co dzień rozjeżdżamy się po Polsce, ale weekendy spędzamy razem – podkreśla prezes najmłodszej grupy motocyklistów w okolicy. W jej skład wchodzi po dwóch mieszkańców Krajenki i gminy Złotów oraz sześciu chłopaków ze Złotowa. – Jesteśmy grupą przyjaciół z pasją – twierdzi W. Szczotka. - U nas każdy nowy członek musi być tzw. prospektem, musimy go poznać jako człowieka i motocyklistę. Nie akceptujemy ludzi, którzy jeżdżą niebezpiecznie, bo chcemy odgonić stereotyp dawcy – uzasadnia. Przykładem zżycia grupy jest wypadek jednego z jej członków koło Zielonej Góry. Dwóch członków wsiada w samochód, podczepia przyczepkę i jadą po kolegę i jego rozbity motocykl. – Musimy być przyjaciółmi, móc na siebie liczyć – akcentuje Wojciech Szczotka.
Na grupę Explorers liczyć mogą także inni. Od roku motocykliści współpracują z jastrowskimi domami dziecka. Zbierają odzież dla podopiecznych, organizują Dni Dziecka. Chcą coś robić dla innych. Pasjonaci dwóch kółek za sobą mają okres, gdy ludzie byli wobec nich nieufni. – Na początku zdarzały się interwencje policji – przyznaje prezes klubu. – Ale z czasem ludzie przekonali się, że nie jesteśmy satanistami, którzy odprawiają czarne msze i jedzą koty...
I tak nie będzie. Podobnie jak członkowie klubu nie zamierzają rezygnować ze swej pasji. - Dziewczyna czasem się ze mnie śmieje, że motocykl kocham bardziej niż ją. Nieraz całą wolną sobotę potrafię poświęcić na usunięcie kropki rdzy z maszyny – Wojciech Szczotka śmieje się w głos i dodaje: - Ja z tego nie wyrosnę. To jest pasja na całe życie.
Łukasz Opłatek
Foto: Explorers
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze