Dzikie zwierze sieje spustoszenie w gospodarstwach domowych. Padają kury i bażanty. Część mieszkańców ul. Jagiełły, którzy borykają się z problemem odnawia hodowle, inni mówią, że dalsze trzymanie kur nie ma sensu
Mieszkańcy ul. Jagiełły w Krajence od dawna muszą liczyć się ze stratami w drobiu. W ostatnich tygodniach sytuacja stała się jednak dramatyczna. Dzikie zwierzę zagryza całe hodowle kur. Część zwierząt wynosi poza zagrody, inne pozostawia martwe.
Hodowlę od zera zmuszeni są rozpocząć państwo Głyżewscy. Dwa tygodnie temu stracili wszystkie kury. Wyjechali na cały dzień. Po powrocie okazało się, że w zagrodzie nie ma nawet jednego żywego ptaka. - Wszędzie było pełno piór - opowiada pani Kazimiera. - Czterech kur i koguta w ogóle nie było, pozostałe leżały zagryzione w zagrodzie. Widok był przerażający. To było coś strasznego, płakać się chciało... - wspomina kobieta. W sumie państwo Głyżewscy stracili dziewięć niosek i koguta. Od kilku dni w zamknięciu hodują młode kurczaki. - Strach wypuszczać je na zewnątrz - przyznają po rozmowach z sąsiadami z ul. Jagiełły.
Witold Stefaniak, który w marcu stracił całe stado danieli, zmuszony był dopisać do tegorocznych strat utratę kury bażanta i kilkunastu młodych. - Tym razem to było z pewnością dzikie zwierzę - opowiada mieszkaniec Jagiełły, który wczesną wiosną, w wyniku zagryzienia przez bezpańskie psy, stracił wszystkie daniele. - Rozpoznaję sierść i trop lisa. W tym wypadku nie ma winnych - dodaje i zapowiada, że nie będzie już hodował drobiu. - To nie ma najmniejszego sensu. Człowiek chodzi koło tego, pielęgnuje. Za bardzo to przeżywam, a siatka to nie jest przeszkoda dla lisa. Witold Stefaniak odważył się natomiast odnowić hodowlę danieli. Na razie ma dwa byczki, jesienią stado ma się powiększyć o łanie. - Coś przecież trzeba robić - dodaje.
Spotkanie z chytrym lisem odnotowali w ostatnim czasie także państwo Siuda. Jednej nocy stracili dziesięć kur, następnej dwie i kolejnej znowu kilka. - Lisy zagryzły nam piętnaście kur - opowiada pani Siuda, przekonując, że nie jeden, a kilka lisów grasuje w okolicy. - Istna plaga jest w tym roku - bezradnie rozkłada ręce. - Winnych nie ma, ale człowiek się denerwuje i liczy straty. Nie możemy się od tych lisów opędzić. Mieszkańcy Jagiełły widują lisy pod lasem. Mówią, że nie boją się ludzi i coraz śmielej poczynają sobie w gospodarstwach. Nie pomagają dodatkowe zabezpieczenia, podwójne siatki. Chytry lis nawet przez oczko siatki potrafi zagryźć koguta. - Mamy już młode kury, będziemy dalej hodować - mówi pani Siuda - dlatego zabezpieczamy się ze wszystkich stron, ale w tym roku to jest coś strasznego - załamuje ręce.
A. Głyżewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze