Reklama

Od Matki do Matki

07/09/2015 08:59
Od kościoła do kościoła i zwiedzają świat. Czasem na rower namówią księdza, bo dzień bez mszy jest stracony. Jola i Adrian Wiśniewscy uprawiają turystykę religijną na dwóch kółkach

Pierwsze było Altötting w Niemczech, ostatni - Paryż. Pomiędzy nimi sieć sanktuariów maryjnych rozsianych po Europie Zachodniej. 8000 km w dziesięć dni pełnych uniesień i zachwytów. I nieco zgrzytów. - Fatima jest piękna i ją polecam, ale Lourdes jestem negatywnie zaskoczona. To jedna wielka komercja – Jolanta Wiśniewska opowiada o podróży sprzed dwóch lat. Oboje z mężem są bardzo religijni, ale również krytyczni. - Zdziwiła nas ta dostępność dewocjonaliów w formie supermarketu otwartego wręcz 24 h na dobę. I imprezy jak na polskiej plaży. Taki religijny festyn – ocenia Adrian Wiśniewski. - Chociaż samo miejsce objawień jest skromne – dodaje członek Stowarzyszenia Rodzin Katolickich. Państwo Wiśniewscy wolą ducha od ciała, dlatego zamienili autobus na rowery, a Lourdes na Górkę Klasztorną, Skrzatusz i Starą Wiśniewkę.

Z Bogiem wokół komina

Można machać „grzywą” na koncercie. Można zdzierać gardło na stadionie. Ale oni wolą ciszę w kościele. Organizują grupę, zabierają dzieci i po mszy rowerami jadą do Stawnicy. Pierwszy raz widzą środek kościoła stojącego tam od ćwierćwiecza. Pedałują też do Starej Wiśniewski, by zachwycić się drewnianą świątynią pamiętającą szwedzki potop. W Czernicach zastanawiają się nad historią kościoła ewangelickiego, który stał się magazynem, a teraz jest świątynią katolicką. - Ludzie podróżują w różny sposób, my robimy to w oparciu o naszą wiarę – mówią państwo Wiśniewscy.

Reklama

Do celu złotowianie dotarli po przejechaniu 425 km i 12 metrów. Pan Adrian zmierzył wszystko dokładnie

- Każde nasze wakacje są związane z Panem Bogiem. Albo jest z nami ksiądz i mamy codziennie mszę, modlimy się, a potem robimy to samo co inni turyści. Albo sami idziemy do świątyni na mszę – dla pana Adriana to naturalny sposób spędzania czasu. - Wiara i kontakt z Panem Bogiem są dla nas ważne. Staramy się nie ograniczać do niedzieli. To jest tylko kwestia znalezienia 30 minut w ciągu dnia. To jest dużo? - złotowianin odpowiada na pytanie, czy nie myślał o wakacjach bez Boga. Czy więc to dziwne, że za kolejny cel J. i A. Wiśniewscy obrali Częstochowę?

Reklama

Za leniwy na niespodzianki

Dętka, łatki, zestaw kluczy to absolutne minimum. Wszystko mieści się pod siodełkiem. - Przecież jak odjedziemy 20 km od Złotowa i złapię gumę, to nie będę wracał pieszo. Jestem na to za leniwy – Adrian Wiśniewski nie chce się przyznać, że lubi mieć kontrolę. - Nie będę też prosił, by ktoś po mnie przyjechał, bo może się okazać, że rower nie zmieści się w aucie i trzeba będzie go rozebrać. Łatwiej będzie samemu go połatać – twierdzi mężczyzna tuż po czterdziestce. Z kilkudniowym zarostem i rękami założonymi za głową wygląda na człowieka, który nie lubi prosić o pomoc. - Chcę być samowystarczalny. Gdziekolwiek nie pojadę i co się nie stanie, chciałbym móc sam sobie z tym poradzić.

Przy takim podejściu nic dziwnego, że skoro uparł się na poprawienie kondycji poprzez jazdę na rowerze, to się tego postanowienia trzyma. - Drażni mnie, bo nie ma dnia bez roweru. Codziennie musi gdzieś jechać – pani Jola mówi coś o magicznej „czterdziestce”. Przypomina też sobie, że gdy dzieci były małe, to mężowi niespecjalnie chciało się z nimi jeździć na rowerach. A teraz on szuka wyzwań. - To Jola wpadła na pomysł, żebyśmy pojechali rowerami na Jasną Górę. Ja znalazłem trasę – twierdzi A. Wiśniewski. Wystarczyło tylko w majowy weekend przejechać rowerami z Helu do Gdyni Chyloni (około 90 km) i już. Choć do Władysławowa w deszczu.

Reklama

- Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, skoro więc przejechałam prawie stówę, to może przejechać więcej?

Naciąganie kilometrów

Dobrze mieć przyjaciela w księdzu. Zwłaszcza takim, który pisze się na zwariowane pomysły. Ksiądz Piotr Gałązka od razu podchwycił pomysł pielgrzymki rowerowej. 420 km w pięć dni? Świetnie. Ruszają 12 lipca z Górki Klasztornej. Sześciu rowerzystów i dwie osoby w samochodzie. - Córka nie lubi jeździć na rowerze, ale zgodziła się być naszym supportem – wyjaśnia pan Adrian. - Dojeżdżaliśmy do postoju, a tam na ławce w parku czekała na nas kawa i ciastko. A na następnym „stopie” gotowy obiad – chwali córkę i jej chłopaka pani Jola. - Cieszymy się, że się zgodziła, bo chcieliśmy odbyć tę podróż razem.

Reklama

Trasa jest jak różaniec. Rowerzyści mówią, że nawijają na łańcuch kilometry. Pielgrzymi ze Złotowa robią to samo ze świątyniami. Gniezno? - Chcieliśmy zobaczyć katedrę. Wiadomo, pierwszy chrzest, drzwi św. Wojciecha...

Ląd? - Klasztor pocysterski, ciekawe miejsce z historią. Tam odpoczywał ksiądz zarażony wirusem HIV z filmu „Kto nigdy nie żył”.

Kalisz? – Sanktuarium św. Józefa, patrona rodzin. Chcieliśmy zobaczyć tamtejszą bazylikę mniejszą.

Dziennie rowerzyści mieli pokonywać około 90 km. Ale nie z panem Adrianem na szpicy. - Żeby ludzi nie zniechęcić trzeba było ich delikatnie oszukiwać. Było 110, a mówiłem, że przejedziemy 100 – po minie pani Joli widać, że mąż często naciąga ją na kilometry.

Reklama

Czasem było to jednak podyktowane względami bezpieczeństwa. - Dzieliliśmy się na grupy po 2 lub 3 rowery, żeby samochody mogły nas w miarę bezpiecznie mijać. Ale kierowcy mają ode mnie duży minus za reakcje na nas – pan Adrian podkreśla, że sam jest kierowcą i stara się zwracać uwagę na cyklistów. - Dla większości rowerzysta to zawalidroga, a często w ogóle go nie widzą – pani Jolanta zwykle jechała w tyle grupy.

Bez ucałowania

Widok Częstochowy i Jasnej Góry wyciska łzy z kobiecych oczu, ale nie tego państwu Wiśniewskim i ich towarzyszom zazdroszczą znajomi. Westchnienia budzi wspomnienie prymasa. - Kiedy do nas podszedł myślałam, że to zwykły ksiądz. W rozmowie okazał się taki ludzki, bez dystansu, pytał, jak długo jedziemy i życzył nam powodzenia. Żadne „ą”, „ę”, całowanie w pierścień.– J. Wiśniewska mówi o błogosławieństwie arcybiskupa Wojciecha Polaka. - Swój chłop – A. Wiśniewski po męsku podsumowuje spotkanie w Gnieźnie.

Reklama

Turystyka niejedno ma imię. Jak widać świat zwiedzać można podążając do miejsc kultu religijnego

Rzeczowo mówi też o intencjach, z którymi grupa ze Złotowa jedzie do Częstochowy. Dziękują tam za to, co mają, proszą o mądrość, pomoc w wychowaniu dzieci. Przekazują intencje od znajomych. - Dla nas pomoc z nieba jest ważna. Prosimy o nią i jej oczekujemy – nasi rozmówcy zapewniają, że nie chcą nikogo przekonywać do swojego spojrzenia na świat. - Chłopak naszej córki budził się rano podczas naszej wyprawy i mówił: nie będę więcej chodził na msze, ale z jakiegoś powodu wstawał i szedł. To było wspaniałe. Uważamy, że więcej zdziałamy naszą postawą niż zmuszaniem.

Reklama

Rower wciąga, wiara podtrzymuje

Z Częstochowy pielgrzymi przyjeżdżają autem. Na „pomysł dla wariatów” pana Adriana, by w dwa dni wrócić rowerami, nikt nie przystaje. Ale dwa tygodnie później chętni, by zrobić 170 km do Lichenia, już się znajdują - Tak nam się spodobało jeżdżenie w miejsca kultu religijnego. Mieliśmy niedosyt – twierdzi złotowianin. Do sanktuarium dojeżdżają z dwoma noclegami, w tym jednym załatwionym na litość. - Hasła Licheń i pielgrzymka załatwiły nam nocleg w gospodarstwie agroturystycznym – państwo Wiśniewscy śmieją się z użytego klucza. Ale w dobrej wierze. - Po prostu byłem szczery. Powiedziałem prawdę, czyli to, co cenimy w życiu.

Z Lichenia rowerzystów znowu odbiera córka. Pan Adrian nie mieści się w aucie, więc wreszcie ma swój wyczyn. Wraca rowerem. A za nim pani Jola. - Zostałam zmuszona – zaczepia żona. - Mogłaś wracać samochodem, było w nim miejsce – mąż podejmuje grę. - Siła małżeńska nie pozwoliła mi puścić cię samego. 70 km od domu rodzina znów jest razem. W aucie prowadzonym przez córkę.

Reklama

W tym roku Jola i Adrian Wiśniewski planują jeszcze pojechać rowerami do Skrzatusza (w obie strony rowerami) i do Bąblina. W przyszłym - do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. - Jola rzuciła też pomysł Świętej Lipki na Mazurach. Marzy nam się też La Sale i Santiago de Compostela. Te trzy miejsca nas kręcą – mówią państwo Wiśniewscy, a pan Adrian przypomina sobie książkę, którą ostatnio czytał. O Angliku, który przejechał rowerem dookoła Ziemi. - Są ograniczenia, ale mając cel można je pokonać – podróże do miejsc świętych to cel równie dobry jak chęć pobicia rekordu przez wspomnianego Brytyjczyka.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości