Reklama

Pamiętam

10/08/2012 00:00
- Prowadzili Żydów do gazu. Palili. Z tłuszczu robili smary do maszyn, mydło. Matko Boska, myśmy się tym mydłem myli... - Witold Kwiatkowski spogląda w okno. - Nie wiedzieliśmy, że jest Majdanek, Dachau, Treblinka...

Austria. Przydomowy sad rodziny Hitlerów, a w nim georginie. Ścinane batem padają na ziemię jedna po drugiej. Młody Adolf smaga kańczugą zapamiętale.
- Co robisz? - pyta jego macocha, Żydówka.
- Jak dojdę do władzy to was tak będę ścinał – odpowiada.
- I tak robił – opowiada Witold Kwiatkowski – tak robił...

Ucieczka donikąd

1939 rok. Do Śmielina wjeżdża polskie wojsko. - Niemcy idą – ostrzegają żołnierze. Parę minut później Kwiatkowscy pakują do furmanki pierzyny. 10-letni wówczas Witek nosi do wozu mąkę. Rodzina kieruje się na Bydgoszcz, stamtąd na Toruń, dalej na Kutno i Warszawę. 16 kilometrów przed stolicą dostrzega niemieckich żołnierzy z bagnetami. - Teraz nas wszystkich pozabijają – pan Witold wspomina słowa swojej mamy.
- Czego się boicie? Czemu uciekacie?
- Taki nam dali rozkaz.
Cisza. Zimnej krwi nie traci dziadek W. Kwiatkowskiego, który służył w armii jeszcze za Bismarcka. Wyjmuje niemiecką książeczkę wojskową, okazuje ją żołnierzom. Reakcja żołnierzy zaskakuje Witka. - Hauptmann zasalutował dziadkowi. Potem wyciągnął z kieszeni pióro, napisał przepustkę i dał mamie. Kwiatkowscy zawrócili do domu. - Po drodze nikt nas nie rewidował, innym wszystko sprawdzali. Jak znaleźli broń, wyprowadzali do lasu i rozstrzeliwali. My nie mieliśmy broni – zaznacza nasz rozmówca.

W domu na rodzinę czekała przykra niespodzianka. - Nie było nic, wszystko rozgrabione. Ani łóżka, ani szafy, ani filiżanki, żeby się napić – pan Witold sięga w zakamarki pamięci. - Niepotrzebnie uciekaliśmy. Mieli zabijać, nie zabijali, więc trzeba było zostać – mówi.

U Araba na służbie

- Arab był paskudny – W. Kwiatkowski człowieka, u którego w trakcie wojny przymusowo pracował, wspomina bez sentymentu. - To był Rumun, który przyjął niemieckie nazwisko – wyjaśnia – mówiliśmy na takich: Araby. - Wie Pani, jak Polaków traktowali? Pasłem u Araba krowy. Kiedyś weszły w kartofle, jak to zobaczył to tak mnie kopnął, o tu – pan Witold pokazuje na żebra – że aż trzy metry dalej poleciałem. Hitlerowska wojna to był dla Polaków bardzo ciężki czas. Przez pięć lat chodziłem boso, nawet na buty nie miałem grosza. Spałem z parobkiem w piwnicy. Było tam jedno okno, nie było pieca – opowiada. - Kolację na początku jedliśmy razem. Wtem kiedyś, wpół do ósmej, wpadają czarne, trupie głowy. SS. Wie hei?t du? - zapytali. Pan Witold odpowiedział, spodziewając się najgorszego. Niemcy dali jednak tylko dyspozycję: Polakom nie wolno jeść z Niemcami. - Po tym jedliśmy już osobno – wyjaśnia nasz rozmówca.
W. Kwiatkowski miał szczęście, że jego losy potoczyły się w ten sposób. W Polsce działo się bowiem dużo gorzej. Przypomnijmy, w trakcie największego w historii konfliktu zbrojnego łącznie zginęło około 6 milionów Polaków. - Hitler wcześniej obiecał, że jak wejdzie na stanowisko kanclerza to Polskę zgruzuje, i tak było. Wielu ludzi zginęło niepotrzebnie. Trzeba się było wstrzymać z powstaniem warszawskim, bo za Wisłą stali już Rosjanie – pan Witold szkicuje na stole układ sił. – Nie weszli, nie pomogli. Powiedzieli: „Niech się sami wykrwawią”. Jak w końcu weszli do Polski to była makabra. Zabierali chłopom konie, zabijali. Ale Stalin jak mordował, to chociaż ciała zakopywał, Hitler robił mydło. Jezu Chryste, coś okropnego – wspomnienia w pamięci naszego rozmówcy wciąż są żywe.
[[nowa_strona]]
Powrót

Po wojnie matka pana Witolda, jako repatriantka, mogła sobie wybrać gospodarstwo. Wskazała na Zieloną Górę, tam rodzina nie czuła się jednak dobrze, więc przeniesiono się do Lubska, później do Górznej. - Piękną gospodarkę tam mieliśmy, piękną! - cieszy się nasz rozmówca – Tylko buzi dać! Nie byliśmy tam jednak długo. Górzną zasiedlano Kresowiakami, przyjeżdżali m.in. Ukraińcy. Wszyscy podawali się za Polaków. - Taki np. Żukow zrobił się Żukowskim – pan Witold przypomina sobie konkretne nazwisko. We wsi mieszkało też kilku rdzennych Niemców. - Matka dobrze mówiła w ich języku, jak Ukraińcy usłyszeli, że z nimi rozmawia, zrobili z nas Niemców. Prześladowali, bili, kopali. Jak sobie Pani wyobraża, że 20 osób idzie na 3? - pyta. - Brat wziął kosę i dawaj za nimi. Ale rwali! Chryste Panie, trzy światy – z uśmiechem przypomina sobie W. Kwiatkowski.

Ostatecznie, po tułaczce, pan Witold, już ze swoją własną rodziną, osiadł w Radawnicy.

Pieniądze – tak, ale nie dla wszystkich


- Odszkodowania nie dostałem – opowiada W. Kwiatkowski, mając na myśli niemieckie świadczenia dla przymusowych robotników. - Nazwisko się nie zgadzało – wyjaśnia nasz rozmówca, dodając, że człowiek, u którego pracował, nazywał się Lantz, było to jednak przybrane nazwisko. Prawdziwym było Ramse. - Jeździłem do archiwum do Bydgoszczy, sprawdzałem, ale nic nie mogliśmy znaleźć – wspomina. - Miałem dwóch świadków, przysięgali, że pracowałem u Niemca, ale to nic nie dało. Nazwisko nie to i koniec. Nie dostałem ani centunia, mimo że w końcu do wszystkiego doszliśmy. Ale sprawa była już przedawniona.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości