Są prawdy, które zachowa tylko dla siebie. W urzędzie, gdzie można ją spotkać także w środku nocy, widziała wszystko, nawet śmierć. Nie chciała posady sekretarza, a miał w tym pomóc brak partyjnej przynależności. Krzyża też nie pozwoliła sobie ściągnąć. Z Krystyną Wojtasik rozmawia Piotr Steffen
We wrześniu minie Pani jubileusz 38 lat pracy. Ponoć powoli chce Pani zbliżać się do końca zawodowej kariery. To prawda. Nie znam precyzyjnie nowych przepisów emerytalnych, ale wedle wyliczeń wynika, że w połowie 2015 roku, a najdalej z pierwszym dniem stycznia 2016 roku, będę odchodzić na emeryturę.
Będzie Pani wyprawiać jakąś imprezę na 40-lecie? Oczywiście, trzeba jakoś z ludźmi się rozstać, zarówno z obecnymi współpracownikami jak i wcześniejszymi, którzy też są już na emeryturze.
Jakie były to lata? Co do dzisiaj wspomina Pani z uśmiechem na twarzy, a co do teraz przeszkadza w świadomości, bo nie wyszło? Było normalnie, czyli raz na wozie, raz pod wozem. Zawsze starałam się jak najlepiej samodzielnie pracować, wprowadzać swoje pomysły, nie korzystać z gotowców, nie kopiować, a tworzyć. Śmiesznych i wesołych sytuacji też nie brakowało. [[reklama]] Podobno tragicznych również. Ponoć ktoś zmarł kiedyś w urzędzie niemal na Pani oczach? Tak, to było podczas posiedzenia kolegium do spraw wykroczeń, które kiedyś funkcjonowało przy urzędzie. Akurat patrzałam przez uchylone drzwi, kiedy odsłaniano martwego już pana, który leżał przykryty płaszczem. Do dzisiaj zdarza się, że mam przed oczami ten widok, zwłaszcza gdy siedzę w urzędzie sama po północy. Chociaż zabobonna nie jestem, to jednak ciarki czasami przejdą w takiej sytuacji przez plecy (uśmiech). To zresztą nie jedyny podobny przypadek, bo kiedyś zdarzyło się, że musiałam przygotować pochówek jednego z pracowników, bo nie miał na miejscu bliskich osób. Pamiętam, że był piękny słoneczny dzień, ludzie pracowali w polu, miałam do przepisania na poniedziałek pracę magisterską kolegi, a tutaj trzeba było zwłoki umyć, bo leżały w domu, potem ubrać itd. Na szczęście pomogli mieszkańcy ulicy Złotowskiej.
Co robi Pani o północy w urzędzie? Pracuję. Czasami zdarza się, że jeszcze dłużej. W ubiegłym roku informację oświatową przygotowywałam do godziny 2.30, bo dyrektorzy oddali mi materiały niemal na ostatnią chwilę i trzeba było zaliczyć nockę.
Trafiła Pani do tej pracy przypadkiem czy właśnie taki był wybór zawodowej drogi życiowej? Kończyłam liceum ekonomiczne o specjalności administracja terenowa, więc praktycznie był to mój zawód. Skierował mnie tutaj ówczesny wydział zatrudnienia. Miałam odbyć półroczny staż, skrócono mi go do trzech miesięcy, po czym zaproponowano mi stałą pracę. Stanowisko sekretarza objęłam po nieżyjącym już Janie Krawczyńskim. Początkowo nie chciałam. Zawsze byłam i, wbrew pozorom, jestem do dzisiaj nieśmiałą, trochę zakompleksioną osobą, więc nie było dla mnie łatwym przyjęcie tej propozycji, tym bardziej, że byłam najmłodszym pracownikiem urzędu i obawiałam się. W ostateczności uległam namowom. [[nowa_strona]] Szybko połknęła Pani bakcyla? Tak. W urzędzie przeszłam właściwie wszystkie stanowiska, łącznie z kasą, w której swego czasu zrobiłam nawet manko, równe 10 zł, co przy zarobkach 1300 zł miało jakąś wartość. Przyznaję, że zawsze bardzo lubiłam tę urzędniczą pracę, nawet niektóre drzewa, które do dzisiaj widzę w Zakrzewie, sama swego czasu sadziłam. Zresztą nie tylko ja miałam takie podejście do obowiązków, bo kiedyś urzędnicy byli inni. Były wykopki, to też jeździliśmy, trzeba było pomalować płot przed urzędem, też malowaliśmy. I nikt nie marudził, nikt się nie buntował. Wydaje się, że zawsze była Pani bardzo oddana tej pracy. Powiedziałabym nawet, że za bardzo.
Dlaczego za bardzo? Ponieważ zaszkodziło to mojemu osobistemu życiu.
Jak? Tego już nie powiem. [[reklama]] Zaczynaliście niemal razem z poprzednim wójtem. Słyszałem, że zawodowo byliście bardzo ze sobą związani. Stare dobre małżeństwo, prawa ręka wójta – takie opinie wielokrotnie słyszałem o waszej współpracy, czego dowodem jest chyba fakt, że była Pani nie tylko sekretarzem, ale i jego zastępcą. Rzeczywiście byliście tak zgranym duetem? Jerzy Podlewski zaczynał półtora roku przede mną. Taka prawda, że przy poprzednim wójcie uczyłam się tej pracy. Trzy miesiące namawiano mnie do objęcia stanowiska sekretarza, a przekonał mnie właśnie wójt Podlewski. Broniłam się rękoma i nogami, ostatnią deską ratunku, jakiej się chwyciłam było wyznanie, iż nie byłam, nie jestem i nie będę członkiem partii. Sądziłam, że dadzą mi spokój, że to będzie mój as w rękawie, a oni mi na to, że to nie ma żadnego znaczenia. Powiedziano mi, żebym została przynajmniej na trzy miesiące, aż znajdą kogoś w to miejsce i tak te trzy miesiące trwają do dzisiaj. Po latach rzeczywiście było już tak, że w zasadzie rozumieliśmy się z wójtem bez słów.
Ten układ zawsze zachowywał proporcje szef - pracownik czy był na tyle partnerski, że mogła Pani pozwolić sobie na dużo więcej, nawet na krytykę? Bywały sytuacje, że rzeczywiście się kłóciliśmy. Często mieliśmy różne zdania, ale zawsze wiedziałam, w którym momencie muszę przestać. Miałam to wyczucie, miałam świadomość, że pewnych granic nie wolno mi przekroczyć.
Jakimi słowami określiłaby Pani wójta Podlewskiego? Dobry szef i gospodarny dyplomata. Przyznaję, miał gadanego, potrafił rozmawiać z ludźmi, a nawet człowiekiem zakołować (śmiech).
Choć trafił na stanowisko z partyjnego namaszczenia, zdecydowanie protestował kojarzeniu go z partią, a broń Boże nazywać komunistą. Jak Pani, bezpartyjnej, pracowało się z kimś, kogo zawsze kojarzono jednak z lewicową przeszłością? W urzędzie nigdy nie odczuwaliśmy żadnego partyjnego działania. Powiem więcej. Przyjechał kiedyś sekretarz partii wojewódzkiej z jednym ze współpracowników. Temu drugiemu przeszkadzało, że noszę w pracy łańcuszek z krzyżykiem. Zapytał mnie, czy jestem w partii, powiedziałam, że nie, ale wiedziałam, że coś się z tego urodzi. Jakiś czas później wójt otrzymał, nazwijmy to sugestię, żebym nie nosiła krzyżyka w pracy. Miał przeprowadzić ze mną na ten temat rozmowę. Wójt odmówił, powiedział, że to moja sprawa, że nie będzie ze mną na ten temat rozmawiał i nie będzie stawiał przede mną takich oczekiwań. Oczywiście przyszła do mnie osobiście uwaga z samej góry. Powiedziałam: niech inni przestaną nosić znaki zodiaku czy inne błyskotki, to i ja może zdejmę mój krzyżyk. Oczywiście odpuścili, nigdy nie przestałam go nosić. Było Pani smutno, gdy Jerzy Podlewski zapowiedział odejście na emeryturę? Nie, nawet namawiałam go do tego. Tłumaczyłam, że nie ma co czekać na kolejną kadencję, bo przecież kiedy miałby odpocząć? Gdyby został, kończyłby pracę w wieku 69 lat, więc pytałam go, kiedy chce w końcu zacząć żyć. Tym bardziej, że ma małe wnuki, jest na siłach. To była dobra decyzja, rozumiałam i popierałam ją. [[nowa_strona]] Niecałe dwa lata temu doszło do zmiany. Dotarła się już Pani z Henrykiem Dobrosielskim? Nie musimy się docierać, bo z Heniem również znamy się długi czas, a poznaliśmy się przez jego małżonkę. Poza tym ja lubię zmiany, meble w domu przestawiam dwa razy w roku.
Jeśli zapytam, czy jest lepiej, czy gorzej, co Pani odpowie? Nic. Obaj panowie nie są porównywalni, mają zupełnie inną osobowość, nie rywalizowali ze sobą, jeden nastał po drugim płynnie i głupotą byłoby dokonywać tutaj jakichkolwiek porównań. Zawsze wyznawałam zasadę: szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego (śmiech).
Henryk Dobrosielski był Pani kandydatem na wójta? Nigdy nikomu nie powiedziałam, na kogo głosowałam. Nawet mój syn był bardzo ciekaw, pytał mnie o to, ale też nigdy się nie dowiedział, więc tym bardziej nie mam zamiaru dzielić się takimi informacjami na łamach prasy.
Wspomniała już Pani o byłych urzędnikach, że wychodzili w teren i bez mrugnięcia okiem wykonywali wyznaczone zadania. Jak porównałaby Pani urzędników sprzed 40 lat z obecnymi? Trudno porównywać. To są zupełnie inne warunki pracy, inne przepisy, inne zadania i oczywiście inni ludzie. Poza tym to byłoby skrzywione porównanie, bo z tamtymi osobami zaczynałam, a dzisiaj jestem dinozaurem. Ale jestem zadowolona z naszej kadry. [[reklama]] Nie wierzę, że z każdego na sto procent. Pana, który zawinił przy przetargu na place zabaw, a dzisiaj jest z tego finansowy kłopot dla gminy, ponoć od razu Pani wyczuła, że nie będzie z niego żaden urzędnik. No i nie ma go już w Zakrzewie. Rzeczywiście miałam nosa, przyznaję, że pod pewnymi względami mam wyczucie do ludzi. A pracownicy, cóż, wiadomo, są lepsi i gorsi. Dlatego zawsze oczekuję z ich strony inicjatywy, bo dzisiaj urzędnik to nie może być ktoś, kto przychodzi odbębnić swoje. Trzeba się angażować.
Niedawno usłyszałem na ten temat ciekawą opinię – nie licząc wójta, z pozostałych zakrzewskich urzędników w życie poza urzędem angażują się Krystyna Wojtasik i Teresa Buława. Gdzie reszta? Ma Pani podobne uczucie? Szczerze przyznaję, że tak. Ale nie mam prawa oczekiwać, że ktoś będzie się angażował w cokolwiek po godzinach pracy, nikt nie ma takiego obowiązku. To kwestia indywidualnej postawy, personalnego poczucia.
Ta sama osoba powiedziała mi również, że niektórzy urzędnicy w Zakrzewie o 15.00 są już na schodach przed urzędem, podczas gdy o tej godzinie powinni co najwyżej zamykać szafkę czy zasuwać szufladę. Przyznaję, że na to też zawsze staram się zwracać pracownikom uwagę. Ja traktuję swoją pracę jako służbę, o 15.05 przyjmę petenta, nie każę mu czekać do rana. Tak się składa, że we wrześniu będziemy przeprowadzać w urzędzie oceny pracownicze, będzie okazja na rozmowę na te tematy w naszym gronie. [[nowa_strona]] Ma Pani z pracownikami wyłącznie służbowe relacje czy są wśród nich również dobrzy znajomi, a może nawet przyjaciele? Z obecnymi pracownikami raczej nie utrzymuję prywatnych kontaktów, bo to już jednak w sporej mierze młodsza kadra. Ale z byłymi współpracownikami podtrzymujemy prywatne relacje, mam wśród nich nawet sprawdzonych przyjaciół. Czasami w żartach złoszczę się na nich, bo jako emeryci twierdzą, że nie mają czasu i częściej ja idę do nich niż oni do mnie.
Mówiliśmy o relacjach z wójtami, a jak współpracuje się z panią skarbnik? Nie wiem, ile w tym prawdy, ale ponoć w ostatnim czasie – żeby właściwie to ująć... nie nadajecie na tych samych falach. A skąd takie informacje?
Pani Krysiu, od czterech lat bywam w Zakrzewie przynajmniej trzy razy w tygodniu, w tym czasie rozmawiam z kilkoma jeśli nie kilkunastoma osobami, to naprawdę małe środowisko... Nieraz mamy różne zdania, aczkolwiek to chyba dobrze, uważam, że poglądy powinny się ścierać. Z panią skarbnik doszłyśmy ostatnio do wniosku, że musimy zmobilizować wójta i częściej spotykać się w gronie całej naszej trójki, gdzie wspólnie będzie można rozmawiać o problemach gminy.
W tej kadencji rady mniej przy niej Panią widać. Na komisjach w zasadzie w ogóle Pani nie bywa… Pewnie w znacznym stopniu wynika to z tego, że nie sprawdzam już uchwał, robi to prawnik. Ale rzeczywiście, kiedyś radni często prosili mnie o obecność podczas komisji, obecnie pracują bardziej samodzielnie. [[reklama]] Przykro Pani z tego powodu? Nie, mam na tyle obowiązków, że mam co robić w tym czasie, więc nie ma problemu. Aczkolwiek bulwersuje mnie trochę fakt, że komisje, pracując nad projektami uchwał i ich uzasadnieniami, które przedkłada wójt, dość często nie wysłuchują opinii organu, tylko opinii osób zainteresowanych w odwrotną stronę od wójta, osób postronnych.
Przez minione lata współpracowała Pani z wieloma radami. Która z nich pracowała z największym pożytkiem dla gminy, która była najbardziej efektywna? Trudno dokonać takiej oceny. Każda miała swój udział w życiu społeczno-gospodarczym gminy, każda czymś się zapisała. Natomiast faktem jest, że przez tyle lat jednego nie udało mi się radnych nauczyć – ażeby pracując w poszczególnych komisjach zajmowali się rzeczywiście tym, do czego ustalony jest przedmiot danej komisji. Komisje niby są przedmiotowe, ale tak naprawdę wszyscy zajmują się wszystkim. [[nowa_strona]] Podoba się Pani praca tej rady? Myślę, że radni muszą jeszcze sporo popracować nad tym, żeby wózek ciągnąć w jedną stronę, żeby jego koła nie rozjeżdżały się.
Niektórzy twierdzą, że dlatego trudniej iść w jednym kierunku, bo jest tu sporo indywidualistów. Trudno mi to ocenić.
Jedną z takich indywidualności jest z pewnością Andrzej Ruta. To dość kontrowersyjna postać. Pani zdaniem taka osoba jest radzie potrzebna? Tak. Musi być ktoś, kto dla pewnej równowagi stanie po drugiej stronie, będzie przedstawiał kontrargumenty. Aczkolwiek zawsze podkreślam, że jest krytyka i jest krytykanctwo. Z tą pierwszą mogę się zgodzić, z drugą nie.
Radny Ruta częściej krytykuje czy uprawia krytykanctwo? Sądzę, że często ma uwagi, które można wykorzystać. [[reklama]] Najczęściej zwraca uwagę na błędy wasze, urzędników, a często robi to w myśl zasady – co do przecinka, co wielu odbiera jako zwykłe czepianie się. Bo czasami radny Ruta rzeczywiście przesadza. Poza tym, jak już powiedziałam, mamy sporą część młodej kadry i wciąż się uczymy. Co nie zmienia faktu, że sama często się buntuję, bo nie raz, nie dwa zastanawiam się nad tym, czy jestem tutaj sekretarzem czy korektorem. Jeśli mamy tutaj ludzi, którzy pokończyli określone kierunki studiów, to pewne elementarne rzeczy powinny być im chyba wiadome. Dlatego z uwag radnego staram się korzystać i eliminować to, co złe w naszej pracy. Aczkolwiek niedawna wypowiedź pana Andrzeja na sesji o fałszowaniu dokumentów bardzo mnie zabolała. Owszem, popełniliśmy tam błąd, ale radny dokonał nadinterpretacji i to zdecydowanej. Ta sytuacja bardzo źle wpłynęła na pracowników, dlatego więcej nie będę tego komentować, bo nie ma co bić piany. Ale przyznaję, że kiedy Andrzej Ruta był przewodniczącym rady, dobrze mi się z nim pracowało. Dużo rozmawialiśmy, gdy miał wątpliwości przychodził, pytał, to była dobra współpraca.
W zakresie Pani obowiązków od lat miejsce szczególne zajmuje oświata. Zresztą jako jedyna sekretarz w naszym powiecie zajmuje się Pani tymi sprawami. Od roku dyrektorem szkoły w Śmiardowie Złotowskim jest Bożena Kowalska, od września tego roku funkcję dyrektor zakrzewskiej podstawówki obejmie Arletta Tymińska. Czego oczekuje Pani od nowych dyrektorów? Przede wszystkim dobrej pracy i współpracy oraz że dyrektor szkoły w Zakrzewie zmobilizuje nauczycieli do większego zaangażowania w życie społeczne. Bo niestety większości spośród nich nie widać w środowisku.
Jak z perspektywy dwóch lat ocenia Pani likwidację szkoły w Głomsku? Po części była słuszna, po części nie. Słuszna dlatego, że głomska szkoła była najbliżej Zakrzewa, a dzieci i tak nie byłoby przez wiele kolejnych lat więcej. Na pewno szkoda jednak małych dzieci, ale i budynku. Minęły dwa lata, a z tym pustostanem do dzisiaj się nie uporaliśmy. Oby wypalił pomysł zrobienia tam mieszkań socjalnych, bo to chyba najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. [[nowa_strona]] Rozmawia Pani z dyrektorami i nauczycielami – jaki był ich odbiór tamtej decyzji? Większość uznała ją za słuszną, uzasadnioną. Powiem więcej, gdy pierwszego września następnego roku szkolnego szłam ze szkoły w Zakrzewie po inauguracji, spotkałam rodziców uczniów z Głomska, którzy sami mówili mi, że dawno powinniśmy byli to zrobić. Naprawdę nie było szans na utrzymanie szkół w tamtym układzie. Zresztą niebawem rada ponownie stanie przed problemem organizacji oświaty w gminie i będzie musiała podjąć jakieś decyzje.
Co to znaczy? Trzeba będzie dokonać pewnej analizy, bo statystyki demograficzne, nie tylko dla szkoły w Śmiardowie, ale też w Starej Wiśniewce, nie są zadowalające.
Mam rozumieć, że gdyby była Pani radną odważyłaby się Pani zaproponować likwidację jakiejś szkoły? Nie, na chwilę obecną układ szkół jest optymalny i nie miałoby to sensu, ale na pewno sytuacji trzeba się przyglądać i podejmować decyzje. Najbliższa przyszłość w kwestii statystyk demograficznych najsłabiej przedstawia się dla szkoły w Śmiardowie, dlatego rozważamy z wójtem przywrócenie Werska do obwodu tej właśnie szkoły. Najpierw trzeba jednak dokonać bardziej precyzyjnych kalkulacji. A propos kalkulacji – przez te dwa lata ktoś pokusił się o dokonanie analizy, ile rzeczywiście oszczędności przyniosła likwidacja szkoły w Głomsku? Nikt nie mówił o oszczędnościach. W projekcie uchwały mówiło się o argumentach przemawiających za likwidacją i trudnościach z utrzymywaniem szkoły, a nie o oszczędnościach.
Mówię o różnicy między kwotą, jaką dzisiaj wydajecie na oświatę, a tą, którą wydawalibyście obecnie, gdyby głomska szkoła nadal funkcjonowała. Mam wątpliwości, czy można to w pełni policzyć.
Ksiądz Andrzej Choroba był jednym z tych, którzy włączyli się w obronę szkoły w Głomsku. Ponoć jest Pani w bardzo wąskim gronie osób, które mają bardzo bliskie relacje z proboszczem. Nie obraził się na Panią, że do końca stała za likwidacją? (Pani Krystyna wyraźnie rozbawiona) Kto opowiada Panu takie rzeczy? O tych bliskich relacjach?
Jak mówiłem, bywam często w Zakrzewie, wiele rozmawiam z ludźmi... Nigdy z proboszczem nie rozmawiałam na temat likwidacji szkoły w Głomsku.
Ale czasami bywa w urzędzie, najczęściej właśnie u Pani. Zgadza się, gości u nas niekiedy, porozmawiamy, mam wielki szacunek do księdza Choroby, uważam go za bardzo gorliwego i dobrego kapłana. Czy mamy aż tak bliskie relacje, jak niektórzy sądzą? Nie wiem, nie mam takiego odczucia, ale na pewno każdej parafii życzyłabym takiego kapłana. Dlatego, że lubię ludzi wymagających, którzy potrafią powiedzieć, co myślą, a niekoniecznie musi to być pochlebstwem. [[reklama]] Na kawę do Pani domu jak dobry znajomy ksiądz czasami wpada? Rzadko, najczęściej przy okazji kolędy. A pije raczej herbatę. Pogadamy, poopowiadamy sobie trochę dowcipów... Właśnie, słyszałem, że sypie Pani z nimi jak z rękawa, a słynie Pani szczególnie z tych zbereźnych. Nie tylko (głośny śmiech). Te zbereźne to raczej przeszłość, ale przyznaję, że znam kilka dobrych.
Nie ma Pani męża ani partnera. Dlaczego? Młodym pracownikom mówię z własnego doświadczenia, że muszą zadbać o swoje życie osobiste, bo nie można przesadnie poświęcać się pracy zawodowej. A ja? Może gdzieś w podświadomości za długo tkwiło przekonanie, że jeszcze mam czas.
Rozumiem, że nie był to świadomy wybór indywidualnej drogi życiowej – tak się po prostu potoczyło? Są ludzie, którzy świadomie decydują się na takie wybory, ale powiem szczerze, ja do nich się nie zaliczam. Tak się po prostu los potoczył.
Mówią, że nigdy nie jest za późno. Nie, nie. To jest już w tej chwili styl życia, chyba nie umiałabym się dopasować. Tym bardziej, że teraz jestem dość nerwowym człowiekiem, więc raczej nie umiałabym się do nikogo dostosować.
Była Pani kiedyś autentycznie zakochana? (Głośny śmiech i zastanowienie) Powiem słowami Adama Mickiewicza: „Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi. Są takie, które szepce swemu narodowi. Są takie, które zwierza przyjaciołom domu. Są takie, których nie mówi nikomu”. I niech tak zostanie.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze