Do pracy zakłada koszulę z kołnierzykiem, po południu zrzuca ją jednak na rzecz czarnego t-shirta i skórzanej kamizelki. Jego pasję zdradza tylko sporych rozmiarów fotografia motocykla, wisząca na ścianie urzędniczego pokoju. - Staram się oddzielić od siebie te dwie rzeczy - mówi Grzegorz Górski - w pracy jestem urzędnikiem, po pracy motocyklistą
Wszystkim, którzy nie znają pana Grzegorza, a którzy wiedzieli go w trakcie ubiegłotygodniowej imprezy Płonące Party, z całą pewnością trudno jest go sobie wyobrazić za biurkiem. Nadzorowanie inwestycji drogowych, załatwianie najróżniejszych formalności, przyjmowanie petentów – przeciętnemu Kowalskiemu urzędnik państwowy kojarzy się z nudziarzem. G. Górski skutecznie obala ten mit. – Wśród motocyklistów spotykam ludzi, którzy zajmują najróżniejsze stanowiska. Są biznesmeni, lekarze, inżynierowie – wylicza – przekrój zawodów jest duży. Garnitur i skóra – to się dla mnie nie kłóci – mówi. Nasz rozmówca z urzędniczego stereotypu wyłamuje się również brakiem asekuranctwa. Lubi odrobinę ryzyka, jednak – jak zaznacza – w granicach rozsądku, w żadnym wypadku nie uważa siebie za, w złym tego słowa znaczeniu, dawcę organów. – Czasami, żeby poczuć adrenalinę, trzeba delikatnie nagiąć prawo, ale bez przesady – mówi w odniesieniu do prędkości. [[reklama]]
Czego zatem boi się Grzegorz Górski? Ludzkiej bezmyślności. – To, co czasami robią drogowcy, woła o pomstę do nieba – mówi, wyjaśniając, że piasek czy grys, zalegające na zakręcie i nie sprzątnięte po robotach, to przy większej prędkości gwóźdź do trumny motocyklisty. – Samej jazdy się nie boję, bo to co ma nas spotkać to spotka – pan Grzegorz zdaje się wierzyć w przeznaczenie.
Lądowanie w krzakach
Pierwsza, niezawiniona przez naszego rozmówcę sytuacja skończyła się parkowaniem w krzakach. – Kierowca samochodu jadącego z naprzeciwka ściął zakręt. Zahamowałem, zarzuciło mnie i miałem do wyboru: położyć motocykl albo wjechać do rowu. Po szybkiej ocenie wybrałem drugą opcję, zwłaszcza, że nie miałem dużej prędkości i wiedziałem, że nic mi się nie stanie – opowiada. Raz jednak krew w żyłach urzędnika naprawdę się zmroziła. – Kiedyś w trakcie niedzielnej przejażdżki na drodze obsadzonej drzewami zapatrzyłem się i nie zauważyłem, że droga skręca – wspomina, dodając, że po lewej stronie miał kolegę. – Znów miałem wybór: położyć motocykl albo spróbować go wyprzedzić i pojechać prosto. Pan Grzegorz, podobnie jak wcześniej, wybrał drugą opcję – przyspieszył, wycyrklował i zmieścił się między drzewem a stodołą. Nie sądził tylko, że natrafi na wystającą z ziemi studzienkę. – Kilka metrów przeleciałem w powietrzu – opowiada, dodając, że, na szczęście, wylądował na kołach. – Nic się nie stało – mówi, przyznając, że mimo wszystko miał wtedy stracha. Dziś, nauczony doświadczeniem, ma dla entuzjastów dwóch kółek dwie złote rady: - Podstawa to przewidywanie. Patrząc na człowieka idącego poboczem, na dziecko, trzeba zakładać, że może się potknąć i wejść na jezdnię – uzmysławia. - Nie używajcie też za często hamulca i nie do końca. Hamować trzeba się nauczyć – twierdzi członek krajeńskiego klubu Płonące Wały.
[[nowa_strona]] 60 tysięcy pękło
G. Górski motocyklem namiętnie jeździ od 6 lat, jak opowiada jednak, to dla niego nie pierwszyzna. - Na początku jeździło się motocyklem z konieczności – mówi, dodając, że w dawnych czasach tego rodzaju maszyna dla wielu osób była zdecydowanie bardziej osiągalna aniżeli samochód – dopiero później pojawiła się pasja. - Zawsze jak na drodze widziałem duży motocykl, chopper, to głowa mimowolnie się odwracała – opowiada, wyjaśniając, że kiedy w jego życiu pojawiła się rodzina, dom, obowiązki, pasja musiała ustąpić im pola. Powróciła za sprawą znajomych-motocyklistów z Górznej, z którymi pan Grzegorz często się spotykał. – Kiedy powiedziałem im, że chcę mieć motocykl, zaproponowali, żebym się przejechał ich maszynami – pan Grzegorz skorzystał z propozycji, najpierw wsiadł na sportowy motocykl, później na choppera. – Sportowy mnie nie pociągał ze względu na to, co potrafi, wydawał mi się wręcz przerażający. Wsiadłem na drugi i to było to – nasz rozmówca uśmiecha się. Kolega zaproponował, że pożyczy mu motocykl na sobotę. – Przejechałem wtedy 400 km, zaliczyłem Kaszuby i Kujawy. Takich sobót były jeszcze dwie i już wiedziałem, że muszę sobie kupić motocykl, nawet kosztem gorszego samochodu – mówi ze śmiechem. To był 2007 rok. Od tego czasu pan Grzegorz zdążył już kupić, a potem zmienić motocykl – obecnie jeździ Yamachą V-Star 1100 – i w sumie „nakręcił” już ponad 60 tysięcy kilometrów. Z kolegami fundował sobie wycieczki nie tylko „wkoło komina”, ale przede wszystkim te krajowe, a nawet zagraniczne. Estonia, Litwa, Łotwa, Grecja, Rumunia – nasz rozmówca dotarł tam na dwóch kółkach. Szczególnie wspomina uwitą zakrętami, za czasów Ceausescu mającą znaczenie militarne, Trasę Transfogarską. Każdemu poleca ją zobaczyć, a jeszcze lepiej – przejechać.
[[reklama]] Zasady muszą być
Panu Grzegorzowi, urzędnikowi samorządowemu, pewnych rzeczy robić czy mówić nie wypada, jego zdaniem jednak zdjęcie motocykla powadze urzędu nie ujmuje. Czasami nawet odwrotnie – ułatwia pracę. – Petenci-motocykliści zwracają na nie uwagę – nasz rozmówca naświetla sprawę, tłumacząc, że wówczas rozmowa nabiera innego kształtu. – Nie mówimy sobie per pan/pani, automatycznie przechodzimy na „ty”, wszyscy jesteśmy sobie równi – takie są motocyklowe zasady. Te same zasady wszystkim, którzy noszą kamizelki z barwami KM Płonące Wały, dyktują godne reprezentowanie klubu. O to nie trzeba się jednak specjalnie starać – w końcu klubowiczów łączą podobne usposobienie i miłość do motocykli, najlepszym wyjściem wydaje się więc bycie naturalnym.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze