Wyzwanie, walka o polepszenie świata. Ludzie z zewnątrz wyglądają na spełnionych i odważnych, a każdy z nas ma jakieś problemy, każdy z nas nosi w sobie jakiś lęk. Gdy staje się naprzeciwko tych problemów, a ma się za sobą Chrystusa, to można tym ludziom pomagać – to jest bardzo pociągające.
Znam takiego Przemka, który w gimnazjum wyłożył się życiowo, zaczął brać dopalacze, ale wiele rozmów ze mną, wzruszeń, płaczu sprawiło, że przeszedł czteromiesięczną terapię i wrócił do wolności. Próbuje stanąć na nogi, choć nie twierdzę, że to ja mu pomogłem. Tylko z nim rozmawiałem.
ReklamaMnóstwo jest ludzi, którzy się otwierają, gdy zauważą, że ktoś chce ich wysłuchać. Przeze mnie, słabego i grzesznego, przychodzi do nich Jezus Chrystus. I to też jest pociągające.
Bo byłem rozrywkowy, do kościoła chodziłem tylko w niedzielę i nie byłem nawet ministrantem. Swoją wiarę rozwijałem podczas intymnych rozmów z Chrystusem i od zawsze mówiłem, że chciałem być misjonarzem. Nikt w to nie wierzył – ani wśród znajomych, ani wśród rodziny.
Dziecięce marzenie miałem od zawsze i z nim nigdy nie walczyłem. Miałem jednak w liceum okres, w którym chciałem się okłamać. Powiedzieć sobie, że kapłaństwo nie jest dla mnie. Że muszę uciec od powołania. Byłem młody, szalony, chciałem próbować różnych rzeczy, a moje ówczesne życie w ogóle nie przystawało do ideału, jaki chciałbym osiągnąć. Do pięknej, czystej miłości, bycia drugim Chrystusem. Czułem, że nie jestem tego godny.
ReklamaNa szczęście, gdy chciałem to marzenie wyrwać z serca, spotkałem księdza, który powiedział: Filip, nikt nie jest godny. To jest pokora pana Boga, że do takich nas chce przychodzić. Wyczytałem też, że Pan Bóg nie powołuje ludzie przygotowanych, ale przygotowuje powołanych. Wtedy powiedziałem sobie, że skoro Pan Bóg chce mnie takiego nieco nieodpowiedzialnego i nieprzygotowanego, to niech trochę nade mną popracuje (śmiech).
Babcie nauczyły mnie modlitwy, a rodzice wpoili mi i rodzeństwu wielki szacunek do niedzielnej Eucharystii. Nie modliliśmy się jednak wspólnie i nie było przymusu chodzenia do kościoła. Tata wstawał rano w niedzielę i pytał nas, czy chcemy iść z nim na mszę. I tyle. Ta wolność mnie pociągała, bo ja zawsze tęskniłem za wolnością. I zawsze znalazłem swoją godzinę, by pójść do kościoła.
ReklamaNikt w domu nie naciskał, bym został księdzem. Przeciwnie. Do czwartego, a nawet piątego roku mama potrafiła zadzwonić do seminarium z pytaniem: Filip, nie chciałbyś wrócić do domu?
A ja zawsze chciałem być uczniem Chrystusa. Zwłaszcza gdy naczytałem się książek o świętym Franciszku, który boso, z laską pasterską szedł i głosił Słowo Boże.
Gdy dorosłem zauważyłem, że takiej formy przekazu jak za czasów św. Franciszka już nie ma. Dziś, by zostać posłańcem Chrystusa, trzeba skończyć studia, zostać księdzem i pracować w parafii.
Reklama
Seminarium jest trudne. Wystarczy wyobrazić sobie dwudziestu młodych facetów, którzy mogliby żyć jak prawdziwi studenci, z wielką wolnością. A oni rezygnują z całego świata, zamykają się w klasztorze i chcą wpatrywać się w Chrystusa i od niego się uczyć. Umówmy się: to nie jest naturalne. To jest trudne, ale też piękne. Bo to jest codzienna walka z samym sobą. Poza tym seminarium to czas zawierania pięknych przyjaźni.
Takie jest życie. Taki jest świat. Każdy z nas jest naznaczony jakimś wewnętrznym rozdarciem. Seminarium na pewno może się wydawać atrakcyjne dla osób z takimi skłonnościami, ale bardzo szybko jest to weryfikowane. Osoby te po roku – dwóch nie wytrzymują w seminarium, bo żyją w konflikcie sumienia i wychodzi na jaw, że są homoseksualistami.
ReklamaKościół katolicki kocha i szanuje każdego człowieka, ale do takich funkcji, w których trzeba brać odpowiedzialność za lud wierny, potrzebni są ojcowie duchowi, czyli mężczyźni prawidłowo „ustawieni”.
Kapłaństwo może być atrakcyjną drogą dla ludzi, którzy nie potrafią odnaleźć się w trudnym, twardym, codziennym życiu. W seminarium było wiele takich osób, którym wydało się, że życie duchownego to sielanka. Mnóstwo tych chłopaków, gdy zobaczyło trudności i wyrzeczenia, nie wytrzymywało. Bez autentycznego powołania nie da się pójść tą drogą. Ja bym nie wytrzymał. Mam delikatne sumienie i wariuję, gdy coś mi na nim ciąży. Robię wtedy wszystko, by wrócić do czystości wewnętrznej. Każda skaza na sumieniu mnie gniecie.
Reklama
Może to będą mocne słowa, ale dzisiaj czasami jest tak, że sutanna skrywa krzywe nogi i kobiety patrzą na księdza zupełnie inaczej. A gdyby go znały jako zwykłego chłopaka, może nie zrobiłby na nich wrażenia.
Każdy z nas ma swoją walkę z pokusami, walczy o swoją czystość. W liceum nigdy nie miałem problemów, by zachować damsko–męskie koleżeństwo, ale wiem, że to jest trudna walka. Niech Chrystus trochę się o mnie troszczy, bo bez niego na pewno sobie nie poradzę.
Niesamowite. Święcenia miałem 21 maja, a mszę prymicyjną po dwóch tygodniach. Wcześniej jednak odprawiałem msze sam na sam, w kaplicy na plebanii. Przelewałem krew Chrystusa w jakiejś intencji, to były normalne eucharystie, tyle że uczestniczyłem w nich tylko ja i wszyscy święci. To było niesamowite, gdy unosiłem hostię w momencie przeistoczenia i odkładałem ją na ołtarz. Popłakałem się, bo znam swoje ręce: zwykłe, ludzkie, grzeszne, a Pan Bóg przez nie chce schodzić na ziemię. Mówi mi: zobacz, jak bardzo cię kocham i mów o tej miłości ludziom.
Reklama
Prawie wszystkie twarze znałem bardzo dobrze i rzeczywiście czułem się, jakbym odprawiał mszę świętą w domu. Nieustannie towarzyszył mi wewnętrzny uśmiech. Wzruszyło mnie to, ilu ludzi o mnie myśli i się za mnie modli. To wsparcie duchowe jest niesamowite. Gdy ja miałem dziękować, nie mogłem wydusić z siebie słowa, popłakałem się. Zrozumiałem wówczas, ile zawdzięczam innym ludziom.
Dlatego serdecznie dziękuję proboszczowi i parafianom za ogromne wsparcie. Wzruszam się, gdy myślę o ich życzliwości. Dziękuję chórowi „Cecylia” za upiększenie mojej prymicji, a także wszystkim ludziom, którzy przyczynili się do tego, bym mógł zostać misjonarzem świętej rodziny.
Reklama
Następnego dnia wygłaszałem kazanie, a po nim znajomy ksiądz powiedział mi, żebym pamiętał, że teraz jestem na górze Tabor przy Chrystusie, gdzie widzę Go w chwale. Ale muszę też pamiętać, że w życiu kapłana jest druga góra – Kalwaria, na której muszę nieść krzyż, bo codzienność będzie przytłaczająca. A ja z ufnością w Chrystusa czekam na tę Kalwarię, bo chcę się sprawdzić, poświęcić ludziom swój czas, bo po to zostałem powołany.
Ryzyko, że można zaniedbać się duchowo i chodzić w niedzielę do kościoła, ale nie spotykać się z Chrystusem jest ogromne. Polski katolicyzm jest mocno zakorzeniony w tradycji i w tych obrzędach czujemy się bezpiecznie, ale gdy mamy stanąć naprzeciwko Pana Boga i spontanicznie z nim porozmawiać, to jest to trudne. To tak jak z kolędą – wysprzątamy jeden pokój, w którym przyjmiemy księdza, poopowiadamy o chodzeniu do kościoła i ocenach z religii naszych dzieci i tyle. A ksiądz jest u nas jako przedstawiciel Chrystusa i można by mu pokazać trudniejsze strony naszego życia, bo on może nam pomóc.
Reklama
Przygotowując kazanie nie myślę o tym, by było miło, ale o tym, co mogę wiernym powiedzieć, by to im pomogło. Staram się poruszać trudne tematy, ale rzeczywiście jest ryzyko, że możemy stawać się plastikowi, sztuczni, by w kościele było jeszcze trochę więcej ludzi. Wtedy jednak zamiast ludziom pomagać, będziemy realizować nieprawdziwe duszpasterstwo, które nie będzie prowadzić ludzi do celu jakim jest spotkanie z Panem Bogiem w niebie. A niestety, żeby dojść do nieba trzeba się natrudzić.
Źle się dzieje w Niemczech, gdzie duchowny poruszający trudne tematy jest upominany przez radę parafialną. A gdy się nie dostosuje, jest usuwany, bo nie odpowiada ludziom. Tak nie powinno być, bo Chrystus umarł za prawdę i ksiądz też czasami musi za prawdę umrzeć. Ksiądz musi głosić czasami gorzkie słowa, choć zawsze pełne miłości.
Reklama
Przez cztery lata w seminarium byłem opiekunem ministrantów i ta codzienna praca sprawiała mi wielką radość. Wiem, że pierwsze lata mojego kapłaństwa będą upływać na pracy w parafii, z młodzieżą, a potem może w którymś z ośrodków rekolekcyjnych dla rodzin w Polsce.
Nasze zgromadzenie nie istnieje tylko po to, by jeździć na misje gdzieś daleko w świat, ale też po to, by pomagać młodym ludziom w odnalezieniu powołań, to też praca z rodzinami.
Nasi przełożeni nigdy nie wysyłają nas na siłę za granicę, ponieważ to jest praca trudna i nie każdy może ją wykonywać. Powiedziałem sobie, że jeśli będzie ogłaszany nabór na misje, to napiszę podanie, że jestem gotowy.
Wolności serca, wytrwałości i radości.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
A co to się dzieje dzisiaj a kościołami ? W Łodzi komornik za długi wobec Starostwa powiatowego zajął do Licytacji Ołtarz za 3000zł, ławki, krzesła,konfesjonał i.t.d. To jak komornik posprzedaje, w licytacji to msze będą przy jednym obrazie a parafianie na stojąco... Starostwo powiatowe w Złotowie ma też dług 21milionów ,najwięcej wydali własnie na kościoły w całym powiecie złotowskim. Aż strach pomyśleć co co będzie dalej.
Młodzi księżą na pewno są OK ale tych starszych to pociąga raczej kasa ,ale są wyjątki jak wszędzie z resztą.
Filip. Mega szacun.
Takie życie wybrał.
A co to się dzieje dzisiaj a kościołami ? W Łodzi komornik za długi wobec Starostwa powiatowego zajął do Licytacji Ołtarz za 3000zł, ławki, krzesła,konfesjonał i.t.d. To jak komornik posprzedaje, w licytacji to msze będą przy jednym obrazie a parafianie na stojąco... Starostwo powiatowe w Złotowie ma też dług 21milionów ,najwięcej wydali własnie na kościoły w całym powiecie złotowskim. Aż strach pomyśleć co co będzie dalej.
Młodzi księżą na pewno są OK ale tych starszych to pociąga raczej kasa ,ale są wyjątki jak wszędzie z resztą.
Filip. Mega szacun.