Nigdy nie dostał swetra z reniferem, którego by się wstydził. A i skarpetki z wełny pewnie nie za często sie trafiały. Zwykle na prezent przynoszono mu blok, ołówki i kredki.
Miałem wrodzony talent i rodzice wiedzieli, że trzeba z nim coś robić. Nie mogłem żyć bez malowania
– opowiada. Jako ośmiolatek szkicuje „Bitwę pod Grunwaldem”. Temat zna, bo mama jest nauczycielką plastyki.
Pierwszą dziewczynę kładzie na płótnie w wieku piętnastu lat. Z wyobraźni.
To było nie do pomyślenia w tamtych czasach
– mówi o obrazie z roku 1975. Czterdzieści lat temu nie wyobrażał sobie, by mógł w życiu robić coś innego. Farby, pędzle i sztalugi przesłaniały mu cały świat.
Miałem talent
– mówi łamiącym się głosem. Może trochę z emocji, ale też przez wadę wymowy.
W latach siedemdziesiątych nie mógł wiedzieć, że na odkrycie przez władze czekać mu przyjdzie do roku 2017. Przez lata najpierw dużo czytał o malarstwie, a potem wypracowywał własny styl. Szukał półcienia, na wzór Rembrandta.
Nie mam ulubionego jego obrazu, bardziej chodzi mi o jego grę światła i cienia. Ten półmrok wyciągnięty na pierwszy plan
– mówi pokazując na swoje obrazy. Na jednym kaplica zakrzewska. Z 1925 roku, zwieńczona efektownym wielokątem kopuły. W jej miejscu stoi dziś pomnik. Namalował ją ze zdjęcia. Zbieranie starych fotografii to hobby kuzyna – Waldka Wrzeszcza, zapalonego fana Blues Expressu. On też lubi tę imprezę. Namalował nawet wjazd „Pięknej Heleny” na stację w Zakrzewie. Widać nikt go nie uprzedził, że ciuchcia podjedzie tyłem, więc na obrazie stoi na stacji jakby nigdy nic. Obraz już zamówiła Barbara Matysek – Szopińska, dyrektor Domu Polskiego. Nawet pomimo drobnego błędu, który wkradł się na płótno...

Pan Wiesław uwiecznia Zakrzewo i jego ducha. Największa impreza w regionie to jeden z jego ulubionych tematów
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych wali mu się świat. Ten rzeczywisty i ten naszkicowany w głowie – nie przyjmują go do Liceum Plastycznego w Bydgoszczy.
Stwierdzili, że to niemożliwe, żeby w tym wieku ktoś tak malował
– twierdzi rozżalony. Po chwili przyznaje jednak, że „coś musiał spieprzyć”. A potem się załamuje. Z odrętwienia wyrywa go elektryczność.
Rodzicom to pasowało, bo na tamte czasy zawód był dużo wart. Tak zostałem elektrykiem – elektromonterem maszyn i urządzeń. Miałem jeszcze szansę pójść do tego liceum w czasie roku, ale nie miałem gdzie się ulokować i odpuściłem. Żałuję do tej pory
Reklama
– opowiada. Z trudem przyznaje, że pracuje w zakładzie drzewnym. Jakby chciał przeprosić, że to tak daleko od sztuki. Elektrykiem był niegdyś w złotowskim Polmo.
Podczas nauki w „zawodówce” nie porzuca obrazów rodzących się w jego głowie. Przeciwnie, przeżywa jakby ich napad. Maluje jak szalony.
Interesowało mnie malarstwo holenderskie, później włoskie. Malowałem i chciałem się pokazać. Tyle, że byłem, nieśmiały i miałem kompleksy, to nie pchałem się na afisz
– twierdzi połykając końcówki słów. Zapewnia jednak, że nieśmiałość jest sprzymierzeńcem artysty.
Człowiek ma wówczas lepszą wyobraźnię...

Ten obraz zamówiła dyrektor Domu Polskiego. Chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego
W czerwcu 2017 roku przeżywa chwile triumfu. Gmina prosi go, by ją reprezentował podczas Jarmarku Krajeńskiego. Nie pokazuje tam wiatraka w stylu Rembrandta, w odcieniach brązu i złota. Obraz z lat 80–tych ozdabia czyjąś ścianę w Holandii.
Poszedł za grosze. Nie wnikam w takie rzeczy jak „za ile”. Sprzedaję, ale nie żądam astronomicznych cen. Nie chcę na siłę zarobić
– zapewnia były członek pilskiego stowarzyszenia plastyków. Należał też do stowarzyszenia sztuk wizualnych w Gdyni.
To była porażka. Tam głównie chodziło o naciąganie ludzi, a mi chodzi o to, żeby pokazać, że nie jestem przeciętnym człowiekiem. Chcę coś zostawić po sobie. Trochę swoich odczuć
– podkreśla sięgając po oparte o szafy obrazy. Większość pochodzi z tego roku. Są tam Skrzetuski z Heleną, Kmicic z Oleńką, zakrzewskie kaplice (ta nieistniejąca i ta Matki Boskiej Radosnej) i Dom Polski z lat 70 – tych z dużym fiatem pod oknami.
Żona uważa, że w tym roku za dużo szarżuję. Za bardzo kosztem rodziny. Ale jak chce się coś pokazać…
Reklama
– mówi o miłości do malowania.
O wprawie i talencie.
Portret papieża najpierw naszkicowałem ołówkiem. Potem zrobiłem wszystkie czarne rzeczy, a następnie zabrałem się za kolory. Inni męczą się kilka tygodni, a mi to zajęło trzy dni
– chwali się Janem Pawłem II. W dwóch odsłonach – z początku i końca pontyfikatu.
Wiesław Gabriel zapewnia, że wszystkie jego obrazy są przemyślane. O jednym tylko zdaje się zapominać, że żona nie zgadza się, by obwiesił nimi wszystkie ściany w domu. On sam także pewnie by wolał, aby jego płótna szły w świat.
Kiedyś kultura bardziej była w cenie, ale i dzisiaj są ludzie, którzy cenią sztukę i wolą mieć pojedynczy egzemplarz artysty niż litografię ze sklepu w pięknej ramie
– uważa.
A skoro mogą wybrać, to dlaczego nie mieliby sięgnąć po lokalnego artystę?
W naszym rejonie nie ma zbyt wielu ludzi, którzy tworzą
– podkreśla artysta z wieloletnim dorobkiem. Być może wkrótce doczekamy się wystawy jego prac. Może przygotowanej z synem?
Chciałbym bardzo, bo szkice i grafiki Rafał robi wspaniałe. A szkice ołówkiem! Ja się mogę schować
Reklama
– mówi jakby rozumiejąc, że właśnie syn jest tym, co najcenniejszego po sobie zostawi.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze