Reklama

Nie jestem wybuchowy

19/11/2012 09:18
 -Wewnętrzna siła radnego bierze się ze społeczeństwa, ono jest jego oparciem - w rozmowie z Patrycją Koplin mówi radny Tadeusz Brzeziński

Trzy cechy, które powinien mieć dobry radny?
Wydaje mi się, że radny powinien być odpowiedzialny, obiektywny i zdecydowany.

Wiem, że ciężko jest oceniać samego siebie, ale proszę powiedzieć – czy Pan te cechy ma?
Nie lubię się wychwalać, ale tak. Samochwała w kącie stała… (śmiech)

Skoro mówi Pan, że takie właśnie cechy dobry radny powinien mieć i Pan takie cechy posiada, to znaczy, że właściwy człowiek jest na właściwym stanowisku?
To jest zawsze wybór społeczeństwa, można się tylko starać sprostać jego wymaganiom i wypełniać swoją rolę wypełniać jak najlepiej. Uważam, że kandydowaniu na jakiekolwiek stanowisko zawsze powinna towarzyszyć chęć działania – startować tylko po to żeby być figurantem jest bez sensu. Człowiekiem w żadnym stopniu nie powinna też kierować chęć zysku – niektórych motywują środki. Uważam to za bardzo negatywną postawę. Dobry radny angażuje się w sprawy społeczne dlatego, że chce coś zrobić, chce coś zdziałać – diety, finanse nie przesłaniają mu celów.

Wśród cech o które Pana zapytałam nie wymienił Pan dystansu. Chociażby w trakcie sesji obserwuję, że wspomniany dystans do siebie, do omawianych spraw Pan ma.
To chyba wynika z tego, że nie jestem wybuchowy. Niekiedy to jest też kłopotliwe, bo jeśli człowiek jest bardziej impulsywny to pewne rzeczy możne załatwić z marszu. Ja zazwyczaj muszę sprawę przemyśleć, chyba, że kwestia była już poruszana i jakieś przekonanie się we mnie ukształtowało. Staram się być w tym wszystkim obiektywny i jednocześnie służyć społeczeństwu, ale jak przez te dwa lata zauważyłem – nie jest to takie łatwe. Środki owszem są, ale nie zawsze da się je ulokować w swoim okręgu wyborczym. Oczywiście, że chciałbym zrobić jak najwięcej dla swojego terenu, ale jako radny muszę patrzeć na dobro i potrzeby całej gminy. Staram się te wszystkie kwestie wyważać, ale jednocześnie walczyć o swoje.

[[reklama]]

Waży Pan słowa. To co Pan mówi w trakcie obrad ma sens i jest podawane w krótkiej formie – nie mówi Pan na okrągło. Z czego wynika ta oszczędność słów?

Chyba jednak z osobowości – ja taki jestem. Poza tym na początku chyba zawsze tak jest. Pierwsza kadencja to jedna wielka lekcja. Masa dokumentów, przepisów, potrzeba czasu, żeby w to wszystko „wejść”. Co prawda ojciec był kiedyś radnym, ale wtedy nieszczególnie się tym interesowałem, on robił swoje, ja swoje.

Szczerze przyznaje Pan, że nie jest wszechwiedzący i nieomylny, że Pan się dopiero uczy.

Dokładnie, zresztą powiedziałem to na którejś z sesji. Jestem pierwszą kadencję i jeszcze wiele przede mną. Tak naprawdę te pierwsze cztery lata układają się trochę według osobowości, o której już mówiłem i według aspiracji. Ja jestem zwykłym człowiekiem, który chce coś zrobić dla swojego społeczeństwa i to mi wystarczy.

Myśli Pan, że radny ma tyle mocy sprawczej by fakt, że pełni on taką a nie inną funkcję przyniósł społeczności w której żyje owoce?

W całym procesie na pewno tak, od zaraz – nie. Można mieć wpływ na to co się dzieje, ale potrzeba czasu, i potrzeba przychylności rady i wójta. Jak zwrócił uwagę jeden z radnych rada jest decydentem, wójt wykonawcą jej decyzji. Oczywiście, formalnie tak jest ale kiedy już zaczynamy się w takich kategoriach poruszać to dla mnie nie jest to w porządku. Powinniśmy pracować we wzajemnym zrozumieniu, widzieć jednego kolegę, drugiego ale i też mieć prawo samemu być dostrzeżonym.

Ma Pan jedno z większych gospodarstw w gminie, a więc i mnóstwo pracy, zasiada Pan w radzie nadzorczej SBL-u. Po co Panu jeszcze te wszystkie dyskusje, komisje, sesje? Nie ma Pan dość zajęć?

Tak się to moje życie ułożyło, że chyba ma Pani rację. Fajnie się pracuje jak jest wzajemne zrozumienie, rzeczowa dyskusja, może i zgrzyty, ale dopóki w tym wszystkim jest sens i coś się dzieje to jest w porządku. Myśli „po co mi to” przychodzą czasem w tych gorszych dniach. Jak człowiek się zdenerwuje to bywa, że ma dość, ale w sumie odczuwam satysfakcję z pracy radnego, moja wiedza na temat gminy cały czas wzrasta, na tym małym fragmencie samorządności układa się moje spojrzenie. Gdzieś się trzeba w to wszystko wpisać, zacząć w skórze radnego dobrze funkcjonować. Z czasem owoce przyjdą. Są oczywiście drobne rzeczy, które można zrobić z roku na rok. Mamy fundusz sołecki i efektywnie z niego korzystamy. Uważam, że filarem każdej wsi jest zaangażowanie społeczeństwa i fajnym bodźcem do rozwoju jest właśnie ten fundusz. Środki plus społeczne zaangażowanie – taka kombinacja może przynieść wiele dobrego.

[[nowa_strona]]

Jest Pan na półmetku kadencji, dwa lata za Panem, możemy się już chyba pokusić o drobną ocenę. Jest tak, jak Pan myślał, że będzie?
Trudno mi powiedzieć bo nie mam porównania. Tak jak Pani mówi jestem pierwszą kadencję, nie pracowałem z poprzednim wójtem więc ciężko mi jednoznacznie ocenić. W radzie jak tak, jak w każdej innej grupie osób: każdy ma jakieś oczekiwania, aspiracje, pomysły i problemy – w tym wszystkim musimy odnaleźć sens. Jedni obiektywnie do spraw podchodzą, drudzy bardzo subiektywnie – jak w życiu.

Na pewno są radni do których jest Panu bliżej.

Oczywiście, ale nikogo nie uważam za wroga.

Pan nazwisk nie podał, ale ja podam. Panowie Januszewski i Hammacher plus Pan. Zgrana, wesoła trójka – tak jesteście odbierani.
Tak chyba jest. Od wielu lat znamy się prywatnie, współpracujemy jako rolnicy. Zawsze była między nami przyjaźń i tak jest i w gminie.

Łatwiej przez te wszystkie nowe rzeczy przebrnąć w towarzystwie kolegów?

Na pewno, zwłaszcza, że nie ma między nami wielkich różnic. Są oczywiście rozbieżności, ale pod względem całości jesteśmy raczej jednomyślni, co widać podczas pracy naszej komisji rolnictwa którą tworzymy z Jolą Klóską i Krzysztofem Mitkowskim.

Odnalazł Pan już swoje miejsce w radzie?

Nie czuję się źle. Przez te dwa lata poznałam ludzi, mniej więcej wiem kogo na co stać, kto co sobą reprezentuje i w odniesieniu do tego – tak. Muszę jeszcze raz podkreślić – nie aspiruję wyżej, a w tym co robię doskonale się odnajduję. Zawodowo czuję się spełniony, mam gospodarstwo rozwijające się i jest mi dobrze. Prywatnie mam kochającą żonę Julię i trzech synów co rokuje dobrze na przyszłość.

Spotkał się Pan już z otwartą krytyką?
Nie. Organizujemy co roku zebrania sołeckie w których uczestniczę i raczej bym nawet powiedział, że rozmów jest zbyt mało, że ludzie powinni się bardziej angażować w życie społeczności. Owszem, wójt powinien stworzyć warunki rozwoju, rada też, ale to my tworzymy przyszłość. Gmina powinna nam tylko pomagać. Chciałbym żeby ludzie byli aktywni i żeby trochę wymagali.

Od Pana?
Też.

To Pan się trochę wystawia na strzał: mają wymagać, mają zwracać uwagę.
Powiem tak: dwa lata spowodowały, że wiem jak to się kręci, wiem gdzie są fundusze, wiem jakie są inwestycje i jakie priorytety. Wiem, że niektórych spraw nie da się za szybko przeskoczyć, ale moim zadaniem jest reprezentować interesy naszej małej społeczności na zewnątrz. Przez cztery lata nie da się wiele zrobić, ale da się zawalczyć o zapisy inwestycji w kolejnych latach. Sama Pani naszą pracę obserwuje i wie, że budżet jest wykrojony prawie, że na miarę, bo co się spotykamy to są przesunięcia. Tak funkcjonujemy i od razu nie da się wszystkiego ugrać, potrzeba czasu.

Czuje Pan satysfakcję z pracy?
Chyba tak. Ojciec też angażował się społecznie i gdzieś to, w człowieku w mniejszym czy w większym stopniu, zawsze siedzi. Można się też zniechęcić – jak się dojdzie do wniosku „po co mi to”, czy ja muszę gdzieś tam jeździć, szarpać się, narażać się na różnego rodzaju opinie. Przecież ja mogę spokojnie żyć. Ale ciągle będę powtarzać, że cztery lata to za mało żeby dać namacalny dowód swojej pracy. Ciężko żeby społeczeństwo, w tym momencie w jakim jesteśmy, powiedziało, że do danej inwestycji ten właśnie konkretny radny się przyczynił.

Ma Pan na uwadze przedsięwzięcie o którego realizację szczególnie mocno będzie Pan zabiegał?
Przez wieś wysuwanych jest kilka potrzeb: kwestia nadania nazw ulic przy złotowskiej, sprawa przyszkolnego parkingu i chodnika, droga przy ul. Kościelnej – fatalna nawierzchnia, brak chodnika.

Podsumowując, poczuł Pan „bluesa”. Wiem, że jeszcze jest za wcześnie na deklaracje, zresztą sam przyznał Pan, że stosunek do funkcji radnego zależy od wielu okoliczności pobocznych, ale czy na tę chwilę miałby Pan ochotę zostać w radzie na dłużej?

Powiem tak: chciałbym zakończyć to co rozpocząłem. Mamy bardzo fajnych ludzi. Dobrze się współpracuje z sołtysem, z radą sołecką, Kołem Gospodyń Wiejskich, wiele rzeczy robimy czynem społecznym – to jest tak, że wewnętrzna siła radnego bierze się ze społeczeństwa, ono jest jego oparciem. Jeśli wszystko się będzie układać tak jak teraz, to pewnie będę startował.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości