Reklama

Podglądacz Rembrandta - jak elektryk nie został malarzem

08/08/2017 07:00
Chce pokazać, że jest nieprzeciętny. I zostawić po sobie garść emocji. Po to maluje, od blisko pięćdziesięciu lat

Nigdy nie dostał swetra z reniferem, którego by się wstydził. A i skarpetki z wełny pewnie nie za często sie trafiały. Zwykle na prezent przynoszono mu blok, ołówki i kredki.

Miałem wrodzony talent i rodzice wiedzieli, że trzeba z nim coś robić. Nie mogłem żyć bez malowania

– opowiada. Jako ośmiolatek szkicuje „Bitwę pod Grunwaldem”. Temat zna, bo mama jest nauczycielką plastyki.

Pierwszą dziewczynę kładzie na płótnie w wieku piętnastu lat. Z wyobraźni.

To było nie do pomyślenia w tamtych czasach

– mówi o obrazie z roku 1975. Czterdzieści lat temu nie wyobrażał sobie, by mógł w życiu robić coś innego. Farby, pędzle i sztalugi przesłaniały mu cały świat.

Reklama

Miałem talent

– mówi łamiącym się głosem. Może trochę z emocji, ale też przez wadę wymowy.

W latach siedemdziesiątych nie mógł wiedzieć, że na odkrycie przez władze czekać mu przyjdzie do roku 2017. Przez lata najpierw dużo czytał o malarstwie, a potem wypracowywał własny styl. Szukał półcienia, na wzór Rembrandta.

Nie mam ulubionego jego obrazu, bardziej chodzi mi o jego grę światła i cienia. Ten półmrok wyciągnięty na pierwszy plan

– mówi pokazując na swoje obrazy. Na jednym kaplica zakrzewska. Z 1925 roku, zwieńczona efektownym wielokątem kopuły. W jej miejscu stoi dziś pomnik. Namalował ją ze zdjęcia. Zbieranie starych fotografii to hobby kuzyna – Waldka Wrzeszcza, zapalonego fana Blues Expressu. On też lubi tę imprezę. Namalował nawet wjazd „Pięknej Heleny” na stację w Zakrzewie. Widać nikt go nie uprzedził, że ciuchcia podjedzie tyłem, więc na obrazie stoi na stacji jakby nigdy nic. Obraz już zamówiła Barbara Matysek – Szopińska, dyrektor Domu Polskiego. Nawet pomimo drobnego błędu, który wkradł się na płótno...

Reklama

Pan Wiesław uwiecznia Zakrzewo i jego ducha. Największa impreza w regionie to jeden z jego ulubionych tematów

Malarz od prądu

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych wali mu się świat. Ten rzeczywisty i ten naszkicowany w głowie – nie przyjmują go do Liceum Plastycznego w Bydgoszczy.

Stwierdzili, że to niemożliwe, żeby w tym wieku ktoś tak malował

– twierdzi rozżalony. Po chwili przyznaje jednak, że „coś musiał spieprzyć”. A potem się załamuje. Z odrętwienia wyrywa go elektryczność.

Rodzicom to pasowało, bo na tamte czasy zawód był dużo wart. Tak zostałem elektrykiem – elektromonterem maszyn i urządzeń. Miałem jeszcze szansę pójść do tego liceum w czasie roku, ale nie miałem gdzie się ulokować i odpuściłem. Żałuję do tej pory

Reklama

– opowiada. Z trudem przyznaje, że pracuje w zakładzie drzewnym. Jakby chciał przeprosić, że to tak daleko od sztuki. Elektrykiem był niegdyś w złotowskim Polmo.

Podczas nauki w „zawodówce” nie porzuca obrazów rodzących się w jego głowie. Przeciwnie, przeżywa jakby ich napad. Maluje jak szalony.

Interesowało mnie malarstwo holenderskie, później włoskie. Malowałem i chciałem się pokazać. Tyle, że byłem, nieśmiały i miałem kompleksy, to nie pchałem się na afisz

– twierdzi połykając końcówki słów. Zapewnia jednak, że nieśmiałość jest sprzymierzeńcem artysty.

Reklama

Człowiek ma wówczas lepszą wyobraźnię...

Ten obraz zamówiła dyrektor Domu Polskiego. Chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego

Trzy dni papieża

W czerwcu 2017 roku przeżywa chwile triumfu. Gmina prosi go, by ją reprezentował podczas Jarmarku Krajeńskiego. Nie pokazuje tam wiatraka w stylu Rembrandta, w odcieniach brązu i złota. Obraz z lat 80–tych ozdabia czyjąś ścianę w Holandii.

Poszedł za grosze. Nie wnikam w takie rzeczy jak „za ile”. Sprzedaję, ale nie żądam astronomicznych cen. Nie chcę na siłę zarobić

– zapewnia były członek pilskiego stowarzyszenia plastyków. Należał też do stowarzyszenia sztuk wizualnych w Gdyni.

Reklama

To była porażka. Tam głównie chodziło o naciąganie ludzi, a mi chodzi o to, żeby pokazać, że nie jestem przeciętnym człowiekiem. Chcę coś zostawić po sobie. Trochę swoich odczuć

– podkreśla sięgając po oparte o szafy obrazy. Większość pochodzi z tego roku. Są tam Skrzetuski z Heleną, Kmicic z Oleńką, zakrzewskie kaplice (ta nieistniejąca i ta Matki Boskiej Radosnej) i Dom Polski z lat 70 – tych z dużym fiatem pod oknami.

Żona uważa, że w tym roku za dużo szarżuję. Za bardzo kosztem rodziny. Ale jak chce się coś pokazać…

Reklama

– mówi o miłości do malowania.

O wprawie i talencie.

Portret papieża najpierw naszkicowałem ołówkiem. Potem zrobiłem wszystkie czarne rzeczy, a następnie zabrałem się za kolory. Inni męczą się kilka tygodni, a mi to zajęło trzy dni

– chwali się Janem Pawłem II. W dwóch odsłonach – z początku i końca pontyfikatu.

Wiesław Gabriel zapewnia, że wszystkie jego obrazy są przemyślane. O jednym tylko zdaje się zapominać, że żona nie zgadza się, by obwiesił nimi wszystkie ściany w domu. On sam także pewnie by wolał, aby jego płótna szły w świat.

Reklama

Kiedyś kultura bardziej była w cenie, ale i dzisiaj są ludzie, którzy cenią sztukę i wolą mieć pojedynczy egzemplarz artysty niż litografię ze sklepu w pięknej ramie

– uważa.

A skoro mogą wybrać, to dlaczego nie mieliby sięgnąć po lokalnego artystę?

W naszym rejonie nie ma zbyt wielu ludzi, którzy tworzą

– podkreśla artysta z wieloletnim dorobkiem. Być może wkrótce doczekamy się wystawy jego prac. Może przygotowanej z synem?

Chciałbym bardzo, bo szkice i grafiki Rafał robi wspaniałe. A szkice ołówkiem! Ja się mogę schować

Reklama

– mówi jakby rozumiejąc, że właśnie syn jest tym, co najcenniejszego po sobie zostawi.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości