- Co spojrzę na wózek, na łóżeczko, to płaczę - broda pani Katarzyny drży, trudno jej powściągnąć emocje. - Chcę odzyskać syna! Świat się dla mnie zawalił...
Środowy ranek, w redakcji rozlega się kolejny już tego dnia dźwięk telefonu. W słuchawce daje się słyszeć cichy kobiecy głos. Trzeba wytężyć słuch, by cokolwiek zrozumieć ze zlepku przerywanych płaczem zdań. Udaje mi się wyłapać jedynie strzępy kotłujących się w głowie myśli: „zabrali dziecko”, „pomóżcie”. Kobieta prosi o spotkanie. Kilka godzin później, około 15.00, w progu redakcji staje obcięta na krótko kobieta ze smutną twarzą. Nieśmiało zagląda do środka, wychodzę jej naprzeciw.
- Zabrali mi dziecko – tylko tyle jest w stanie powiedzieć kobieta.
Płacz. A w zasadzie przejmujący szloch. Mija kilka chwil nim moja rozmówczyni, zaciskając powieki, opanowuje toczące się z oczu łzy i rozpoczyna swoją opowieść.
Wpadli, zabrali
- W piątek zrobiło się zamieszanie. Patrzę, przed dom zjechała się opieka i policja. Myślałam, że to do sąsiadów – opowiada kobieta. - Nikogo się nie spodziewałam. Mały był zadbany, kupiłam mu nowe łóżeczko, ciuszki, wózek... - mojej rozmówczyni wyraźnie trudno jest skupić myśli. - Nigdy w życiu nie zrobiłabym dziecku krzywdy, kocham Adasia. Jak mam bez niego żyć? - pyta. - Zrobię wszystko, żeby wrócił. Rozstanie z dzieckiem to ból niesamowity – w opowieść wkrada się chaos, pani Katarzyna znów płacze. - Nie dopuszczę, żebym przez nich cierpiała – mówi, mając na myśli pracowników złotowskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej.
- Niedawno urodziłam synka, Adasia. Mieszkałam z nim na Jeziornej, wynajmuję pokój. Wróciłam ze szpitala, dbałam o dziecko. Mam pieniądze, nie mieli powodu zabierać małego – kobieta jest o tym mocno przekonana. - Przyszli, jakby w ukryciu, zabrali Adasia – kobieta wraca do piątku 14 września. - Jak sobie to wszystko przypominam... - do oczu znowu cisną się łzy.
Dlaczego go zabrali? Kobieta twierdzi, że nie ma pojęcia. - Chcę odzyskać syna, świat mi się zawalił... Jestem w szoku, nie wiem, do kogo się zwrócić po pomoc. Nie pozwolę, żeby zabrali mi następne dziecko – głos pani Katarzyny znowu się łamie.
- Ile ma Pani dzieci?
- Adaś jest siódmy.
Żaden z synów nie jest przy matce.
Druga strona medalu
Czwartek zaczyna się od telefonu do jednej z sąsiadek pani Katarzyny, do której kobieta wczoraj zostawiła mi numer i która ma potwierdzić, że o Adasia dbano.
Jeden sygnał, drugi, trzeci... Kobieta wreszcie odbiera. Witam się, w odpowiedzi słyszę: „Dajcie mi spokój!” i dźwięk odkładanej słuchawki. Cisza.
Chwilę później spotykam się z kierownikiem Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, Piotrem Brewką i pracownikiem socjalnym zorientowanym w sytuacji pani Katarzyny, Bożeną Witkowską. Tutaj ogląd na sprawę się zmienia. O 180 stopni. Dowiaduję się, że jeszcze kiedy pani Katarzyna była w ciąży MOPS proponował jej pomoc w wynajęciu mieszkania, by mający za chwilę przyjść na świat maluch mógł się chować w dobrych warunkach. Jak mówi kierownik, rozważano nawet przydzielenie opiekunki, która pomagałaby zajmować się małym. Drugą opcją, z której nasza rozmówczyni również nie skorzystała, był pobyt w Domu Samotnej Matki w Kiekrzu. [[nowa_strona]]
Sąd, posiłkując się opinią kuratora, wydał decyzję o tym, by na czas trwania postępowania umieścić malucha w jastrowskim rodzinnym pogotowiu i stwierdził natychmiastową wykonalność postanowienia.
P. Brewka rozumie tę decyzję, jego zdaniem warunki, w które ze szpitala trafił noworodek, pozostawiały bowiem wiele do życzenia. - Oderwanie dziecka od matki to zawsze ostateczność. Chcieliśmy, żeby pani K. mogła wychowywać dziecko, ale nie w takich warunkach – mówi szef MOPS, mając na myśli lokal, w którym przebywa pani Katarzyna. Przebywa, bo nie ma do niego prawa własności. Gospodarz domu w każdej chwili może zdecydować o jej wyprowadzce. Co wówczas stanie się z dzieckiem? - Dla nas najważniejsze jest bezpieczeństwo dziecka – wyjaśnia P. Brewka. B. Witkowska zwraca również uwagę na fakt, że ze względu na umiarkowany stopień niepełnosprawności intelektualnej kobieta nie jest w stanie samodzielnie wychowywać malucha, ponieważ nie do końca zdaje sobie sprawę z potrzeb tak małego dziecka i niebezpieczeństw, które na nie czyhają. Jej zdaniem pozostawienie noworodka pod opieką mężczyzny, u którego kobieta mieszka, a który nadużywa alkoholu (tak się zdarzyło) jest niedopuszczalne. W kwestii rzekomego nieoczekiwanego „natarcia” i odebrania dziecka nasi rozmówcy informują, że Katarzyna K. nie tylko dobrowolnie zgodziła się na umieszczenie syna w pogotowiu opiekuńczym, ale i sama się tam z nim udała. Od piątku pozostała tam przez weekend, w poniedziałek pojechała do Złotowa „załatwić swoje sprawy” i już nie wróciła, choć miała taką możliwość.
Na rozrzedzenie krwi
Wychodzę z MOPS-u, wsiadam w samochód i jadę na Jeziorną zobaczyć dom, w którym dwa pierwsze tygodnia życia spędził mały Adaś. Przed bramą już czeka na mnie pani Katarzyna. Zaprasza do środka. By dotrzeć do sieni trzeba jednak najpierw ominąć usypany na wjeździe węgiel i stosik drewna. - Kupiłam opał dla dziecka, dla maluszka, żeby miał ciepło, nie dla siebie – tłumaczy kobieta.
Przez ciemny korytarzyk wchodzimy do małego pokoiku ogrzewanego przez kaflowy piec. Pod oknem stoją dwa wózki, wanienka, chodzik. Pośród nich piętrzy się cała sterta dziecięcych rzeczy. Wita mnie właściciel domu. Wczorajszy. - Podałem kobiecie rękę, dałem schronienie, dach nad głową i teraz się mnie karze? No mój losie, zlitujcie się, przygarnąłem dzieciątko, a teraz się je odbiera? - pyta pan Józef. Przyglądam się jego pociągłej twarzy, bardzo szczupłej, wręcz rachitycznej sylwetce. Mężczyzna wyjaśnia: -Alkohol jest mi potrzebny, bo mam słabe krążenie krwi. Chcę czy nie chcę, muszę pić, bo jak inaczej krew rozrzedzić? Nawet nie próbuje ukryć swojego problemu.
Oglądamy pokój małego i jego mamy. Pani Katarzyna otwiera jedną z szaf, płacząc, pokazuje ubranka, potem kupione dla Adasia mleko, łóżeczko pokryte nową kołderką. W kąt ktoś wcisnął pluszaka. Dziecięce akcesoria zupełnie nie pasują do wnętrza domu. Zastawione mnóstwem przedmiotów meble, papierosowy dym, domagające się malowania ściany. Kurz.
- Po co jakiś meldunek potrzebny? U nas jest prawo pokićkane - pan Józef złości się na urzędnicze wymagania. – Czy ja kobietę biłem, czy dziecku robiłem krzywdę?
Zwracam uwagę na warunki. - 7 dzieci się tu wychowało – słyszę w odpowiedzi. Pytam o ewentualny pobyt w Domu Samotnej Matki. Słyszę, że taka opcja nie wchodzi w grę. - To jest zamknięcie – wyjaśnia kobieta. - Tu jest ogródek, podwórko, dziecko może czuć wolność – dopowiada gospodarz domu. - A teraz co, dziecka nie ma, zabrali... Co ja mam robić – pani Katarzyna załamuje ręce.
- Co z tego, że piję, że palę? Ja mam osobny pokój i ona ma swój – wzrokiem wskazuje na współlokatorkę. - A dlaczego piję? Z nerwów, z bólu – mężczyzna odpowiada sam sobie.
- Żadnych papierów adopcyjnych nie podpiszę – na odchodne pewnie mówi pani Katarzyna. Skłania się ku wynajęciu mieszkania, zapowiada walkę. O dobro dziecka?
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze