O ostrej kampanii, nieczystych zagrywkach, marazmie i planach na przyszłość z sołtysem Nowin Karolem Lisiakiem rozmawia Patrycja Kajewska
Jest Pan absolwentem politologii, administracji i prawa…
Zgadza się. Zacząłem od studiów licencjackich na kierunku politologia-specjalizacja samorządowa, a po pierwszym roku rozpocząłem również jednolite studia prawnicze. Studia drugiego stopnia (magisterskie) ukończyłem na kierunkach politologia oraz administracja.
Wszystko to z myślą o pracy samorządowej?
Nie. Jeśli mam być szczery to wszystkim rządził przypadek (uśmiech). To była taka ciekawa sytuacja: założyliśmy się z kolegami, którzy również studiowali po dwa kierunki, że damy radę zrobić trzeci. Była nas piątka, a cel osiągnęła dwójka.
Czy dla człowieka z takim wykształceniem Nowiny nie są zbyt ciasne?
Może i tak, ale jestem w o tyle dobrej sytuacji, że mam możliwość pracy ,,u siebie”. Przejąłem po rodzicach gospodarstwo rolne. Oczywiście mógłbym podjąć decyzję, że wszystkiego się pozbywam, zdaję egzamin wstępny na aplikację i szukam pracy w zawodzie, ale byłoby mi szkoda zaprzepaścić wysiłek rodziców. Oni zaczynali zupełnie od zera, ja mam już gospodarstwo, które generuje zyski. Myślę, że lepiej sprzedać produkt, niż fabrykę. Za cel postawiłem sobie wszystko pogodzić. Prowadzę więc gospodarstwo i przygotowuję się do egzaminu wstępnego na aplikację adwokacką.
Nie marzą się Panu garnitur, praca w kancelarii?
Wie Pani, jakie mamy realia. Mam masę kolegów, którzy ukończyli studia z wyróżnieniem, a dziś są już za granicą. Ja, mimo że miałem oferty pracy w Toruniu i w Bydgoszczy, od zawsze wiedziałem, że wrócę do Nowin, do Złotowa. Tutaj się wychowałem i tutaj czuję się najlepiej.
Wydaje mi się, że to gospodarstwo, które Pan odziedziczył, jest w pewnym sensie kulą u nogi.
Może i tak, ale jestem realistą – gdzie „na dzień dobry” zarobię takie pieniądze, jakie daje mi gospodarstwo? Nigdzie. To główny powód. Oczywiście, mógłbym unieść się honorem i powiedzieć, że skoro mam trzy fakultety, to w gospodarstwie nie będę pracował, ale czy to byłoby racjonalne?
Tymczasem spełnia się Pan w najniższym szczeblu samorządności – w końcu lutego został Pan sołtysem Nowin. Wcześniej celował Pan w funkcję radnego, ale się nie udało.
Startując w wyborach do rady nie kierowałem się ambicją – wszystko zaczęło się od tej feralnej działki, o którą posprzeczałem się z radą. Miałem wiele zarzutów pod adresem sołtysa, radnych, wójta, ale to nie te sprawy, a poparcie ze strony mieszkańców zdopingowało mnie do tego, bym wystartował. Podobnie było w kwestii wyborów sołeckich.
Do rady startował Pan po to, żeby o wspomnianych zarzutach nie tylko mówić, ale by wziąć sprawy we własne ręce i móc działać?
Nie do końca. Po prostu dostałem taką propozycję od Jarka Maciejewskiego i spróbowałem. Zresztą wydawało mi się, że mam coś ciekawego do zaproponowania. Nie wygrałem, ale nic na tym nie straciłem, bo wcześniej nie byłem radnym. Wszystko wyszło dość spontanicznie, a ostatecznie przekonało mnie poparcie mieszkańców, o którym mówiłem. Gwoli wyjaśnienia – to nie jest tak, że mieszkańcy Nowin mnie nie popierali. Po prostu nie poszli do wyborów – głosowała mniej niż połowa. Prawdziwy marazm. Myślę, że na tym polega właśnie specyfika tej miejscowości.
Zostawiając brak mobilizacji – miał Pan mocnego przeciwnika. Adam Tomaszewski bardzo interesował się pracą samorządu, uczestniczył praktycznie we wszystkich sesjach, był jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy wśród sołtysów.
Chyba nie do końca, bo w Nowinach za bardzo nikt go nie znał. Ja sam owszem, wiedziałem, że jest taki sołtys Międzybłocia, ale nigdy wcześniej go nie spotkałem, nigdy nie rozmawialiśmy. Na pewno jego najmocniejszą stroną był fakt, że startował z komitetu wójta. Zresztą kampania z ich strony była dość ostra. Logika wskazywałaby na to, żeby popierać kandydata ze swojej miejscowości, tymczasem ówczesny sołtys nawet po niedzielnej mszy nakłaniał do głosowania na pana Tomaszewskiego. W mojej ocenie były to zagrywki nie fair. Ja się do takich praktyk nie zniżałem. Spróbowałem swoich sił i tyle. Poza tym nie uważam się za przegranego, bo zdobyłem więcej głosów niż niektórzy z tych, którzy dzisiaj w radzie zasiadają.
Adam Tomaszewski uczestniczył w sesjach, Pan też, ale w roli czarnego charakteru. Mam tu na myśli sporną sprawę bezprzetargowej sprzedaży działki położonej w Nowinach, którą był Pan zainteresowany, a którą bez przetargu właśnie sprzedano komu innemu.
Czarny charakter... Nie do końca. Po prostu miałem odwagę na forum publicznym powiedzieć o wszystkich nieprawidłowościach. Każdy, kto miał rozeznanie w sprawie wie, na czym to wszystko polegało. Powiem tylko tyle, że po całym tym zamieszaniu zwróciłem się do władz gminy z wnioskiem o sprzedaż drugiej części tej działki. Oczywiście również w drodze bezprzetargowej. Okazało się, że taka sprzedaż jest niemożliwa. To dziwne, zwłaszcza, że cały czas sugerowano mi, iż jestem w błędzie twierdząc, że sprzedaż działki w centrum wsi bez przetargu jest niemożliwa. No ale cóż… Nie mam o nic pretensji do Piotra Lacha, bo on poniekąd dał się wplątać w tę „grę”. Cała sprawa była w biegu jeszcze zanim on został wójtem. Trzeba jeszcze zauważyć, że prowadziliśmy gospodarstwo na długo przed wprowadzeniem się pana Małaczka do sąsiedztwa. Jego firma już dawno nie funkcjonuje a moje gospodarstwo ciągle się rozwija. Niesmak więc pozostał.
Więc cała sprawa była nie w porządku?
Oczywiście, patrząc na nią choćby przez pryzmat głosowania, kiedy to padały sformułowania typu: ,,głosujemy tak, jak się umawialiśmy”. To jest w porządku? Poprzednia rada była towarzystwem klepiącym się po plecach. Nie mówię, że relacje pomiędzy radnymi powinny być wrogie, ale na pewno powinny być zdrowe. Moim zdaniem samorząd funkcjonuje dla mieszkańców, a nie dla partykularnych interesów radnych. Niektórzy o tym zapomnieli.
Sprawa otarła się o sąd. Jak wobec tego teraz, kiedy jest Pan sołtysem, układają się relacje z wójtem, z którym – właśnie z racji funkcji – często się Pan spotyka?
Dla mnie temat jest zamknięty i nie mam żadnej awersji do Piotra Lacha. Nie wiem do końca jakie jest jego zdanie na ten temat, ale nie odczuwam nic negatywnego z jego strony.
Swoim sprzeciwem, kolokwialnie mówiąc, „wkurzył” Pan też kilku radnych, którzy jednocześnie byli lub wciąż są sołtysami. Jak relacje układają się z nimi?
Wygląda to tak, że z osobami, które zirytowałem, raczej mam sporadyczny kontakt. Kultura wymaga, aby się przywitać, zamienić kilka słów i tyle. Poza tym jest grono sołtysów, którym mogę zaufać, którzy przyjęli mnie bardzo ciepło. Zawsze mogę do nich zadzwonić, o coś zapytać i wiem, że mogę liczyć na pomoc. Również wójt przyjął mnie ciepło, co było dla mnie zaskoczeniem, bo z jego strony spodziewałem się raczej ignorancji, może nawet dyskredytacji, tymczasem był w porządku, nie mogę mu niczego zarzucić.
Sprawa, o której mówimy, dotyczyła syna poprzedniego sołtysa, po którym przejął Pan funkcję. W jakiej atmosferze odbyło się to symboliczne przekazanie władzy?
Powiem tak – w Nowinach ze wszystkimi utrzymuję dobre relacje, nie mogę się tylko dogadać z tą właśnie rodziną. Nie robię w stosunku do nich nic negatywnego, oni – wręcz przeciwnie. Ma miejsce swego rodzaju nagonka na mnie z ich strony. Nie przejmuję się tym, bo to nie świadczy o mnie, ale o nich. Mają prawo do własnej opinii na mój temat, ale chciałbym, byśmy nie uprzykrzali sobie życia.
[[reklama]]
Poprzedni sołtys złożył Panu gratulacje?
Nie. To, że wybrano mnie sołtysem uznał za dramat. Powiedział podobno, że jak dla niego to każdy mógłby być sołtysem, tylko nie Lisiak.
Czyli nie jest tak, jak się to dzieje w wielu miejscowościach, że starszy wiekiem i doświadczeniem sołtys jest wsparciem dla swojego młodego następcy?
Absolutnie. Pan Małaczek nawet nie przekazał mi kluczy do świetlicy – musiałem wymienić zamki. Najważniejsze dla mnie jest to, że mieszkańcy są po mojej stronie. Oczywiście jestem otwarty na współpracę, ale zważywszy na całą tę sytuację, nawet na nią nie liczę. Szkoda, bo jako że był radnym-sołtysem jego pomoc mogłaby być dla nas wymierna. Prawdę mówiąc liczę na siebie, na radę sołecką i na mieszkańców.
Nie ma Pan jeszcze „trzydziestki”, średnia wieku rady sołeckiej też wypada nieźle.
To na pewno nie jest wada, raczej atut.
Młode głowy będą mieć świeże pomysły?
Już mają. Za cel postawiliśmy sobie cykliczną realizację integracyjnych imprez typu Dzień Dziecka czy Dzień Kobiet. To ważne, bo część osób w ogóle nie jest zainteresowania życiem społecznym. Oczywiście nic na siłę nie zrobimy, ale chcielibyśmy mieszkańców wsi trochę do siebie zbliżyć i zachęcić do wspólnej pracy na rzecz Nowin. Chcemy też, aby w Nowinach powstało Koło Gospodyń Wiejskich. Jestem zwolennikiem decentralizacji władzy, dlatego za główny cel stawiam sobie dobre relacje z członkami Rady Sołeckiej. W poprzednich kadencjach nikt się z radą nie liczył. Atutem Mateusza Marciniaka i Marcina Ziółkowskiego jest to, że pracują w urzędzie gminy, więc chociażby z przepisami są na bieżąco, mają wiedzę szerszą niż przysłowiowy Kowalski.
Właśnie, to narzędzia, z których trzeba korzystać.
Pomijając wszystkie drobne przedsięwzięcia, o których Pan mówił – w jakie zadanie, z tych dużych, celujecie?
Chcielibyśmy, by ścieżka Nowiny-Złotów została w całości wykonana. To jest priorytet. Potem sala, która też jest nam bardzo potrzebna. Teraz mamy świetlicę, kaplicę i bibliotekę – trzy w jednym. Poza tym pomieszczenie jest małe, więc wszelkie imprezy muszą się obywać na zewnątrz. Te dwie inwestycje są dla nas najważniejsze. Możemy oczywiście o budowę sali zabiegać, ale nie mamy na to przedsięwzięcie wielkiego wpływu. To raczej kwestia realizacji obietnic wyborczych wójta i pana Tomaszewskiego. Powinno więc im zależeć tak samo jak nam.
Ale dajecie szansę Nowinom. Niestety to jedna z najmniej urokliwych miejscowości gminy Złotów.
Myślę, że uda nam się coś zrobić. Jestem dobrej myśli. Ludzie nas, sołtysów wybrali, byśmy ich nie zawiedli.
I taki właśnie ma Pan plan?
Dokładnie. Zaraz po wyborach powiedziałem, że zobowiązuję się do tego, by mieszkańców wsi nie zawieść. Podtrzymuję to.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze