Reklama

Pan Bóg zesłał na mnie opamiętanie

15/06/2012 00:00
Piła kawę z Gierkiem, uczestniczyła w plenum PZPR i ZSL, była korespondentką gazety "Gromada Rolnik Polski" i głośno mówiła to, czego inni - w obawie przed utratą stanowisk - nie chcieli powiedzieć. Z Zofią Januszewską rozmawia Patrycja Koplin

Podobno od zawsze miała Pani w sobie pęd do działania.

Rzeczywiście, zawsze był we mnie niespokojny duch, zawsze chciałam czegoś więcej. Jeszcze za czasów szkoły średniej zorganizowałam we wsi punkt biblioteczny. Zawsze interesowałam się wsią, życiem ludzi, więc kiedy skończyłam średnią szkołę, władze zaproponowały mi, żebym w Radawnicy, w Uniwersytecie Ludowym, rozpoczęła naukę na kursie kulturalno-oświatowym. Wtedy, głównie pod potrzeby wsi, zorganizowany został przyspieszony roczny kurs dla pracowników placówek kulturalno-oświatowych. Potrzeby były ogromne, budowały się domy kultury, ktoś musiał w nich pracować. Po ukończeniu kursu od razu zaproponowano mi pracę w Krajence, w nowym domu kultury. Zostałam tam kierownikiem – w wieku 20 lat.

Nie bała się Pani w tak młodym wieku wziąć na siebie tylu obowiązków?

Oczywiście, że miałam obawy. Pierwszy raz w życiu pojechałam wtedy do Krajenki, ale młody człowiek ma odwagę, nie boi się wyzwań... Przepracowałam tam dwa lata, bardzo dobrze mi było, przede wszystkim dlatego, że udawało się skupiać ludzi. To były zupełnie inne czasy, każdy się garnął do pomocy. Gościliśmy w Krajence Teatr Bałtycki, pana Fogga, Czerwono-czarnych, Trubadurów, jeszcze z Krzysztofem Krawczykiem. Cała elita polskiej estrady przewinęła się wtedy przez nasz dom kultury. W Krajence poznałam męża, był tam nauczycielem zawodu w dzisiejszym Zespole Szkół Spożywczych. On pochodził ze wsi, ja pochodziłam ze wsi i jak przyszło do planowania drogi życiowej, to odezwały się nasze korzenie. Przyjechaliśmy do Franciszkowa.

Nie żal było zostawiać Krajenki? W końcu w pracy trochę serca zawsze się zostawia...


Na pewno było żal, zwłaszcza, że to były zupełnie skrajne warunki. Tam, z takiego piedestału, tu na doliny. Wracała Pani z myślą o konkretnej pracy czy wszystko działo się zupełnie na gorąco?
Zdecydowaliśmy, że będziemy gospodarzyć. Kupiliśmy pierwsze gospodarstwo, które w tamtych czasach rolnicy oddali w zamian za rentę, to był 68` albo 69` rok. Ci państwo nie mieli dzieci, nie mieli komu przekazać dorobku, więc przekazali go na skarb państwa – taka była procedura. Było kilku chętnych na to gospodarstwo, ale żeby móc je kupić trzeba było jeszcze mieć zgodę władz. Dostaliśmy ją i zaczęliśmy działać. Zresztą ja zawsze chciałam, żeby było lepiej i pewnie dlatego, chyba jeszcze przed pójściem do UL, zapisałam się do ówczesnego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. To była partia wiejska, niektórzy niepochlebnie się o niej wyrażają, ale to była kiedyś jakaś siła. Jednocząc się można było mieć, niewielki chociaż, wpływ na decyzje. Wydawało się wtedy, że coś nam to da.

Partyjna przynależność dawała jakieś profity?

Nie, to były czysto społeczne prace. Dieta była, ale na pewno nie działało się dla pieniędzy. Z czasem jakieś profity się pojawiły, np. byłam starościną wojewódzkich dożynek, które odbywały się w Złotowie. Pamiętam, że dostaliśmy wtedy talon na kombajn. Nie mieliśmy samochodu i mogliśmy wybrać: talon na poloneza, co było bardzo kuszące, albo talon na kombajn. Wybraliśmy kombajn.

Ale chyba to rozdarcie pomiędzy sięgnięciem po to, co było marzeniem tysięcy Polaków, a przyziemnymi potrzebami gdzieś się pojawiło...


Pewnie tak, ale to nie była taka istotna decyzja. Zresztą później bardzo szybko kupiliśmy samochód. Pomogła nam bardzo wiejska gazeta „Gromada Rolnik Polski”. Do dzisiaj piszemy do siebie z niektórymi redaktorami, bo w czasie przemian ta gazeta przepadła. Z redaktorem naczelnym utrzymuję kontakt, zresztą byliśmy zaprzyjaźnieni z pismem, uważano nas za swoich – szumne słowo – korespondentów. Pisywaliśmy czasem, oni zasięgali naszej opinii w różnych sprawach.

Jak władza zapatrywała się na tę Pani dziennikarską aktywność?


Byliśmy młodymi ludźmi, był w nas zapał, ciągle dążyło się do czegoś więcej i trochę władze nas lansowały. Wie Pani, jak ktoś chciał przyjechać, to było kogo pokazać. Ale nie było tylko pozytywnie, czasami człowiek gdzieś jedno czy dwa słowa za dużo powiedział, napisał, to była to przykrość dla władzy. Ale miałam możliwość wypowiedzenia się przez gazetę i z tego korzystałam. Mogłam powiedzieć to, czego bali się powiedzieć ludzie, którzy byli na stanowiskach i mogli je stracić. Ja nic nie mogłam stracić.
Jak wysoko w partyjnych strukturach udało się Pani zajść?
Najdalej to we władzach powiatowych i gminnych, ale byłam też członkiem wojewódzkiego komitetu i przez jedną kadencję – naczelnego komitetu. Działałam w tym okresie, kiedy było to takie historyczne ważne. Plenum wspólne, PZPR i ZSL w sali kongresowej, uczestniczyłam w tym.

To był dla Pani prestiż, duże – jak na naszą lokalną społeczność – osiągnięcie?

Nie tak to rozumiałam. Czułam się takim jakby posłańcem wsi, jednym z wielu. Uważałam, że mam możliwość przekazania opinii wielu ludzi. Podejrzewam, że tak jak ja myślało, czuło wiele osób, więc mówiłam o tym głośno. Jak byłam w Warszawie to miałam propozycję wejścia do ścisłego grona, do prezydium, ale nie skorzystałam z niej.

Dlaczego nie postawiła Pani na karierę?


Opamiętałam się, że tak powiem. Najczęściej do Warszawy jechało się noc w tamtą stronę, w dzień plenarne posiedzenie i noc z powrotem. To było dość wyczerpujące. Można było nocować, ale nie pozwalałam sobie na to. Ciągnęło mnie do domu, do męża i dzieci. Za każdym razem wyjazd uświadamiał mi, jakie ważne jest dla mnie Franciszkowo, wracałam tu jak na skrzydłach. Zdałam sobie sprawę, że jeśli weszłabym do prezydium, to stałoby się to z wielką szkodą dla mojej rodziny. Pan Bóg zesłał na mnie opamiętanie.

Ale decyzję o rezygnacji niełatwo było podjąć...

Wie Pani, propozycja mi imponowała. Byłam we władzach centralnych w tym okresie, kiedy wybuchł stan wojenny. Kiedy go ogłosili, do drzwi zapukał Pan w mundurze i dostałam zaświadczenie, że, mimo godziny policyjnej, mogę się poruszać bez pozwolenia. Mój mąż jak to przeczytał, usiadł zasmucony i powiedział „co za hańba”. Powiedział, że żebym się mogła zrehabilitować to będę wozić ulotki solidarności (śmiech). Wtedy nie odbierałam tego w ten sposób, że jestem jakimś wrogiem ludu, nie docierało to do mnie. Na pewno nigdy nie byłam wrogiem Polski. Nauczyciele w każdym dziecku szczepili miłość do ojczyzny. Dawniej łatwiej było dzieci chować, bo cały czas były z nami, przy pracy. Wydaje mi się, że wychowanie przez pracę było bardzo dobre. Zawsze mówiłam dzieciom, że jak ktoś jest niegrzeczny to zamykają go w więzieniu i nie pozwalają pracować, a to jest wielka kara. Praca to jest wielka przyjemność, radość.
Kiedy byłam na fali działalności, uczestniczyłam w spotkaniach z ministrami rolnictwa, sekretarzami. Najbardziej w pamięć zapadł mi sekretarz Michałek, bo źle z nami rozmawiał. Pamiętam, że siedział z kalkulatorem – ja wtedy pierwszy raz kalkulator widziałam – i jak żeśmy mu tłumaczyli, że jakieś warunki nie są dobre dla rolników, to on od razu wyliczał i jemu wszystko się zgadzało. Poza tym na Dzień Kobiet zostałam do Gierka zaproszona na kawę. Zapamiętałam go jako zatroskanego losem kraju przywódcę.

Za czym Pani optowała, które sprawy były Pani najbardziej bliskie?

Za postępem. Zawsze mnie to bolało, że jak rodzice zostawiali dziecko na gospodarce, to nie posyłali go do szkoły. Poza tym chciałam, żeby na wsi zmieniły się warunki. W tym czasie nikt nie miał w domu łazienki, no może parę osób, ale jak to tak przyjść z takiej brudnej pracy i się nie wykąpać? Zależało mi też, żeby głos kobiety był słyszalny. W tamtych czasach był jeszcze podział na prace męskie i kobiece. Rzadko się we wsi zdarzył mężczyzna, który pomógł w czymś żonie, a jak się zdarzył to był obśmiewany, bo uważano, że mężczyźnie to nie przystoi. Dzisiaj małżeństwa są partnerskie, dokonał się cywilizacyjny postęp.

W związku z podziałem, o którym Pani mówi, nie było to źle odbierane, że kobieta pcha się tak wysoko?


Pewnie że było. Jeden z gospodarzy nazwał mnie kiedyś zasraną redaktorką. Wtedy zabolało, ale dziś już nie boli, można się spokojnie śmiać.

Z jakich względów wyłączyła się Pani z działalności?

Wiedziałam, że powinnam utrzymywać bliższe kontakty z ludźmi, powinnam mieć dla nich więcej czasu, częściej być w terenie, a nie byłam. Do dzisiaj mam trochę wyrzuty sumienia, że jako członek władz naczelnych nie uczestniczyłam we wszystkich posiedzeniach w Pile i Złotowie. Naprawdę nie starczało mi na to czasu. Przed posiedzeniami plenarnymi przychodziła masa materiałów, starałam się z nimi zapoznawać, ale bywało i tak, że nie otwierałam kopert. Nie lekceważyłam obowiązków, po prostu rodzina była na pierwszym miejscu. Poza tym pewnie nie miałam dużych szans na ponowny wybór, bo nie byłam takim aktywnym członkiem.

Rozmawiając z Panią nie mogę nie zapytać o Renatę Beger – ideały chyba miały Panie podobne...

Nie, pani Beger miała rewolucyjne hasła. W moich czasach wszystko spokojniej się odbywało.

Pani rewolucji nie chciała dokonać?

Nie, nie myślałam w ten sposób, chociaż, jak dzisiaj patrzę na wieś to widzę, że nie wszędzie dobrze się dzieje. Bardzo wielu ludzi ucierpiało na tych ostatnich zmianach. Czasami przypadek decyduje o tym, czy komuś się powiedzie, czy nie. I nawet mając najszczersze intencje nie można przewidzieć przyszłości.

Nie przypuszczała więc pewnie Pani, kiedy przeczytała w „Aktualnościach” dedykowany jej wiersz...


To ja byłam tą dziewczyną, o której mówił Paweł Roński. To była moja pierwsza, wielka miłość. Szkoda, że tak to wszystko się skończyło. Bardzo żałuję, że go skrzywdziłam.

Jak to się stało, że te drogi gdzieś się rozeszły?

Paweł służył w marynarce, długo byliśmy w rozłące, a młody człowiek nie umie czekać. Pamiętam, mieliśmy iść razem na bal maturalny. Czekałam, a Paweł nie dostał wtedy przepustki, nie przyjechał... To chyba była ta kropla, która przelała czarę goryczy. Rozstaliśmy się. Szkoda, że tak to się skończyło, ale byłam później szczęśliwą żoną, miałam wspaniałego męża. Byliśmy bardzo zgodnym małżeństwem.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości