Reklama

Motorem przez świat

25/08/2012 00:00
Do pracy zakłada koszulę z kołnierzykiem, po południu zrzuca ją jednak na rzecz czarnego t-shirta i skórzanej kamizelki. Jego pasję zdradza tylko sporych rozmiarów fotografia motocykla, wisząca na ścianie urzędniczego pokoju. - Staram się oddzielić od siebie te dwie rzeczy - mówi Grzegorz Górski - w pracy jestem urzędnikiem, po pracy motocyklistą

Wszystkim, którzy nie znają pana Grzegorza, a którzy wiedzieli go w trakcie ubiegłotygodniowej imprezy Płonące Party, z całą pewnością trudno jest go sobie wyobrazić za biurkiem. Nadzorowanie inwestycji drogowych, załatwianie najróżniejszych formalności, przyjmowanie petentów – przeciętnemu Kowalskiemu urzędnik państwowy kojarzy się z nudziarzem. G. Górski skutecznie obala ten mit. – Wśród motocyklistów spotykam ludzi, którzy zajmują najróżniejsze stanowiska. Są biznesmeni, lekarze, inżynierowie – wylicza – przekrój zawodów jest duży. Garnitur i skóra – to się dla mnie nie kłóci – mówi. Nasz rozmówca z urzędniczego stereotypu wyłamuje się również brakiem asekuranctwa. Lubi odrobinę ryzyka, jednak – jak zaznacza – w granicach rozsądku, w żadnym wypadku nie uważa siebie za, w złym tego słowa znaczeniu, dawcę organów. – Czasami, żeby poczuć adrenalinę, trzeba delikatnie nagiąć prawo, ale bez przesady – mówi w odniesieniu do prędkości.
[[reklama]]
Czego zatem boi się Grzegorz Górski? Ludzkiej bezmyślności. – To, co czasami robią drogowcy, woła o pomstę do nieba – mówi, wyjaśniając, że piasek czy grys, zalegające na zakręcie i nie sprzątnięte po robotach, to przy większej prędkości gwóźdź do trumny motocyklisty. – Samej jazdy się nie boję, bo to co ma nas spotkać to spotka – pan Grzegorz zdaje się wierzyć w przeznaczenie.

Lądowanie w krzakach


Pierwsza, niezawiniona przez naszego rozmówcę sytuacja skończyła się parkowaniem w krzakach. – Kierowca samochodu jadącego z naprzeciwka ściął zakręt. Zahamowałem, zarzuciło mnie i miałem do wyboru: położyć motocykl albo wjechać do rowu. Po szybkiej ocenie wybrałem drugą opcję, zwłaszcza, że nie miałem dużej prędkości i wiedziałem, że nic mi się nie stanie – opowiada. Raz jednak krew w żyłach urzędnika naprawdę się zmroziła. – Kiedyś w trakcie niedzielnej przejażdżki na drodze obsadzonej drzewami zapatrzyłem się i nie zauważyłem, że droga skręca – wspomina, dodając, że po lewej stronie miał kolegę. – Znów miałem wybór: położyć motocykl albo spróbować go wyprzedzić i pojechać prosto. Pan Grzegorz, podobnie jak wcześniej, wybrał drugą opcję – przyspieszył, wycyrklował i zmieścił się między drzewem a stodołą. Nie sądził tylko, że natrafi na wystającą z ziemi studzienkę. – Kilka metrów przeleciałem w powietrzu – opowiada, dodając, że, na szczęście, wylądował na kołach. – Nic się nie stało – mówi, przyznając, że mimo wszystko miał wtedy stracha. Dziś, nauczony doświadczeniem, ma dla entuzjastów dwóch kółek dwie złote rady: - Podstawa to przewidywanie. Patrząc na człowieka idącego poboczem, na dziecko, trzeba zakładać, że może się potknąć i wejść na jezdnię – uzmysławia. - Nie używajcie też za często hamulca i nie do końca. Hamować trzeba się nauczyć – twierdzi członek krajeńskiego klubu Płonące Wały.
[[nowa_strona]]
60 tysięcy pękło

G. Górski motocyklem namiętnie jeździ od 6 lat, jak opowiada jednak, to dla niego nie pierwszyzna. - Na początku jeździło się motocyklem z konieczności – mówi, dodając, że w dawnych czasach tego rodzaju maszyna dla wielu osób była zdecydowanie bardziej osiągalna aniżeli samochód – dopiero później pojawiła się pasja. - Zawsze jak na drodze widziałem duży motocykl, chopper, to głowa mimowolnie się odwracała – opowiada, wyjaśniając, że kiedy w jego życiu pojawiła się rodzina, dom, obowiązki, pasja musiała ustąpić im pola. Powróciła za sprawą znajomych-motocyklistów z Górznej, z którymi pan Grzegorz często się spotykał. – Kiedy powiedziałem im, że chcę mieć motocykl, zaproponowali, żebym się przejechał ich maszynami – pan Grzegorz skorzystał z propozycji, najpierw wsiadł na sportowy motocykl, później na choppera. – Sportowy mnie nie pociągał ze względu na to, co potrafi, wydawał mi się wręcz przerażający. Wsiadłem na drugi i to było to – nasz rozmówca uśmiecha się. Kolega zaproponował, że pożyczy mu motocykl na sobotę. – Przejechałem wtedy 400 km, zaliczyłem Kaszuby i Kujawy. Takich sobót były jeszcze dwie i już wiedziałem, że muszę sobie kupić motocykl, nawet kosztem gorszego samochodu – mówi ze śmiechem. To był 2007 rok. Od tego czasu pan Grzegorz zdążył już kupić, a potem zmienić motocykl – obecnie jeździ Yamachą V-Star 1100 – i w sumie „nakręcił” już ponad 60 tysięcy kilometrów. Z kolegami fundował sobie wycieczki nie tylko „wkoło komina”, ale przede wszystkim te krajowe, a nawet zagraniczne. Estonia, Litwa, Łotwa, Grecja, Rumunia – nasz rozmówca dotarł tam na dwóch kółkach. Szczególnie wspomina uwitą zakrętami, za czasów Ceausescu mającą znaczenie militarne, Trasę Transfogarską. Każdemu poleca ją zobaczyć, a jeszcze lepiej – przejechać.
[[reklama]]
Zasady muszą być

Panu Grzegorzowi, urzędnikowi samorządowemu, pewnych rzeczy robić czy mówić nie wypada, jego zdaniem jednak zdjęcie motocykla powadze urzędu nie ujmuje. Czasami nawet odwrotnie – ułatwia pracę. – Petenci-motocykliści zwracają na nie uwagę – nasz rozmówca naświetla sprawę, tłumacząc, że wówczas rozmowa nabiera innego kształtu. – Nie mówimy sobie per pan/pani, automatycznie przechodzimy na „ty”, wszyscy jesteśmy sobie równi – takie są motocyklowe zasady. Te same zasady wszystkim, którzy noszą kamizelki z barwami KM Płonące Wały, dyktują godne reprezentowanie klubu. O to nie trzeba się jednak specjalnie starać – w końcu klubowiczów łączą podobne usposobienie i miłość do motocykli, najlepszym wyjściem wydaje się więc bycie naturalnym.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości