Dzieciństwo ma różne barwy. Dla wielu dorosłych już mieszkańców Dolnika i Paruszki są to: purpura – barszczu z buraków, brąz – ciepłego kakao, biel – zupy mlecznej czy też beż – świeżego chleba, codziennie rano kupowanego w nieistniejącym już „GeeSie”. Dzieciństwo to również panie przedszkolanki i pracownicy przedszkola. Tacy jak Irena Zelent, która przez 30 lat uczyła, bawiła i karmiła maluchy. W przedszkolnej kuchni spędziła bowiem większość swojego zawodowego życia. We wspomnieniach wychowanków zapisała się wyśmienicie, zresztą nie bez powodu mówi się: przez żołądek do serca. Jak jednak jej praca wyglądała od „kuchni”? Czy wykarmienie setek maluchów było prostym zadaniem, szczególnie w czasach, które nie należały do najłatwiejszych? I czy rzeczywiście pod wspominanymi do dziś daniami, serwowanymi przez panią Irenę, kryją się jakieś magiczne przepisy?

Pani Irena z przedszkolakami. Te dzieci nie miały już jednak okazji posmakować jej potraw
Pani Zelent pracę w charakterze intendentki rozpoczęła w 1986 roku, jeszcze w starym budynku przedszkola, należącym do Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Dolniku (obecnie piętro budynku jest puste, na dole znajduje się natomiast sklep). Praca w tych warunkach trwała rok. W 1987 otwarto przedszkole w miejscu, w którym znajduje się do dziś.
Na początku pomagałam w nauce i opiece nad dziećmi dyrektor Teresie Gola. Później, gdy odeszła na emeryturę, pracowałam z Danutą Balcer. W kuchni były natomiast Alicja Araszczuk, a potem Danuta Piotrowicz
– wspomina nasza rozmówczyni.
Cięcia budżetowe i zmiany w tamtym czasie nas nie oszczędziły. Nasze grono ciągle się zmniejszało. Ostatecznie na początku lat 90. zostałam ja, dyrektor Balcer i Danuta Piotrowicz, która zajęła się sprzątaniem i kotłownią. W taki właśnie sposób trafiłam do kuchni
– wyjaśnia. Ta zmiana było dla niej jak grom z jasnego nieba. Jedyną praktyką kucharską pani Ireny było wówczas gotowanie dla swojej trójki maluchów i męża. Nagle musiała sprostać wymaganiom ponad dwudziestki małych smakoszów. Oprócz bycia kucharką musiała wejść w rolę tzw. menadżera, a nawet dietetyka.
Nie było to łatwe. To były trudne czasy. Stawka dzienna na wyżywienie jednego dziecka wynosiła złotówkę. Dziś jest to nie do pomyślenia, wtedy zresztą też to nie było dużo
– wyjaśnia nasza rozmówczyni.
Pamiętam, gdy mieliśmy wizytę z sanepidu z Piły, panie były tak przerażone naszą stawką, że przywiozły dzieciom cukierki, aby je dokarmić
– z uśmiechem wspomina.
Wszystkie dzieci nasze są – Na szczęście o pełne brzuszki pomagali zadbać również rodzice, a także inni mieszkańcy wsi. – Pamiętam, jak jedna mama przyniosła mi...
Lata lecą... – 30 lat pracy to jednak nie tylko trzy dekady układania przepisów i gotowania. To przede wszystkim obserwowanie, jak dorastają wsie...
Na szczęście o pełne brzuszki pomagali zadbać również rodzice, a także inni mieszkańcy wsi.
Pamiętam, jak jedna mama przyniosła mi pełną reklamówkę jabłek. Mówi, że jechała akurat rowerem z córką i przy drodze rosła jabłonka. Postanowiła więcej nazbierać owoców i przywieźć do przedszkola. To była ogromna pomoc. Tym bardziej, że zawsze starałam się, aby posiłki były bogate we wszystkie składniki, w tym przede wszystkim warzywa i owoce
Reklama
– mów pani Zelent.
Pamiętam, jak jechałam moim „góralem” – tak pani Irena nazywa swoją charakterystyczną zieloną damkę – na wybudowanie w Dolniku po śliwki do jednej z gospodyń. Jaki tam był piach na drodze! Tak się przewróciłam na tym moim rowerze. Zapowiedziałam, że nigdy tam już nie pojadę
– wspomina.
Śliwki oczywiście przywiozłam
– dodaje. „Góral” pani Ireny to dość ważne narzędzie pracy w tamtych czasach. Przez wiele lat służył jej jako środek transportu, a przede wszystkim „pojazd dostawczy”. Na nim codziennie rano przynosiła zakupy z lokalnego sklepu, w którym również mogła liczyć na pomoc pani ekspedientki.
Pani Jadzia
– wtrąca kucharka.
Zawsze starała się coś tam więcej odłożyć dla maluchów
– wyjaśnia. W małej wsi niestety nie udało się kupić wszystkiego, dlatego też po większe zakupy kucharka udawała się do Krajenki, rzecz jasna najpopularniejszym wtedy środkiem transportu – PKSem.
Zdarzało się, że tak byłam zabiegana w przedszkolu, że się na niego spóźniałam. Podjeżdżałam do przystanku moim „góralem” i nie raz zdarzało się, że musiałam go rzucać koło najbliższego domu i biec do autobusu. Nikt mi go nie ukradł. Ludzie naprawdę byli bardzo uczciwi w tamtych czasach
Reklama
– wspomina.

Uroczyste otwarcie nowej siedziby przedszkola. To właśnie tutaj pani Irena pracowała w kuchni (fot. I. Zelent)
30 lat pracy to jednak nie tylko trzy dekady układania przepisów i gotowania. To przede wszystkim obserwowanie, jak dorastają wsie. Pani Irena najwięcej miłych wspomnień ma związanych właśnie z dziećmi.
Te ich uśmiechy są dla mnie największą satysfakcją z pracy. Cieszę się, że trafiłam do przedszkola. Wcześniej byłam księgową. Praca z dziećmi, jak patrzę teraz z perspektywy czasu, była dla mnie naprawdę czymś wspaniałym
Reklama
– mówi nasza rozmówczyni. Nagrodą są jednak nie tylko szczerbate buźki obecnych przedszkolaków, ale i tych starszych wychowanków, którzy dziś przychodzą do przedszkola już z własnymi pociechami.
Ostatnio jedna z dziewczynek płakała. Było już późno, a rodzice nie przychodzili. Chcąc ją uspokoić przytuliłam i powiedziałam: Mamy zawsze wracają. Jak później opowiadał mi jej tata, mój były wychowanek, ponad 25 lat temu to samo powiedziałam jemu
– mówi pani Zelent. Dorośli najczęściej wspominają jednak jej potrawy i napoje. Dla wielu z nich to właśnie nimi smakowało ich dzieciństwo.
Moja była wychowanka, która dziś jest fryzjerką, a z której usług miałam okazję korzystać, podczas strzyżenia powiedziała mi, że najlepsze kakao w życiu piła właśnie w przedszkolu. A przecież w nim naprawdę nie było nic niezwykłego
– zapewnia pani Irena.
Żadnych cudownych receptur, wbrew podejrzeniom byłych przedszkolaków, nie ma – wyjaśnia. Słynny czerwony barszcz nie różni się niczym innym od tego gotowanego przez mamy. Tak samo jest z bawarką – słynną herbatą z mlekiem z byłej, pobliskiej mleczarni. A co z grochówką? Z nią było trochę inaczej
Reklama
– wyjaśnia nasza rozmówczyni.
Krzysiu, dorosły już dziś mężczyzna, zawsze ją zachwalał. Mówił: pani to robi taką dobrą grochówkę, bo u mamy to ten groch jest taki rozpadający się. Prawda była taka, że gdybym miała czas, to i mój groch by się rozpadał. Po prostu nie mogłam czekać na to, aby ziarno tak długo się moczyło
– śmieje się pani Zelent. Kuchnia pani Ireny niemniej jednak była zdrowa i w miarę możliwości bogata (kiedyś, po jedynej z wizytacji sanepidu, otrzymała nawet tytuł najlepszej stołówki w gminie). I zapewne taka też pozostanie we wspomnieniach maluchów, którzy mieli okazję jej smakować. Nieważne, że groch był niedogotowany, że w kakao nie było sekretnego składnika. Ważne, że było serce, a tego, jak zapewnia pan Irena, nigdy jej nie brakowało. Kuchnia w przedszkolu w Dolniku przestała funkcjonować po 2000 roku, gdy w budynku uruchomiono szkołę trzyklasową. Po jej przeniesieniu do Skórki nie było już potrzeby reaktywowania stołówki. Pani Zelent zatem chochle do barszczu musiała zamienić na miotłę. I tak z dniem 31 grudnia swoją pracę zakończy na stanowisku sprzątaczki.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
;) hehe
a mnie ta: "To tylko fragment artykułu (pozostało 6598 znaków). Aby czytać dalej ..."
Urzekła mnie ta historia....
;) hehe
a mnie ta: "To tylko fragment artykułu (pozostało 6598 znaków). Aby czytać dalej ..."
Urzekła mnie ta historia....