Wcześniej był postrzegany jako zaufany człowiek Janusza Szczerbiaka, dzisiaj doskonale dogaduje się z nowymi władzami. Jaki naprawdę jest sekretarz gminy Tomasz Ciechanowski?
Z całego „dworu”, jak to niektórzy nazywają, burmistrza Szczerbiaka został tylko Pan, reszta została zwolniona. To przypadek?
Widocznie nie było powodów, żeby mnie zwolnić. Poza tym nowelizacja ustawy o pracownikach samorządowych z 2009 roku zakłada, że pozycja sekretarza gminy jest pozycją apolityczną, sekretarz to osoba odpowiedzialna przede wszystkim za kierowanie urzędem, natomiast całą politykę kreowania wizerunku gminy prowadzi burmistrz. [[reklama]] Czyli nie zajmował się Pan polityką, miał swoją działkę, którą musiał się zajmować.
Tak było. A to, że utożsamiano mnie z burmistrzem Szczerbiakiem, jest czymś naturalnym, był przecież moim pracodawcą. Podobnie jestem teraz utożsamiany z burmistrzem Kitelą.
Mówi się teraz o Panu, że jest Pan szarą eminencją obecnego burmistrza, która w białych rękawiczkach doprowadziła do zwolnienia m.in. skarbnika, kierownika KOK-u, pani Sieg.
Burmistrz posłużył się Panem, żeby to Pan wykonał tę „czarną robotę”?
Szara eminencja? Chyba zbyt wysoko mnie Pan ocenia. Nie nazwałbym też tego „czarną robotą”. Jeżeli chodzi o zwolnienie pani Sieg, dyrektora Komunalnego Zakładu Użyteczności Publicznej czy też pana Skrzypczyńskiego, dyrektora KOK-u, było to skutkiem kontroli przeprowadzonej przez osobę z zewnątrz. Pokazała ona wiele nieprawidłowości w funkcjonowaniu tych jednostek.
Nagle pojawiła się kontrola?
Nie nagle, bo zarządził ją jeszcze burmistrz Szczerbiak.
Czyli, jak rozumiem, gdyby dzisiaj burmistrzem był Janusz Sczerbiak, to finał byłby taki sam?
Nie chcę ferować wyroków, co zrobiłby Janusz Szczerbiak. Decyzja ostateczna zawsze należy do burmistrza.
Nie można tego utożsamiać jako chęci zemsty na „ludziach Szczerbiaka”?
Zemsta? Nie. Z pewnością nie.
Pozostał jeszcze skarbnik, pan Machejek.
Ze skarbnikiem jest trochę inna sprawa. Burmistrz Kitela stracił do niego zaufanie, informował o tym społeczność gminy w prasie lokalnej. Pamięta Pan zamieszanie wokół Towarzystwa Miłośników Krajenki? Zapisano wiele stron prasy lokalnej, pozostało wiele niedomówień, niejasności. Skarbnik nie wskazywał wprost co, gdzie, jak. Potem nałożyła się jeszcze sprawa ewentualnej utraty dofinansowania z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na rekultywację składowiska odpadów komunalnych. I to wszystko doprowadziło do takiego a nie innego finału.
I to wszystko wyszło dopiero po wyborach, nic nie wiedziano wcześniej?
Tak wyszło. Wiem, że niektórzy uważają, że jak przyszła „nowa miotła” to robi porządki w gminie i wymiata niewygodnych ludzi. I tak z czasem te sprawy by wypłynęły.
Na razie miotła stoi w kącie czy też jest kolejna osoba do zwolnienia?
Jeżeli już używamy takiego niezbyt fortunnego sformułowania, to miotły nie ma, miotła nie stoi w kącie i na nikogo nie czeka. Z uznaniem za to patrzę na tempo, w jakim burmistrz Kitela zdobywa wiedzę i doświadczenie samorządowe. Zgodnie z grudniowymi deklaracjami obserwuje pracę poszczególnych osób i wyciąga wnioski. Z tego co wiem na dzień dzisiejszy nie planuje żadnych gwałtownych ruchów kadrowych czy zwalniania kogokolwiek. Obecnie pracuję nad regulaminem organizacyjnym, ale to będą tylko i wyłącznie wewnętrzne przesunięcia.
A Pan sam nie czuł zaraz po wyborach zagrożenia, że ten wiszący miecz Demoklesa dosięgnie i Pana?
Na początku zawsze człowiek czuje się trochę niepewnie, ale podejrzewam, że nie tylko ja miałem takie odczucie. To zrozumiałe, że co cztery lata człowiek musi przeżywać stres związany ze zmianami w samorządach. Jednak 6 grudnia 2010 r., dzień po II turze wyborów poszedłem do pracy i starałem się nie ulec atmosferze gdybania, przypuszczeń, obstawiania. Dbałem o ciągłość funkcjonowania gminy w czasie przemiany. Były momenty, kiedy nie było już byłego burmistrza, a nowy burmistrz nie rozpoczął jeszcze urzędowania. I to jest właśnie rola sekretarza…
Jak się układa współpraca z nowym burmistrzem i zastępcą?
Układa się normalnie. Bardzo(!) normalnie. Trochę to niegramatyczne (żona polonistka wybaczy), ale prawdziwe. [[reklama]] Szykują się oszczędności w urzędzie?
Urząd ma funkcjonować bez zakłóceń. Każda taka pogłoska powoduje, że pracownicy nie pracują, ale zastanawiają się, na kogo wypadnie.
W oświacie też żadnych zmian?
Nic mi nie wiadomo na ten temat.
Jest Pan człowiekiem niezastąpionym?
Nie myślę o sobie w ten sposób. Nie ma ludzi niezastąpionych. Nieskromnie powiem tylko, że znam się na swojej pracy. Obliczyłem kiedyś, że dziennie w naszym urzędzie trzeba zastosować około dwustu aktów prawnych.
Żeby się od tego oderwać, to w domu, w wolnym czasie czym się Pan zajmuje?
Ogród, rowerowe wycieczki z żoną i synami to sprawdzony sposób na relaks. No i oczywiście wakacyjne, rodzinne, górskie eskapady. Najmłodszy syn od dwóch lat chodzi z nami po polskich górach (wcześniej nosiłem go w nosidle), starsi na początku nieco marudzą, a później trudno ich dogonić na trasie. Bardzo lubię literaturę, sporo czytam. Staram się nie czytać książek politycznych.
To co w takim razie Pan czyta? Romanse?
Nie, skądże. Lubię książki sensacyjne, historyczne. Czytuję pozycje mówiące o doświadczeniach samorządowców w innych krajach. Ostatnio czytałem „Przyjazny samorząd” Gulianiego, burmistrza Nowego Jorku. Byłem zdziwiony, że dopiero teraz wprowadzał on rozwiązania, które my w Polsce mamy od początku lat dziewięćdziesiątych, na przykład wywóz śmieci.
Ja myślałem, że to my w Polsce nie możemy sobie z tym problemem poradzić.
No właśnie. Nie doceniamy tego, co mamy. Ciągle oglądamy się na innych.
A gazety Pan czyta?
Codziennych gazet i tygodników staram się unikać, podchodzę do nich z dystansem ze względu na to, że większość z nich nastawiona jest na sensację. Wiadomo, że to sensacja przyciąga czytelnika. W mojej ocenie nie wszystkie informacje są rzetelne.
Lokalnych tygodników też Pan nie czyta?
Na pewno nie od deski do deski.
Ale nikt nigdy Panu tego nie zabraniał?
Nikt mi nie zabraniał ani nie zabrania czytać. Jestem dorosłym człowiekiem i sam kieruję swoim życiem. No, może lokalne tygodniki przerzucam i zatrzymuję się, gdy mnie coś zainteresuje. Za to moi starsi synowie czytają lokalną prasę, kiedy przebywają u babci. We wtorki i środy Staś informuje nas o nowinkach, często włącza się do rozmowy, mówiąc: „Wiem, wiem, czytałem w „Aktualnościach Lokalnych”. Nie zawsze jako rodzice jesteśmy tym zachwyceni. Anegdotycznie zabrzmi dygresja. Kilka miesięcy temu babcia, chcąc uchronić wnuka przed obrazem taty kreowanym przez lokalne media, przez kilka tygodni „zapominała” o zakupie prasy cotygodniowej. Taką wersję przynajmniej znał syn.
Ma Pan trzech synów, wiedzą już, kim chcą być?
Najmłodszy Aleksander, przedszkolak, mimo że boi się syren alarmowych, o dziwo chce być policjantem. Średni, Jędrzej, pragnie być antyterrorystą, a najstarszy Stanisław chce zostać strażakiem. Takie cudowne, chłopięce marzenia…
Przynajmniej jeden strażak z rodziny w Krajence musi być.
Taka już tradycja, ale pewnie się chłopcom jeszcze zmieni.
Rozmawiał Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze