Wyobraź sobie, że masz rękę w gipsie. Do połowy palców. I próbujesz przewracać nią kartki książki. Szukasz konkretnego fragmentu, na stronie 92. Znalazłeś, czytasz w myślach. A teraz próbujesz go komuś opowiedzieć. Tyle, że język masz zdrętwiały jak po wyjściu od dentysty. Co mówisz? Możesz powtórzyć? Nie rozumiem – słyszysz. Irytujące, prawda? Ale chwilowe. Wiesz, że znieczulenie przestanie działać i znowu będziesz rozumiany. Gips też zdejmą, a ręka wróci do pełnej sprawności. Da się znieść, prawda? A gdybyś miał tak przez całe życie?
Artur wyjmuje książkę z plecaka rozpiętego między czterema kołami. Właśnie wjechał do pokoju nauczycielskiego. Gdy rozbrzmiewa dzwonek, długi i przenikliwy niczym syrena alarmowa, pedagodzy wychodzą, a on siada przy ich stole. Z trudem wyszarpuje z torby zeszyt i piórnik.
Nie chce niczyjej pomocy, jest bardzo samodzielny
– mówi Anna Dywel, polonistka, która obserwuje przygotowania 17–latka. Spokojnie czeka, aż otworzy on książkę na wskazanej stronie. To trudne, gdy ma się porażenie czterokończynowe. Artur omawia przypowieści biblijne. Najbardziej lubi tę o synu marnotrawnym, bo ją najlepiej pamięta. Dzisiaj jednak tematem lekcji jest opowieść o robotnikach w winnicy. Dlaczego ci, którzy pracowali cały dzień otrzymali taką samą zapłatę jak ci, którzy robili to przez kilka godzin? To trochę jak z nauczycielami, którzy nauczają Artura i innych niepełnosprawnych uczniów w „Ekonomie”. Często mają trudniejsze zadanie niż ucząc w klasie pełnej zdrowej młodzieży. Pani Annie na przykład zdarza się nie dogadać z Arturem. Zwłaszcza, gdy ten splata ręce i chowa głowę między łokcie.
Czasami nadal się nie rozumiemy. Czasem śmieszne rzeczy nam wychodzą, prawda Arturze?
– zwraca się do podopiecznego. Chłopak uśmiecha się i potwierdza. „Tak” lub „nie” zdają się być jego ulubionymi słowami. Najlepiej czuje się, gdy nauczycielka zadaje pytania zamknięte, a on używa tych trzech liter.
Myli ci się sens dosłowny z przenośnym?
Tak.
– A teraz nie będzie już ci się mylił?
Chyba nie
– rozmawiają o przypowieści.
W Zespole Szkół Ekonomicznych im. Jana Pawła II w Złotowie w ubiegłym roku szkolnym indywidualnie uczyło się sześcioro, a obecnie troje uczniów. Sam na sam z nauczycielem. Mają od 12 do 14 godzin zajęć tygodniowo, podczas gdy ich rówieśnicy przebywają w szkole prawie trzy razy dłużej. W tym krótkim czasie nauczani indywidualnie muszą przerobić podstawę programową.
Zwykle udaje się nam to zadanie wykonać. Ci uczniowie są zwolnieni w wuefu, czasem z drugiego języka obcego. Resztę muszą zaliczyć, by zdać do następnej klasy, a potem ukończyć szkołę
– twierdzi Marek Skórcz, dyrektor placówki. Od roku 2008 nauczaniem indywidualnym w „Ekonomie” objętych było szesnastu uczniów. W ostatnich latach nie zdarzyło się, aby któryś z nich się poddał. W roku szkolnym 2015/2016 do matury przystąpiło troje uczniów. Jedna osoba była bliska zaliczenia, ma do poprawienia tylko jeden egzamin.
Dlatego to ta szkoła cieszy się największą popularnością w powiecie wśród osób niepełnosprawnych i uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych. W innych placówkach ponadgimnazjalnych nauczania indywidualnego nie ma.
Już dzwoniła do mnie dyrektorka jednego z gimnazjów z informacją, że we wrześniu przyjdzie do nas chłopak nauczany indywidualnie. Chciałby zostać technikiem informatykiem
– opowiada szef ZSE.
Przyszłości w komputerach upatruje dla syna także Beata Wiącek. Artur lubi informatykę, dzięki internetowi ma kontakt ze światem.
Do niedawna korzystaliśmy ze specjalistycznej klawiatury, ale w tej chwili jest nam niepotrzebna, bo Artur świetnie trafia w klawisze na laptopie. A operuje touchpadem
– zapewnia mieszkanka Górznej. Na Złotowszczyznę trafiła kilka lat temu, z Bydgoszczy.
Tutaj przenieśliśmy swoje życie. Tu syn skończył gimnazjum, gdzie również miał nauczanie indywidualne
– opowiada, stojąc przed drzwiami do pokoju nauczycielskiego. Dołącza do nas oparty o wózek Artur.
Ciąg w głowie – Trwa lekcja polskiego. Artur w myślach czyta przypowieść o chwaście, a za ścianą słychać poloneza. To przygotowania do studniówki. Chłopakowi co chwilę...
Nauczyciel też człowiek – Rozmawiają o pieskach i wymieniają się przepisami na babeczki. Spotykają się w pokoju wypełnionym marzeniami nastolatki o lepszym...
Co tu jeszcze o tobie powiedzieć, synu? No tak, Artur nigdzie nie pójdzie, nie spotka się ze znajomymi, a że mieszkamy na wsi, to nie dojedzie do miasta. Dzięki Facebookowi np. wie, co się dzieje. Może po skończeniu szkoły będzie pracować w domu, na komputerze. Może być na przykład testerem gier, nieważne. Byle coś robił
– matka nastolatka przekrzykuje gwar szkolnego korytarza. „Ekonom” to koło ratunkowe dla jej pociechy.
Tu nas bardzo dobrze przyjęli. Pani wicedyrektor [Anna Łutczyk–Pezała – red.] od razu wiedziała, o co mi chodzi, a przecież Artur nie miał po gimnazjum ekstra ocen. Ale to nie o to chodziło. On po prostu musi się uczyć i jakaś szkoła musiała go przyjąć. Zawodówka by tego nie zrobiła, bo lekarz medycyny pracy nie podpisałby na to zgody. Pozostała szkoła średnia. Ale nie technikum, bo w nim są praktyki i znowu nie byłoby zgody lekarza. Niestety, został ogólniak.
Trwa lekcja polskiego. Artur w myślach czyta przypowieść o chwaście, a za ścianą słychać poloneza. To przygotowania do studniówki. Chłopakowi co chwilę opada głowa, jakby był wykończony, ale to tylko niekontrolowany odruch. Tak samo jak z napinaniem i rozluźnianiem mięśni twarzy na wzór aktora, który przed wyjściem na scenę stroi miny, by rozgrzać aparat mowy. Pani Beata dziękuje Bogu za te refleksy.
Syn urodził się z jednym punktem [w skali Apgar, oceniającej stan zdrowia noworodka – red], w martwicy. Do drugiego roku życia nic nie robił, tylko leżał i patrzył w sufit. Wtedy zaczęliśmy zbierać pieniądze i jeździć na rehabilitację. Z turnusu na turnus było coraz lepiej. To, że Artur z tego wyszedł jest czymś wielkim. Cieszę się z tego, że byle jak chodzi. Ale chodzi. Byle jak mówi, ale mówi. Że jest z nim kontakt
– mówi, czekając, aż syn skończy lekcje. Nie opłaca jej się jeździć do Górznej i z powrotem. Jej pracą na cały etat jest opieka nad synem.
Jestem na świadczeniu stałym na dziecko niepełnosprawne. Cały dzień jestem przy nim. Artur wszystko przy sobie sam zrobi, ale muszę go nakarmić
– wyraźnie jest pogodzona z tą sytuacją. I walczy, mimo że ludzie pukają się w czoło: po co takiemu dziecku szkoła?
Musi się uczyć
– odpowiada bez zastanowienia.
Jeśli będzie siedzieć w domu, to będzie się cofać. Artur musi przebywać z rówieśnikami. Poza tym szkoła to codzienny obowiązek: musi wstać, umyć się, zjeść i iść do szkoły
– twierdzi. Tak samo myśli Marek Skórcz:
Zdarzało się, że uczniowie nauczani indywidualnie chcieli rezygnować z nauki. Twierdzili, że to bez sensu. Wtedy nauczyciele przekonywali ich, że warto. Choćby dla siebie.
Artur Krzyżek zrezygnować mógłby wiele razy. Głównie przez matmę. Nie utrzyma długopisu, więc nie robi notatek (te z przypowieści notuje mu A. Dywel, by mama chłopca wiedziała, co było na lekcji i mogła z nim pracować w domu), a wszystkie matematyczne działania wykonuje w pamięci.
My zrobimy sobie obliczenia na kartce. Minus, plus, pod kreską ułamkową, nawias. A on musi to wszystko zrobić w głowie. Wyobrazić sobie to, co mówi. Ale daje radę
– pani Beata cieszy się, że jej syn ma dobrą pamięć. Klasówki też zalicza, mówiąc. Wypowiedzi pisemne przygotowuje na komputerze, ale pisanie jednym palcem pożera mnóstwo czasu. Paradoksalnie chłopak pewnie będzie mieć go w przyszłości w nadmiarze.
Jaka jest jego perspektywa, gdy skończy szkołę? Dostanie rentę, jakieś 700 zł – śmieszne pieniądze. Jakby był sam, to nawet by się za to nie utrzymał
– mówi Beata Wiącek.
Wiem, że państwo nie ma z czego naliczyć wyższego świadczenia, bo Artur nigdy nie pracował, ale to jest taka wegetacja.
Dlatego po skończeniu „Ekonoma” będzie szukać dla syna choćby kursów, na których mógłby się dalej rozwijać.
Nie chcę, by spoczął na laurach
– zaznacza.
Rozmawiają o pieskach i wymieniają się przepisami na babeczki. Spotykają się w pokoju wypełnionym marzeniami nastolatki o lepszym, zdrowym życiu. Pan od matematyki ma labradora, a Ewa szczeniaki. Pani od polskiego lubi gotować, więc tematów nie brakuje.
Mogłam z nimi porozmawiać o życiu. Opowiadali też o sobie. Było miło
– Ewa Kajewska, uczennica „Ekonoma” opowiada o swoich zajęciach indywidualnych.
Nauczyciele podczas takich lekcji inaczej patrzą na ucznia. Wiedzieli, że mam duże zaległości, ale nie lecieli swoim trybem, tylko starali się mi pomóc
– opowiada nastolatka, która ma za sobą kilkuletnią walkę z chorobą nowotworową. Zaczęła w gimnazjum w Łąkiem, skończyła w ZSE w Złotowie. Uczyła się w szpitalach i w domu. Dyrektor Marek Skórcz wysyłał swoich nauczycieli do Smolnicy.
Bywa, że jest to problem. Z dojazdem, z ustaleniem godzin, bo zajęcia indywidualne odbywają się głównie po południu. Ale nauczyciele nie odmawiają podjęcia się takiej pracy
– twierdzi. Pensję otrzymują normalną, ale szkoła płaci im kilometrówkę. Rocznie nauczanie indywidualne uczniów w „Ekonomie” kosztuje blisko 160 tys. złotych. Placówka nie ma wyboru, zajęcia musi zorganizować, ale to się opłaca.
Udało mi się nadrobić zaległości. Lepiej przyswajałam wiadomości niż w grupie. Podczas zajęć indywidualnych cała uwaga była skupiona na mnie. Gdy czegoś nie rozumiałam, nauczyciel od razu mi to wytłumaczył
– relacjonuje Ewa Kajewska. Do normalnego trybu nauczania wróciła we wrześniu 2016 roku. Z początku nie mogła się przestawić.
Nie byłam dość skoncentrowana, bo to ktoś rozmawiał, ktoś przeszkadzał. Parę jedynek uzbierałam, ale teraz jest już dobrze
– zapewnia.
Gdyby nie nauczanie indywidualne, nie mogłaby tak szybko wrócić do szkoły, do rówieśników, których jej brakowało. Szansy na to nie miałby także Artur.
Syn chodzi na religię i lekcję wychowawczą z całą klasą, bierze udział w uroczystościach szkolnych. Jest wśród ludzi
– cieszy się mama chłopca.
A nasi uczniowie uczą się siebie nawzajem. Gdy ktoś potrzebuje pomocy, to bez słowa mu jej udzielają
– dodaje M. Skórcz.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze