Reklama

Najgorsze może dopiero nadejść

13/02/2022 07:00

Kilkudniowe wichury, obfite deszcze albo brak opadów. Zdaniem dr Pawła M. Owsiannego, przyrodnika i dyrektora Nadnoteckiego Instytutu UAM w Pile klimat nam się zmienia. Na gorsze. Powód? Efekt cieplarniany

Ostatnie tygodnie, a nawet dni pozwalają nam obserwować zjawiska, przed którymi zwykle ostrzega SMS–ami Regionalne Centrum Bezpieczeństwa. Kto bowiem nie dostaje regularnych alertów RCB o tym, że będzie wiało przez dzień lub dwa nawet 100, czy 120 km/h? Efekt to najczęściej dziesiątki powalonych drzew, zerwane dachy, uszkodzone budynki i pojazdy oraz wiele godzin pracy służb takich jak straże pożarne, czy pogotowie energetyczne, które sprzątają po wichurach. Inna kwestia to wahania pogody, od silnych opadów deszczu, po suszę, gdzie oba zjawiska są szczególnie niebezpieczne dla rolnictwa. Od kiedy to się zaczęło? Czy jeszcze do niedawna pogoda była bardziej przewidywalna niż teraz? Co nas czeka w przyszłości?

Przysłowie ludowe mówi...

Ludzkość patrzy w niebo i obserwuje przyrodę od zarania dziejów – zaczyna dr Paweł M. Owsianny. Dodaje, że choć wielu z tych obserwacji nie spisywano, to jednak w sporej mierze, także w naszym kraju zachowały się one w formie przysłów ludowych, czyli mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenia ustnie.

Reklama

To co traktujemy, jako powiedzonka z zamierzchłych czasów, tak naprawdę powinno dawać nam do myślenia. To jaka była pogoda determinowało dawniej przetrwanie ludzi. Jeżeli zasiewy były zrobione o złej porze, nie było co liczyć na zbiory, a brak zbiorów oznaczał głód, a nawet śmierć. Druga sprawa, to informacja zawarta w przysłowiach, że zjawiska pogodowe były powtarzalne. Klimat był stabilny. Mieliśmy klarownie oddzielone od siebie pory roku, a każda z tych pór przynosiła konkretne zjawiska – mówi dr Owsianny.

Reklama

Śnieg w marcu. Jak najbardziej. W końcu w marcu jak w garncu 

Jak święta Agnieszka wypuści śnieg z mieszka, to go nie powstrzyma ani do Franciszka”, „Na świętego Grzegorza idą rzeki do morza”, „Gdy w Gromniczną jest ładnie, dużo śniegu jeszcze spadnie” – to tylko niektóre z przykładów ludowych powiedzeń. Dzisiaj coraz trudniej uznać je za trafione.

To ewidentnie skutek efektu cieplarnianego, do którego jako ludzkość się przyczyniamy. Początków naszego wpływu na klimat należy szukać jeszcze w XVIII wieku – mówi dr Paweł M. Owsianny.

Reklama

Rewolucja przemysłowa = rewolucja pogodowa?

Wtedy ruszyła tzw. rewolucja przemysłowa, a wraz z nią eksploatacja surowców energetycznych takich jak węgiel kamienny, węgiel brunatny, czy inne tego typu paliwa na masową skalę.

Była to gospodarka rabunkowa. Ludzkość poza zjawiskami przyrodniczymi zaczęła uwalniać w niespotykanych wcześniej ilościach CO2, zawarty przecież w węglu kamiennym, brunatnym, czy w innych paliwach pochodzenia organicznego – precyzuje P. Owsianny.

Dodaje, że w latach 80. XX wieku zaczęto zauważać, że z klimatem coś się zaczyna dziać.

Reklama

–  Nie pomógł boom gospodarczy z lat 70. XX wieku, gdzie mocno stawiano na uprzemysłowienie wielu gałęzi gospodarki. Dekadę później klimatolodzy alarmowali, że wystąpił nieznaczny trend wzrostowy jeżeli chodzi o temperaturę. Brzmiało to może niezbyt groźnie. Z punktu widzenia przeciętnego człowieka wzrost średniej temperatury na globie o 0,5 czy 1 st. C wydaje się niezauważalną różnicą. W rzeczywistości wiemy, że gdy dojdziemy do wzrostu temperatury o 2 st. C, a ku temu zmierzamy, zmiany na Ziemi będą już nieodwracalne i katastrofalne dla ludzkości. Istnieją modele naukowe, które podają wiele różnych scenariuszy zdarzeń. Oto przykład. Proszę wyobrazić sobie sytuację, gdy przez wahania temperatur i opadów zaburzona zostaje wegetacja roślin. Uschną albo zgniją, nie dadzą plonu, obumrą. Wszystko to może przyczynić się do braku pożywienia i do klęski głodu. Podobnie z pszczołami, które zapylają rośliny. Jeśli wahania temperatury będą na tyle duże, że ich letarg zimowy będzie non stop przerywany, tracą energię i są podatne na choroby. Pierwsze loty po zimie pszczoły wykonują, gdy temperatura powietrza osiąga co najmniej 13 stopni Celsjusza. Więc przy wahaniach temperatury i stratach energetycznych, część z nich nie przetrwa. Nie zapylą roślin, a to również wpłynie na zbiory. Do tego dochodzą kwestie topnienia lodowców, podnoszenia poziomu mórz i oceanów, niedostatki słodkiej wody pitnej, etc. – mówi dr Paweł M. Owsianny.

Na naszym podwórku

Wróćmy jednak na lokalne podwórko i temat uciążliwych w ostatnim czasie wichur. Czym są wywołane?

Reklama

Nasz kraj znajduje się w umiarkowanej strefie klimatycznej. To jaką mamy pogodę determinują relacje dwóch stref sąsiadujących, czyli arktycznej i zwrotnikowej. Dochodzi do zaburzeń, bo najszybciej ociepla się strefa arktyczna. Wpływ na pogodę w naszej szerokości geograficznej ma też tzw. prąd strumieniowy, rozdzielający powyższe chłodne i ciepłe masy powietrza. Przenosi on olbrzymie masy powietrza z zachodu na wschód, na wysokości od 5 do 15 km nad Ziemią z prędkościami od około 100 do nawet 500 km/h. Naukowcy – klimatolodzy stwierdzają zaburzenia w jego przepływie. Wcześniej jego bieg można było porównać najczęściej do biegu rzeki górskiej. Był w miarę prosty, a przez to przemieszczał się szybciej. Jak to się objawiało w pogodzie? Jeżeli wiało np. w Niemczech, mogliśmy się spodziewać, że za dzień, dwa będzie wiało u nas. Obecnie prąd strumieniowy szeroko meandruje niczym rzeka nizina, a czasami jest poprzerywany. To sprawia, że płynie wolniej i na dłużej zatrzymuje zjawiska pogodowe na szerszym obszarze. Jeżeli prąd strumieniowy zatrzyma się w swym kształcie nad obszarem naszego kraju, a sytuacja taka może trwać nawet kilkanaście dni, to w zależności od wygięcia ściągnie nam arktyczne lub zwrotnikowe powietrze. Na styku takich mas powietrza ryzyko wichur powyżej 70 km/h, które określane są jako niebezpieczne, jest oczywiste. Ponadto, napływ np. ciepłego powietrza może nie stanowić problemu, pod warunkiem, że zdarza się w odpowiedniej porze roku. Gdy dociera do nas zwrotnikowe powietrze w grudniu, czy styczniu, nie jest wesoło. Widzimy to właśnie w anomaliach pogodowych – mówi dr P. M. Owsianny.

Wskazuje ponadto, że jeszcze do niedawna zimową pogodę nad Polską „ustalał” wyż kontynentalny powstający nad Rosją.

Reklama

Nie bez powodu zwany był czasami „mroźnym Iwanem”. Docierał do granic Polski z Niemcami, gdzie najcieplejszym punktem w kraju były Słubice, czy Wrocław. Obecnie jego granicą jest raczej linia Wisły. Jego oddziaływanie doskonale widać, gdy na wschodzie kraju mamy śnieżną zimę oraz –10 st. C, a na zachodzie, czyli u nas +5, +10 st. C i opady deszczu. Tego typu zmiany wywołuje efekt cieplarniany – mówi dyrektor Nadnoteckiego Instytutu UAM w Pile. Dodaje, że zachwiania pogodowe nie dotyczą tylko okresu jesienno–zimowego, czy wiosennego.

Reklama

Dr Paweł Michał Owsianny od lat zajmuje się naukowym badaniem przyrody 

Latem, w wyniku oddziaływania wyżowej pogody, na porządku dziennym było kształtowanie się cumulonibusów od rana do popołudnia. Popołudniowa burza była gwarantowana jak w banku. Nawet jeżeli dawała się we znaki to jedynie lokalnie. Nie trwało to też zazwyczaj dłużej niż 30–60 minut. Obecnie przez zmiany klimatyczne, coraz częściej tworzą się gwałtowne formacje burzowe, rozbudowane nawet na 200–300 km. Wszyscy pamiętamy najgorszy przykład z sierpnia 2017 roku, gdy pas zniszczeń ciągnął się od Dolnego Śląska po Wybrzeże  – mówi P. M. Owsianny. 

Reklama

Będzie jeszcze gorzej?

Zdaniem klimatologów tak. Otwarcie mówi też o tym nasz rozmówca.

Niestety, sprawdzają się najbardziej pesymistyczne modele klimatyczne, więc trudno być optymistą. Mamy na temat zachodzących zmian klimatycznych wiedzę, część z nas ma też świadomość konsekwencji, a zaledwie ułamek społeczeństwa podejmuje działania, by dbać o klimat. Zamiast budowy kolejnych kilometrów dróg (bo zawsze chcemy mieć lepsze), powinniśmy pomyśleć o tym, by znacznie dofinansowywać wymianę źródeł ogrzewania na niskoemisyjne! To byłby krok naprzód, a i rachunki za energię byłyby niższe. Jeśli nie podejmiemy już teraz dużych zmian, każdego następnego roku będziemy obserwowali kolejne, coraz poważniejsze konsekwencje zmieniającego się klimatu. Może nie zmieni się suma opadów, ale nie wiemy już gdzie spadną i w jakiej ilości. O tym, że maleją zasoby wód świadczą choćby kurczące się jeziora. Musimy łapać każdą wodę! Do tego ww. wichury mogą się pojawiać coraz częściej. Jeśli nadal będzie się to zmieniało, tak jak zmienia obecnie, będzie bardzo źle – mówi dr Paweł M. Owsianny.

Reklama

Sz. Chwaliszewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama