W sobotę w Wiejskim Domu Kultury w Wielkim Buczku odbyła się XVII Buczkowska Konferencja Naukowa, w tym roku zatytułowana „Jan Rożeński (1904-1967) – nauczyciel, działacz, patriota. Oblicza polskiego szkolnictwa na Ziemi Złotowskiej w okresie międzywojennym”. Referaty poświęcone ówczesnej edukacji na Pograniczu oraz postaci Jana Rożeńskiego wygłosili prof. J. Borzyszkowski oraz prof. J. Kęcińska-Kaczmarek. Przy okazji konferencji planowano też promocję książki „Jan Rożeński (1904-1967)”, której ze względu na opóźnienie druku w ostateczności nie zaprezentowano, ale która niebawem pojawi się na lokalnym rynku. Dwa dni wcześniej o bohaterze publikacji rozmawialiśmy z jego synem Romanem Rożeńskim.
Książka wiarygodnie oddaje postać mojego ojca. Jej autorem jest profesor Kęcińska-Kaczmarek, ja jestem współautorem.
Reklama
Już kiedyś sugerowano mi, żebym napisał coś o tacie. Zawsze jednak uważałem, że jeśli o kimś mówi ktoś bliski, to jest to mało obiektywne. Nie chciałem, żeby ktoś zarzucał, że się chwalę czy że na dorobku przodków chcę budować swoją pozycję. Dlatego byłem od tego daleki. Z drugiej strony od wielu lat miałem przekonanie, że powinienem zrobić coś, żeby rozpowszechnić i pokazać to, kim był ojciec i co zrobił dla mieszkańców tego regionu. Przez lata dokumentowałem jego życie, a sporo osób także czerpało z tych materiałów na potrzeby przygotowywanych przez siebie publikacji. Niektórzy przyjeżdżali jeszcze jak tata żył. Już on udostępniał wiele cennych materiałów. Niestety niektóre nie wróciły. Dlatego mama zdecydowała swego czasu, że przestaniemy je użyczać. Tym bardziej, że już po śmierci ojca w 1968 roku nie wszystkie udało się odzyskać.
W dawnych materiałach ilekroć pisano o Towarzystwie Szkolnym, tak naprawdę z reguły kryła się za tym jedna osoba i to był właśnie mój tato. On był kierownikiem i właściwie nie było żadnych innych pracowników tej instytucji. Od 1927 do 1933 roku działał na terenie Złotowszczyzny, a od 1933 do 1939 roku, z racji tego, że tak się tu spisał i potrafił zorganizować szkolnictwo polskie, został przeniesiony do Pierwszej Dzielnicy, na Opolszczyznę. Po latach wspominał zresztą, że w życiu nie przypuszczałby, iż Śląsk jest tak polski.
Reklama
Nie znam do końca tej sytuacji. Wiem, że się wystraszył, gdy pierwszy raz usłyszał o wyjeździe na Opolszczyznę. Były tarcia między związkową centralą, działaczami w Berlinie, a tymi na Śląsku. W Berlinie nie rozumiano klimatu Śląska, podobnie zresztą jak klimatu Ziemi Złotowskiej. Tam patrzono na rzeczywistość przez pryzmat zachodnich Niemiec. Żeby nie rozbić jedności Związku, tata zgodził się i przyjął wyzwanie. Miał takie cechy, że potrafił jednoczyć ludzi. Dlatego ksiądz Domański i poseł Baczewski zdecydowali, że pojedzie na Śląsk. Przekonywano go, że na pewno sobie poradzi. I poradził. Zresztą Opole wciąż pamięta o ojcu. Co roku dostaję z urzędu miasta zaproszenia na uroczystości, które są tam organizowane. Po śmierci taty przysyłano je do mojej mamy, później już do mnie.
Gdy skończył seminarium nauczycielskie chciał przyjąć polskie i zamieszkać w Polsce. Rozmawiał o tym z posłem Baczewskim i księdzem Domańskim, zresztą u nas na plebani. Oni już wtedy widzieli w nim potencjał do propolskiej działalności po tej stronie granicy. Namawiali go, żeby został i zaczął organizować tutaj polskie szkoły. Do momentu ich powstania był zresztą pierwszym i jedynym nauczycielem polskim na tym terenie. Oczywiście to nie były takie szkoły jak w dzisiejszym rozumieniu. Początkowo to było raczej prowadzenie nauczycielskiej działalności w różnych miejscach, opowiadania w naszym języku o historii czy geografii. To była nauka nie tylko dla najmłodszych, bo prowadził również szkoły dokształcające dla starszej młodzieży. Wykonał naprawdę wiele dobrej pracy. Stąd przykro było mi ilekroć w różnych rozmowach umniejszano temu, co tato dokonał. Niejednokrotnie mnie pytano: a co on właściwe takiego zrobił, kim był, co on za jeden?
Reklama
Najbardziej przykre było zawsze dla mnie to, że mówili to ludzie, którzy mu najwięcej zawdzięczali. Nawet byli uczniowie szkół, które organizował.
Tak. Są osoby, które myślą kategoriami: a co to właściwie za wyczyn, być jakimś kierownikiem? Niektórzy być może będą nawet kwestionować fakty z jego życia. Tymczasem wszystko, także to, co jest w tej książce, jest udokumentowane.

Wielu nie znało historii ojca i nie chciało jej znać - mówi Roman Rożeński
Przede wszystkim to, że pokolenie lat 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku, mogły chodzić już do polskiej szkoły. To naprawdę nie było łatwe zadanie. Współcześnie ludzie nie są w stanie tego zrozumieć. Często zastanawiam się, jaka dzisiaj byłaby reakcja ojca na zamykanie małych szkół. On takie tworzył, i to na terenie państwa niemieckiego. Nie było budynków, nie było lokali. W tym wszystkim musiał przekonywać rodziców, żeby z ładnej niemieckiej szkoły, do której dzieci już chodziły bądź miały chodzić, przenieść się w zupełnie inne warunki.
Reklama
Ja się późno urodziłem, bo już po wojnie. Byłem dzieckiem z drugiego małżeństwa. Gdy ojciec zmarł, miałem zaledwie piętnaście lat. Był wspaniałym człowiekiem. Ojcem również. Przy tym był bardzo wymagający. Jako rodzic także wiele przeszedł, bo przecież mój starszy brat zmarł właściwie na rękach mamy i taty rok przed moimi urodzinami.
Miał dużo cierpliwości. Często wygłupialiśmy się przy tamtym stole. Pamiętam jak pod nim siedziałem, gdy bawiliśmy się w zwierzęta (pan Roman wskazuje na mebel do dzisiaj stojący w przedpokoju). Bawiliśmy się klockami, kulaliśmy się po podłodze czy graliśmy w bierki. Nie mogę powiedzieć, żeby był surowy, natomiast były pewne zasady i określonych granic nie można było przekraczać. Tak... Był bardzo zasadniczy. Ale też nigdy nie podnosił głosu. W ogóle nie pamiętam, żeby rodzice kiedykolwiek się sprzeczali. Ciepły, otwarty, bardzo gościnny człowiek. Lubił grać na fortepianie, śpiewać, grać w karty. Znał języki: włoski, angielski, a także niemiecki.
Materialnie nic. Moralnie zaś przede wszystkim mieliśmy przekonanie do słuszności tego, co się robi. Żeby nie dać się zgermanizować. Żeby przede wszystkim zachować nasz język i żeby dzięki temu ludność polska przewyższała niemiecką, chociażby znajomością dwóch języków. Do dzisiaj przecież pozostają one oknem na świat. I ówcześni Niemcy zazdrościli nam, że znaliśmy te języki. Bo poziom w tych szkołach był wysoki. Ojciec sam już później nie nauczał – co zresztą najczęściej mu się do dzisiaj wypomina – ale to on rekrutował nauczycieli, organizował miejsce edukacji. To, że w późniejszym okresie nie miał czasu na samo nauczanie jest dla mnie zrozumiałe. Uważam, że było wręcz dowodem tego, jak był zaabsorbowany innymi rzeczami. Był kierownikiem regionu aż po Kaszuby. Oczywiście w początkowych latach działalności to on prowadził zajęcia.
Reklama
Jeszcze bardziej podziwiam go za to, że to wszystko wytrzymał. Bo niektóre doświadczenia były naprawdę bolesne. Chociażby fakt, że będąc w obozie koncentracyjnym stracił pierwszą żonę, Helenę Bieniakowską. W dramatycznych okolicznościach, bo w 1940 roku tragicznie zginęła na dworcu kolejowym w Berlinie, gdzie wpadła pod pociąg.
Jedni mówią tak, pozostali inaczej, prawdy pewnie nie dojdziemy. Ale z relacji niektórych osób, które tam były wynikało, że tak właśnie było.
Niejednokrotnie w takim właśnie kontekście rozpatrywano tamto wydarzenie. Nawet jednak po takich przeżyciach pozostał sobą. Podziwiałem go za to, że wszelkie doświadczenia znosił z honorem. Nigdy nie pokazał, że coś go załamało, że coś go gnębiło.
Reklama
Ja nigdy do tego nie dążyłem. Jedynie chciałem zawsze, jego wzorem, być skromnym człowiekiem i dobrze traktować ludzi.
Tak. Bardzo mi na tym zależało. Przykro mi było, gdy niejednokrotnie miałem okazję przekonać się, że osoby, które – mogłoby się wydawać – powinny o działalności ojca sporo wiedzieć, nie miały tej wiedzy. Takie fakty mobilizowały do tego, żeby przez lata uświadamiać ich o tym, jaką rolę odegrał w historii, nie tylko Złotowszczyzny.
Chyba tak. Na pewno będzie spore grono tych, którzy ją przeczytają i się zdziwią. Może nawet niektórzy zrobią duże oczy z powodu tego, czego się z niej dowiedzą. Już we wcześniejszych latach były różne przymiarki do wydania takiej publikacji, ale dopiero teraz udało się to zrealizować.
Reklama
Być może dlatego, że czas ucieka i życie się kończy.
Mieszkańcy, którzy czasami wypierają to, kim byli ich przodkowie. Tato na pewno nie zrozumiałby dzisiaj argumentacji tych, którzy mają podwójne paszporty.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze