Reklama

O zuchu górniku i jego pani

06/11/2017 18:30
Ona bez matki i ojca chowana, on zaprawiony w kopaniu niemieckich okopów. Razem są sześćdziesiąt lat. – Liczyło się, żeby odpowiedzialnego człowieka spotkać i z nim życie związać – mówią Joanna i Jan Patriakowie

–A mi tego nigdy nie mówił! – pani Joanna unosi się na łokciach, by zobaczyć męża skórę. Na dwóch paskach, wiązaną z przodu, jasnobrązową jak wewnętrzna strona kasztana.

Nie wiedziałam, że on to ma!

– mówi, opadając na fotel. Panu Janowi w to graj. Jako bodajże jedyny górnik w Złotowie opowiada z dumą, że takie skóry nosili na zadkach absolwenci szkół górniczych. Do czasu gdy dziewczęta zaczęły na nich wołać „cielęce skórki”.

Jak się pracowało w niskich pokładach, a było mokro, to się na tym siadało. Żeby isjaszu nie dostać z wilgoci

Reklama

– Jan Patriak przez lata przez taką skórkę przyjmował też uczniów do szkoły. W Boguszowie Gorcach, 7 km od Wałbrzycha.

Stawał taki zuch na bryle węgla, dwóch innych tę skórkę trzymało, a ja mu mówiłem: W twoje ręce, zuchu górniku, skarb polskiej ziemi składam. Gospodaruj nim mądrze. A teraz skacz!

Ani ojca, ani matki

Dziś jest becikowe, a on dostał kartę powołania. Z zachodu wojna szła, nic ją nie obchodziło, że właśnie drugie dziecko, żona młoda i dom niewykończony. Zabrała tatę. Joasia urodziła się 6 sierpnia 1939 roku w Dąbrówce Gorzyckiej koła Tarnowa. W dawnej Galicji, jak mówi. Gdy miała sześć miesięcy babcia, mama taty, zabrała ją do siebie.

Reklama

Mama dostała galopujące suchoty. Krwią wymiotowała. Zmarła w 1941 roku, miała 25 lat. Nie pamiętam jej

– kobieta pokazuje zdjęcie ojca w mundurze. Tyle jej z rodziców zostało.

Pamiętam jak żony rodzice się budowali i grosiki pod fundamenty wkładali. Na szczęście. A tu figa

– pan Jan wtrąca się do rozmowy. W ręce trzyma szablę, którą chciałby się pochwalić (dostał ją od szkoły, w której uczył), ale zamiast tego mówi: 

Matka przeziębiła się, bo jeździła do ojca do niewoli. Nie wiemy, czy u Rusków, czy u Niemców. Gdzie zginął też nie wiemy.

Reklama

Widać za mało tych grosików pod progiem było…

– dorzuca gorzko jego małżonka.[[pay]]

O pieniądzach w czasie wojny Janek może pomarzyć. Pracuje i owszem, ale u Niemca. Za chleb, wodę, czasem kawałek czekolady. Szykuje niespodzianki dla Ruskich.

Wójt musiał wyznaczyć osoby do kopania okopów w Otfinowie. Miałem dziesięć lat, a szedłem za starszą o dwa lata siostrę. Stawałem w drugim szeregu na palcach, żeby być wyższym. Niemcy mówili, że jestem kinder, za mały, ale dwa lata tam pracowałem. Kopaliśmy te okopy i chrust wycinaliśmy nad Dunajcem, że jak Ruscy przyjdą, to żeby ich było widać. A drzewa ścinaliśmy na metr od ziemi, żeby czołgi nie przejechały

Reklama

– opowiada, stawiając na stole ciastka.

Czym chata bogata

mówi z uśmiechem.

Koniaczek mamy, jakby tego…

Nie, dziękuję.

Naleweczka też jest…

– zachęca, jakby chciał przykryć bezsens wojny. W okopie, który kopał nie siedział żaden żołnierz. Czołgi też na kolczatkę z pni się nie nadziały. W okolicy spadł jeden radziecki samolot.

Pierwsze: posłuszeństwo

Biały barszcz z jajkiem i kiełbasą na śniadanie, kanapka między zeszytami w tekturowym plecaku. Tak Asia szła do szkoły w powojennej Polsce. Juzaś bydzie szło słyszeć w szkołach jak brzynczy piyrszy dzwonek abo buczek. To bydzie łoznaczać, że je zaczoł sie do szkolorzy rok szkolny.

Reklama

Babcia bardzo o mnie dbała. Mówiła: ona nie ma rodziców, nikt na nią ręki podnieść nie może. A sama miała dwanaścioro własnych dzieci. Już dorosłych. Jeden był na wojnie, drugi, trzeci w AK. Traktowali mnie jak maskotkę

– pani Joanna ma tylko dobre wspomnienia. Może poza szkołą średnią. Stryj wymyślił jej technikum mechanizacji rolnictwa. Z warsztatami, pracą w kuźni i ślusarni. Okropieństwo.

A ja taka drobniutka byłam, jedyna dziewczynka w klasie, ale wychowana w duchu poszanowania starszych, więc posłuchałam

Reklama

– była nauczycielka co i rusz przynosi albumy ze zdjęciami. Okrasza nimi opowieść, choć jedne od drugich dzieli czasem kilkadziesiąt lat.

Z czasem mądrzejsza się zrobiłam, rzuciłam tę modną mechanizację i zdałam egzaminy do liceum pedagogicznego w Tarnowie

– ostatecznie trafiła do Domu Młodzieży w Krzeszowicach. Do pałacu Potockich. Na tę okoliczność akurat zdjęcie ma. Stoi na schodach w otoczeniu innych panienek. Wygląda na szczęśliwą. Może to przez Janka? Poznali się w wakacje, po projekcji filmu objazdowego kina. Pochodzili z tej samej wsi, ale wcześniej się nie zapoznali (Janek w 1947 roku z odnalezionym po wojnie ojcem – ten wyjechał przed 1939 rokiem do Niemiec do pracy – i dziadkiem ruszyli na Ziemie Odzyskane).

Reklama

Podobne zdjęcie z diementowych godów, choć czarno-białe państwo Patriak otrzymali z urzędu. - Szkoda, że nie w kolorze. Nam się żyć jeszcze chce - stwierdziła pani Joanna

Dzisiaj się mówi, że miłość najważniejsza, ale w tamtych czasach ważne było spotkać jakiegoś człowieka odpowiedzialnego. Żeby można z nim było wiązać życie

– twierdzą Jan i Joanna Patriakowie, którzy razem są od ponad 60. lat. Ale coś zaiskrzyło między wami?

Pewno, że tak. Janek był elegancko ubrany: samodzielne buty ze skórki, szycie porządne. Płaszcz ciemny. Zainteresowałam się nim – jak to mówią po ślonsku: Wysztigluj sie na fajer!

Reklama

On mną też, bo jakaś dziewczyna niebrzydka do kina przyszła…

– pani Joanna muska białe jak górniczy pióropusz włosy. Ot, kobiecy odruch.

Po roku pisania listów Janek zaproponował, by się pobrali. Jeszcze przed Asi maturą.

Szkołę przerwała, mój błąd

– ocenia dziś pan Jan. – Pracę ma, mieszkanie służbowe ma, to się nie zastanawiaj. Wesele ci jakieś zrobimy, jedź, mówiła ciotka. A ja nadal posłuszna byłam – twierdzi była Ślązaczka. Do ślubu młodzi pojechali rowerami. Może stąd miłość J. Patriaka do jednośladu? Codziennie robi nim do dwudziestu kilometrów.

Reklama

A mam 85 lat i pół

– mówi z dumą.

Drobny, ale hajer

We wrześniu 2017 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego Joanna i Jan Patriakowie obchodzili diamentowe gody. Mąż stawił się w górniczym mundurze. Z odznaczeniami na piersi i w czapce z pióropuszem. Przed wyjściem małżonkowie się naradzali. 

Jak wyglądam w tym mundurze po latach?

– zapytał on.

Eee, ty na górnika to nigdy nie wyglądałeś

– zaczepia ona.

Ale za to nadawałem się na niskie pokłady

– oboje się uśmiali. Po tym co w życiu przeszli takie chwile są na wagę złota. Albo węgla, jak wolałby pan Jan, który z Ziem Odzyskanych przy pierwszej okazji wrócił na Śląsk. Służba Polsce zwerbowała go do Szkoły Przysposobienia Przemysłowego Rokietnica – Miechowice. Miał być w internacie, a trafił pod oficerski but.

Reklama

Do skóry mnie ostrzygli, ubrania wojskowe dali i do musztry. Trzy dni nauka, a dwa dni praca w kopalni. A po południu czołganie się pod drutami i strzelanie. Ale nie załamałem się

– mężczyzna co i rusz podkreśla, że wątłe miał tylko ciało. Po pół roku został wykwalifikowanym robotnikiem dołowym w kopalni Piast Ziemowit niedaleko Tych. Zaczął od wozaka.

Na przodku pracowało trzech – czterech górników. Jak odstrzelili, to ładowali na wózek, jakieś 700 kg węgla, a ja musiałem to pchać 100–150 m na stalową płytę i w biegu go obrócić. Sto wózków musiałem na dzień przepchnąć. Nie za szybko, bo mogły z torów spaść. Wtedy mnie ochrzaniali, bo musieli przyjść i to dźwigać

– miejsce pracy górnicy oświetlali sobie karbitówkami. Gdy gasły, czyli często, chodniki rozświetlały maleńkie oczka. Szczurze.

Górnicy je chwalili, bo jak szli do pracy i szczur przebiegł im drogę, to ostrzegał przed niebezpieczeństwem

– opowiada były hajer.

Tyle że kanapki nam zjadały. Wieszaliśmy je na drutach, ale szczury wchodziły po stropie, opuszczały się i zjadły. W końcu zamykaliśmy jedzenie w skrzyni.

Choć J. Patriak pod ziemią pracował rok, to dobrze pamięta kopalniane normy. Kto się nie wyrobił, na powierzchnię nie wyjechał. Zostawał na drugą szychtę. A rano od nowa. I tak kożdego dnia, tak wele piontej rano, grubiorz, kery idzie na piyrszo zmiana musi stować z prykola. Gibym sie zbiyro, troszka pychol oszplucho, biere paketek z chlebym i ciśnie na gruba.

Za dobrą pracę pan Jan trafił do górniczego technikum. Po nim zaś dostał nakaz pracy w Zasadniczej Szkole Górniczej w Boguszowie.

Mogłem być nauczycielem, nadgórnikiem (miałem prawo nosić biały pióropusz) albo do Urzędu Bezpieczeństwa

– tak, w 1955 roku, nasz bohater został nauczycielem, który organizuje skok przez skórę. Pani Joanna w tym czasie uzupełniła wykształcenie i uczyła w Wałbrzychu wuefu i biologii.

Ciekawe z tą miłością

Po przejściu na emerytury w latach osiemdziesiątych państwo Patriakowie sprzedali mieszkanie na Śląsku i przyjechali do Złotowa. Za synem. Janusz Patriak to znany złotowski wuefista i trener. Współautor największych sukcesów naszych siatkarek.

A taki był wątły

– opisuje go mama.

Ale do sportu ciągnęło go od małego. W liceum jak tylko któryś profesor miał okienko, to Janusz zamiast na lekcje szedł z nim grać w koszykówkę

– śmieje się ze swojego jedynaka. Wspomina go, gdy pytam o miłość. W końcu Joanna i Jan przeżyli jako małżeństwo sześć dekad.

Miłość jest do jakiegoś czasu, a potem jest obowiązek i przywiązanie

– mówią.

Choć ciekawie jest, jeśli ta miłość trwa jak najdłużej. U nas jak przyszło dziecko, to więcej miłości poświęciłam jemu jak mężowi

– przyznaje pani Joanna.

Pan Jan jednak nie pozwoli, by ta historia zakończyła się tak poważnie. 

Panie Łukaszu, my to się jeszcze za dziesięć lat w tym urzędzie spotkamy! Będzie jeszcze o czym pisać!

Przykłady gwary śląskiej zaczerpnąłem ze strony gryfnie.com[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Alicja - niezalogowany 2017-11-07 06:39:27

    Moi sasiedzi z klatki. Przemili panstwo.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Prawdziwy mieszkaniec - niezalogowany 2017-11-06 19:19:56

    Pan Janek to fajny gość...zdrówka życzę

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości