Reklama

Na ostatnim wdechu

21/05/2018 18:00
Umarli w samotności. Znaleziono ich po kilku dniach. Nie kochali? Nie byli kochani? – Ojciec był sam, bo tego chciał – mówi pani Aga, a psycholog H. Olencka zauważa zmiany społeczne: – Choroba jest brzydka, starość jest brzydka, a śmierć trudna – po co się tym zajmować?

Ja umrę, ty umrzesz, on umrze. My umrzemy. To nic osobistego.

To jak u panów znalezionych kilka dni po śmierci. Jeden nie gasił światła, czym zastanowił listonosza. Drugi przestał wychodzić z domu, więc sąsiadka zadzwoniła po strażaków. Trzeci niepokoił już nozdrza sąsiadów...

Nikt nie wsłuchiwał się w ich ostatni oddech. Nikt nie czuł, jak z opuszek ich palców odpływa resztka życia.

Umarł sam i leży sam? To chyba najgorsze co może człowieka spotkać

– uważa Hanna Olencka, której zdarzyło się towarzyszyć człowiekowi w odchodzeniu. Przypadkiem, w szpitalu.

Reklama

Pani poprosiła, żeby zapalić światło, a dzień był bardzo słoneczny, więc wiedziałam, że coś jest z nią nie tak. Gdy chwyciłam ją za rękę – nienaturalnie chłodną, to miałam ochotę  cofnąć się. Pani jednak mnie przytrzymała, nie chciała być sama. Odeszła, a ja   poczułam się spokojna. Czułam, że dobrze spełniłam obowiązek jako człowiek.. Sądzę, że powinniśmy doświadczać takich przeżyć.  Powinniśmy rozmawiać o śmierci i oswajać ten temat

– twierdzi psycholog.

Epilog I

Matka Boska i Jezus związani jakby sznurowadłem – tyle zostało po panu Leszku. Wisi ten szmaciany brelok na klamce drzwi jego mieszkania. Byłego, bo w wielorodzinnym pudle na ludzkie losy nie ma już ani pana Leszka (zwanego przez znajomych „Szybkim”), ani jego ukochanych skarbów. Mężczyzna latami wydobywał je z koszy i kontenerów, a potem ozdabiał nimi swój dom. Sąsiedzi się skarżyli, Spółdzielnia Mieszkaniowa „Piast” wywiozła jego zbiory na śmietnik. „Pan z teczki” uparcie odnawiał kolekcję. Aż do śmierci.

Reklama

„Umarł w tym co kochał, w śmieciach”

– twierdzi ktoś znajomy w dyskusji w internecie. Wychowana w jego klatce młoda kobieta też kojarzy go z manierą „to się wszystko kiedyś przyda”.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 87% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Przyśnił mi się ostatnio. Podeszłam do niego i powiedziałam: a niech pan ma te swoje śmieci…

– sąsiadka opowiada, że pan Leszek był nieszkodliwy. Czasem tylko rzucał w twarz: „Chcesz w mordę?!”, ale podobno żartował.

Miał brata, ale chyba nie za bardzo się lubili, choć na groby co roku razem jeździli. Nikomu nie otwierał, nawet domofonu nie podnosił

Reklama

– twierdzi, a jej matka dodaje:

Ostatnio chodził taki kulawy, miał otarcie na skroni, na cukrzycę podobno się leczył.

Na wieść o śmierci mężczyzny ludzie reagują w sieci. Na zlotowskie.pl piszą: „Szkoda, że wcześniej jak sąsiedzi powiadamiali o tym, w jakich warunkach żyje Pan Leszek, nikt nie reagował. Mogło być inaczej! Ach, brak słów. Wielka strata, niech tam u góry ma Pan ludzi, którzy zaopiekują się Panem! I tak do wiadomości – nie leżał nie wiadomo ile czasu, 2–3 [dni] max!”; „Szkoda mi takich ludzi, starych, schorowanych, bez nikogo do kogo można byłoby się odezwać (Niech spoczywa w spokoju [*]” i jeszcze „Do diaska, Lesiu nie był stary... wszyscy mówiliśmy na Niego Szybki. Miał werwy za 10 młodziaków. Był mało zaradny życiowo, ale radosny i szczęśliwy. W zeszłym tygodniu cukier przekroczył mu 400 jednostek, obiecał iść do lekarza, ale ciągle obiecywał. Śpij w spokoju. W spółdzielni prosiliśmy o pomoc, ale nikt nie reagował”.

Reklama

Prezes SM „Piast” Wojciech Buczek zaprzecza. Zapewnia, że na sygnały mieszkańców odpowiadał – patrz wywóz śmieci z mieszkania na czwartym piętrze bloku przy ul. Moniuszki. Wielu możliwości ingerencji w czyjeś życie spółdzielnia jednak nie ma. Ot, wolnoć, Tomku, w swoim domku. W ponad 2600 domkach, bo tyloma mieszkaniami administruje „Piast”.

Nie sposób żebyśmy wiedzieli o wszystkim, co dzieje się w naszych zasobach, zwłaszcza że do ich obsługi mamy ledwie kilku pracowników

– zauważa prezes Buczek. Podkreśla przy tym, że spółdzielnia dba o swoich starszych i samotnych lokatorów.

Reklama

Jesteśmy otwarci na pomoc w problemach życia codziennego, lecz pod jednym warunkiem, musimy być o tym zawiadamiani. Prowadzimy klub „Złotego wieku”, Klub Terapii Zajęciowej, sekcję brydża sportowego. Poza tym organizujemy festyny, konkursy, wystawy i wycieczki

– wymienia jednym tchem. Nikt nie powie, czy panu Leszkowi coś z tej oferty przypadłoby do gustu, bo sąsiedzi niewiele o nim wiedzieli.

Nad samotną śmiercią ludzie przechodzą bez większej refleksji: oj, szkoda. E, miał pecha. Niczego to nie zmienia. A najmłodsze pokolenie wątpię, żeby poświęciło choćby sekundę na zastanowienie

Reklama

– H. Olencka uważa, że nie jesteśmy zintegrowaną społecznością, a raczej  ogromną gromadą indywidualności. Henry David Thoreau pisał: Życie miejskie: miliony ludzi, których dzieli wspólna samotność.

O pana Leszka pytamy panią, która wezwała dla niego pomoc. Zza uchylonych drzwi mówi, że nic nie wie, kilka ostatnich tygodni spędziła w łóżku. Nie chce powiedzieć, czy może rzeczywiście nie ma o czym opowiadać? Nasi rozmówcy wskazują, że szala przechyla się w tę drugą stronę.

Społeczeństwo się atomizuje, mieszkamy obok siebie, a nie wiemy, co się dzieje z sąsiadami. Takie przypadki, nawet w bloku, mogą się zdarzać

Reklama

– uważa Piotr Brewka, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Złotowie. MOPS płaci za usługi opiekuńcze dla samotnych, ale nie zna wszystkich i nie każdemu pomaga. Hanna Olencka potwierdza słowa kierownika:

Kiedyś mieliśmy sąsiadów, którzy byli nam bliscy jak rodzina. Jak zabrakło chleba, to się do nich biegło, a oni do nas. Jak trzeba było, to dzieliliśmy się obiadem, wszelkimi radościami i smutkami. Potem myśmy się wyprowadzili i już nigdy nie udało nam się nawiązać tak bliskich relacji w nowym miejscu zamieszkania. Dziś mieszkam w bloku, w którym jest 78 mieszkań. To jest dobra wieś. Nie wszystkie twarze rozpoznaję. Nie ma okazji do spotkań. Dopóki dzieci były małe, to się spotykaliśmy w piaskownicy, a teraz ludzie zamykają się w swoim świecie.
Są samotni wśród ludzi?

Reklama

– pytam.

Tak, i to bardzo trudny rodzaj samotności

– odpowiada psycholog.

Człowiek coraz bardziej odstaje od człowieka.*

Epilog 2

14 kwietnia, ulica Słowackiego. Do mieszkania strażacy wchodzą oknem. Znajdują nieboszczyka. Po raz kolejny w tym roku otwierają drzwi od wewnątrz dla policji i medyków. Takie zdarzenia odkładają się w ich głowach na lata.

Uczą one strażaków, zwłaszcza młodych, pokory. Wiemy już, że my sami czy nasi rodzice, dziadkowie mogą być w takiej sytuacji. Jak się tego ustrzec? Dużo pytań się w takiej sytuacji rodzi

Reklama

– Kazimierz Wiebskowski z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Złotowie zwraca uwagę, że w samotności odchodzą nie tylko starzy. Denat znaleziony w bloku nr 5 miał około pięćdziesiątki.

Przez domofon wypytuję o niego sąsiadów.

Sąsiadka 1:

Niedawno to mieszkanie kupił, nie wiem, czy rok. Jak się nazywał? Nie jestem na 100% pewna, chyba na O… Imię? Nie mam pojęcia.

Sąsiadka 2:

Jego odwiedziła jakaś kuzynka, z Piły czy skądś i z tego się wydało. Nie mogła kontaktu z nim znaleźć. Tydzień wcześniej niby dzwoniła, a później już się nie odzywał, to postanowiła przyjechać. Czy go znałam? Z widzenia może dwa razy. Jego było mało co widać. Czy mnie on interesował? Interesować to może interesował, ale nie miałam się od kogo i jak się dowiedzieć. Od niego? Jak go widziałam, to po schodach schodził. Bardzo po cichu wchodził do domu i bardzo po cichu schodził.

Reklama

Sąsiadka nr 2 ma 70 lat, pewnie taka nagła, samotna śmierć dała jej do myślenia.

Samemu żyć to jest jakoś inaczej. Chyba smutniej. Nie ma się do kogo odezwać

– zastanawia się głos płynący z głośnika. I nie ma kto za rękę trzymać, gdy się odchodzi?

To na pewno. Może on by chciał jakiejś porady, kontaktu, może jakiś lekarz... Ale tutaj nie było kontaktu i nie było wiadomo, że to jest człowiek tak chory. Na pewno chorował na serce, że tak nagle

– kobieta myśli o zmarłym sąsiedzie. Sama takiego losu się nie boi. Mieszka z wnuczką, a i córka żyje niedaleko.

Trochę jestem spokojna. Ja tam nie przejmuję się niczym, bo po co sobie zdrowie marnować

– mówi, gdy domofon odlicza sekundy do końca rozmowy.

O informacje na temat znalezionego denata pytam Jarosława Bobka, kierownika Miejskiego Zakładu Gospodarki Lokalami, który zarządza blokiem nr 5. Nic nie wie na temat O. (jeśli sąsiadka dobrze zapamiętała jego nazwisko).

Jakby to było nasze mieszkanie, to byśmy coś wiedzieli. Widać było to własnościowe.

Zastanawiam się, czy zmarły miał przy sobie kartę. Nie płatniczą, choć stworzoną na jej wzór. Misjonarz Rafał Ochojski zaprojektował ją dla Apostołów Dobrej Śmierci. Mówi nam o niej ksiądz Grzegorz Górnik, dyrektor ADŚ:

Jest na niej informacja: jestem katolikiem, w razie niebezpieczeństwa proszę wezwać księdza.

Tu, podobnie jak u pana Leszka, nie miał kto wołać o pomoc. Dlatego księża działającego w Górce Klasztornej Apostolstwa Dobrej Śmierci z Górki proszą: myślcie o śmierci już dziś. I żyjcie z Bogiem cały czas.

I dają pod rozwagę swoje motto: Dobrze żyć – to wiele, dobrze umrzeć – to wszystko...

Epilog 3

Kamyk przepadł kilka dni po panu Stanisławie. Nie, nie dlatego, że nie ujadał jak szalony. Po prostu nie miał kto się nim zaopiekować. Zrobił to weterynarz... Spokój Kamyka dziś wydaje się dziwny.

Jak żyła z sąsiadem pani Irena i miała go dosyć, i poszła na tydzień – dwa do dzieci, to wiedzieliśmy o tym, bo pies wył jak cholera. A teraz siedział cicho

– mówi sąsiadka pana Stanisława. Mężczyznę znaleziono martwego w jego mieszkaniu 2 marca. Zastygł oparty plecami o ścianę, z podkurczoną nogą, jakby jeszcze próbował wstać. Na stole leżał rozłożony ciśnieniomierz. Kalendarze – wiszący na ścianie i stojący, przekładany, zatrzymały się na 28 lutego.

Nie wiemy, jak długo umierał, czy to było parę sekund czy minut. Myślę, że to było szybko, bo inaczej sięgnąłby po ten telefon

– domysły snuje pani Agnieszka, córka denata. Nie ona jednak znalazła ciało. Zrobiła to była partnerka pana Stanisława, wezwana przez sąsiadkę z góry. Ją z kolei zaalarmował listonosz. Wszyscy stanęli przed obitymi skajem, jak niegdyś dyrektorskie gabinety, drzwiami, a ze ściany łypał na nich jeleń u wodopoju, uchwycony na makacie. W końcu pani Irena weszła do mieszkania przez drzwi od strony ogrodu, były otwarte. Stąd wniosek sąsiadki, że znajomy z kamienicy odszedł za dnia.

Mój kuzyn tak zmarł. Sklepowa zauważyła, że on kilka dni nie przychodził. Mówiła do jego kolegi: zajrzyj do Edzia. Wszedł, a on leżał w domu

– mówi, wskazując mi miejsce za stołem w swojej kuchni.

Ja bym tak nie chciała

– dodaje. Opowiada, że sąsiad był zgodny. Tabletki przeciwbólowe nieraz pożyczał, ale oddawał w terminie. Na schodach „dzień dobry” i „do widzenia” mówił. Czasem skleił jej dętkę w rowerze, ona w zamian podszyła mu spodnie czy zeszyła rękaw koszuli. Bywało i tak, że tydzień się nie widzieli.

Ja nie jestem typem nachodzącym człowieka i nie lubię, gdy mi ktoś w gary zagląda

– twierdzi kobieta.

Do domu przy ul. Partyzantów rzadko zaglądały dzieci pana Stanisława. Ojciec rozwiódł się z matką lata temu, więc córki miały z nim kiepski kontakt. Jedna mieszka za granicą.

A dwa dni wcześniej myślałam o nim, mogłam do niego zajrzeć, a tego nie zrobiłam. Nawet wydawało mi się, że go widzę na ulicy. Wyobraźnia działała

– zwierza się pani Agnieszka. Przyznaje się i do szoku, jaki wywołuje nagła śmierć, i do strachu. 

Wiedziałam, że wszystko będzie na mojej głowie. Nigdy wcześniej nie organizowałam pogrzebu...

– mówi, odsuwając przeciwsłoneczne okulary na czoło.
Czy zastanawiała się nad samotną śmiercią ojca?

To daje do myślenia, oczywiście. Każdy pewnie chciałby umrzeć w łóżku, przy kimś bliskim, móc się pożegnać, może przeprosić. Ja myślę o śmierci cały czas, trochę z racji zawodu – jestem agentem ubezpieczeniowym i śmierć mnie otacza, choroby mnie otaczają. Myślę o tym, że nie chciałabym zostawić rodziny w ciężkiej sytuacji materialnej, a ojciec nie zostawił mi nic poza długami. Jak się kogoś kocha, to się myśli o tym, co się po sobie zostawi

– uważa. Umieramy tak, jak żyliśmy?

Ojciec był sam, bo tego chciał. Nie zasłużył sobie na to, by partnerka była z nim nadal. Gdyby był dla niej dobry, to ona by przy nim była, może by mu pomogła. Osobom samotnym wydaje się pewnie, że nie muszą się o nikogo martwić. Umrą i niech się inni martwią. Ubezpieczają się ci, którzy kogoś kochają. Oni mają dla kogo żyć. I dla kogo umrzeć.

Ksiądz Górnik patrzy na to mniej emocjonalnie. On i jego Apostolstwo Dobrej Śmierci przypomina ludziom, by wyszukiwali samotne osoby (czasem poleca im je proboszcz) i je odwiedzali.

Mówimy o towarzyszeniu człowiekowi w ostatnich chwilach. Modlimy się za wszystkich, nie oceniamy

– zaznacza.

Jednak coś jest w postawie wielu osób, co spycha je na margines życia społecznego. Hanna Olencka mówi m.in. o pochwale konsumpcjonizmu.

W myśl hasła: zasługujesz na lepsze. Ok, ale przyjdzie taki czas, że zostaniemy sami, bo inni będą zasługiwać na lepsze

– daje do zastanowienia. Choć, jej zdaniem, to szerszy problem. Problem z przemijaniem, starością i śmiercią w ogóle. To nic, że ludzie zawsze umierają sami, nawet jeśli giną równocześnie.

Tak, ale dobrze jest wiedzieć, że jeśli przez wiele lat żyliśmy w jakiejś społeczności, pracowaliśmy w jakiejś grupie i nawiązaliśmy relacje, że one działają. Niezależnie od tego, czy mamy 50, 70 czy 100 lat, to nasze życie ma sens i inni to doceniają. Do tego trzeba zmiany świadomości, bo dziś w naszym społeczeństwie starość jest odpychana. Ona jest zaprzeczeniem tego, za czym gonimy: piękna i młodości. Przeżywamy intensywnie środek naszego życia, a potem na śmietnik. Sekcja: archeo.

Starości się nie leczy

Przejmujące jest świadectwo pani Gosi, opiekunki środowiskowej. Potwierdza ona, że starość się Bogu nie udała, ale że i ludzie są dyskryminowani przez ludzi.

Gdy dzwonię na pogotowie i proszę o pomoc dla starszej osoby, to jestem lekceważona. A jak podam rocznik np. `27, to odsyłają nas do lekarza rodzinnego. Kiedyś wzywałam karetkę do pani, która miała puste wymioty i ból nad żołądkiem, pogotowie odsyłało mnie do lekarza prowadzącego, bo oni do bólu brzucha nie przyjeżdżają. Trzy godziny później pani zmarła. Miała zawał. Ratownictwo, jeżeli chodzi o starszych ludzi, rzadko reaguje. Osoby samotne mają ciężką końcówkę

– z jej doświadczenia wynika, że wielu staruszków nie zadzwoni pod numery alarmowe, choćby mieli je przyklejone do lodówek, a nawet wbite w pamięci telefonów.

Uważają, że i tak nikt im nie pomoże...

I tu H. Olencka musi się zgodzić. Jej ponad osiemdziesięcioletnia mama słyszy w szpitalach: oho ho, piękny wiek, czego pani jeszcze chce? Niestety istnieje dyskryminacja ze względu na wiek i to trzeba nazwać po imieniu. Po co leczyć? A na coś trzeba umrzeć... Oj, pani w tym wieku, to się pani całkiem nieźle trzyma – słyszy moja mama.

Jeśli potrzebuje intensywniejszej opieki, to musimy jej szukać prywatnie

– podkreśla pani psycholog. Jakby od pewnego wieku za zainteresowanie trzeba było płacić.

A co mają powiedzieć ci, których na nie nie stać?

Mój podopieczny, pan Michał, ma 91 lat, jest samotny i zostawia zawsze uchylony balkon, bo jak nie otworzy drzwi, to pomoc przez ten balkon wejdzie. Ludzie szukają pomocy, chcą jej, ale czasem boją się powiedzieć o tym wprost

– zauważa pani Gosia.

Ukłon świata

30% – o tyle wzrasta ryzyko przedwczesnej śmierci, jeśli jesteśmy samotni. Udowodnili to naukowcy z Uniwersytetu Brighama Young w USA po przeanalizowaniu kilkudziesięciu badań prowadzonych od 1988 roku. Zbadano w nich łącznie 3,4 mln ludzi – pisał o tym tygodnik „Newsweek”. Okazało się, że samotność przybliża nas do wieczności szybciej niż skrajna otyłość. Uczeni uznali, że do 2030 roku epidemia samotności zdziesiątkuje „starsze, zmęczone i nikomu niepotrzebne warstwy społeczne”. Samotność to choroba, z którą państwa powinny walczyć. Bo choć drogi do niej są różne, to skutek jeden – przedwczesna śmierć w izolacji.

By temu zjawisku przeciwdziałać potrzebne są rozwiązania systemowe. Aby je jednak opracować trzeba zrozumieć zmiany, jakie zachodzą w społeczeństwie.

O pierwszej mówi ks. Górnik:

Dzisiaj usuwamy śmierć i cierpienie z oczu. Dlatego często jest tak, że dzieci oddają rodziców do hospicjum i nawet ich nie odwiedzają. To jest pozbycie się problemu, a przecież Jan Paweł II pokazał, że życie człowieka idzie w kierunku przemijania, ale to jest normalne życie.

Hanna Olencka dopowiada:

W Niemczech ludzie starzy mieszkają sami, ale mają opiekunów. U nas mieszkają sami. I koniec. A młodzi cieszą się, że nie mają kłopotu. Unikają, uciekają, nie zajmują się. Najlepiej jakby babcia czy dziadek przepisali majątek za życia i dali spokój. Trochę to wygląda nieludzko.

Piotr Brewka potwierdza to jako praktyk. Pracownicy socjalni widzą to na co dzień:

Mamy sytuacje, w których rodziny są tak skonfliktowane, że nikt się tymi starszymi osobami nie interesuje lub robi to sporadycznie. Czasem sąsiedzi zgłaszają, że coś złego się dzieje, wówczas zwracamy uwagę rodzinom, żeby się zainteresowali babcią czy dziadkiem, ale skutki są różne.

Jak głęboko osadzony w społeczeństwie jest to problem uświadamia nam psycholog.

Najmłodsze pokolenie żyje pod kloszem, w przekonaniu, że wszystko im się należy. Gdy przestają być dziećmi, to zaczyna się kłopot. Nie wiem co to będzie  gdy się zestarzeją, domyślam się, że kolejne pokolenie będzie miało jeszcze większe oczekiwania wobec świata

– prognozuje H. Olencka.  Zbyt często ludzie wolą być kochani niż kochać samemu**. Chcą, by to świat im się kłaniał.

Mój ojciec był takim małym księciem. Najmłodszy z rodzeństwa, wszyscy się nim zajmowali, nadskakiwali. On nigdy do nikogo ręki nie wyciągnął

– odkrywa pani Agnieszka.

Klosz przyjmuje rozmaite formy – odrabiamy za dzieci prace domowe zamiast im tylko pomagać, nie nakładamy na nie obowiązków domowych, załatwiamy praktykę u pracodawcy, bo synuś jest taki nieśmiały. I izolujemy od trudnych emocji.

Czasami rodzice pytają mnie: jadę na pogrzeb, czy mam zabierać dziecko? Oczywiście, że tak. Może dla dziecka za trudne będzie oglądanie zmarłego, ale pogrzeb i ceremonia już nie. Jako dziecko mieszkałam na wsi i pamiętam, że gdy gruchnęła wieść o umierającym sąsiedzie, to biegliśmy się z nim pożegnać, bo to ostatnia okazja

– psycholog wraca do tematu umierania.

Mama opowiada mi, że jej dzieci przez rok nie były na grobie babci, bo to dla nich za trudne... A śmierć, ból po stracie, żałoba to część życia, z którą musimy się mierzyć

– podkreśla.

Jonathan Carroll w „Na pastwę aniołów” napisał: „Z jakiegoś dziwnego powodu uważam, że umieranie nie jest najlepszym, co może spotkać człowieka”. A jednak spotka każdego. Pytanie, czy będziemy wtedy sami?

Samotnych śmierci może być więcej, więc i nasza czujność powinna być większa. Nasza i wszystkich wokół

– uważa P. Brewka. Kazimierz Wiebskowski zaś proponuje system wzywania pomocy wzorowany na procedurach GOPR–u. Z jednym przyciskiem pomocy i szybką lokalizacją telefonu.

*Wiesław Myśliwski – Traktat o łuskaniu fasoli
**Wiktor Osiatyński – Filipińska baśń

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Dżesika - niezalogowany 2018-05-23 08:23:46

    Materializm i chora konsumpcja. Gdzie ludzie wolą opiekować się obcą starszą osobą na zachodzie niż własnym rodzicem..... Tego się nawet skomentować nieda.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Gocha - niezalogowany 2018-05-21 23:28:15

    Po Leszku zostało dużo więcej.Miedziana sowa ,skórki chleba utkane na gałązkach dla ptaków. I pytanie zadawane przez Niego-potrzebujesz czegoś? Bo każdemu miał ochotę pomóc nie oczekując niczego wzamian.Był bardziej normalny od połowy z nas i bardziej szczęśliwy od drugiej połowy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    smutna prawda - niezalogowany 2018-05-21 22:11:40

    Nawet ten artykuł w niczym nie pomoże

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama