Reklama

Ptasie mleczko

28/10/2012 00:00
Instytucja kultury może się zmagać nie tylko z problemem braku pieniędzy. Zdarzają się bardziej przyziemne, a raczej podniebne kłopoty. - Kiedyś się zdenerwowaliśmy, pozbieraliśmy wszystkie odchody w worek i zanieśliśmy sąsiadowi - mówi Barbara Matysek-Szopińska. Pomogło, ale tylko chwilowo

Dom Polski pięknieje z miesiąca na miesiąc. Cieszą się jego pracownicy, z dumą obiekt mogą oglądać mieszkańcy, jednym słowem: powszechne zadowolenie. To wszystko gdzieś mają jednak okoliczne gołębie, które, mówiąc dosadnie, srają na odnowiony budynek tak samo, jak rąbały na niego wcześniej, zanim w murach wstawiono nowe okna, na dachy trafiły nowe dachówki, a ściany pokryła nowa elewacja. Dyrekcja i pracownicy mają już dość. Sęk w tym, że dość nie mają ptaki, które nie chcą się wyprowadzić i przestać z góry traktować instytucję kultury. Tradycyjnie za wszystkim stoi oczywiście człowiek, po sąsiedzku mieszkający starszy pan, który od dziesięcioleci hoduje gołębie i na apele o rozwiązanie problemu mówi: a czy to moje? To dzikie. Łapcie, jak chcecie.



Zaprawa, kolory, wstyd

Dopóki w odnowienie budynku nie zainwestowano setek tysięcy złotych, dyrekcja specjalnie się nie awanturowała, choć przyznaje, że problem z ptasim mleczkiem był zawsze. – Kiedyś się zdenerwowaliśmy, pozbieraliśmy wszystkie odchody w worek i zanieśliśmy sąsiadowi – mówi Barbara Matysek-Szopińska. Przez jakiś czas był spokój, ale od wiosny problem zaczął się od nowa. – Co mamy z tym zrobić? – pyta bezradnie Henryk Szopiński. Małżeństwo przyznaje, że gołębie latają samopas, rozmnażanie w gołębniku raczej kontrolowane nie jest, a że karmione są wszystkie, to i obcych przylatuje coraz więcej. – Nikt tego nie kontroluje – mówi dyrektor Szopińska. Efekt jest taki, że dachy, daszki, parapety, polbruk, jednym słowem wszystko, co znajduje się na terenie Domu Polskiego, jest oznaczone: albo białymi zaciekami, albo zieloną substancją, zebraną w przeróżne kształty na niemal każdej poziomej, skośnej, a nawet pionowej powierzchni. Szopińscy przyznają, że kiedyś gołębi było więcej, ale nie ma to większego znaczenia, bo dzisiaj, przy mniejszej ich ilości, i tak brudne jest niemal wszystko. Problem dostrzegają nie tylko oni, ale też goście zamieszkujący gościnne progi ulokowanych na poddaszu pokoi – pierwsze, co widzą za oknem, to usmarowany parapet. Usmarowany do tego stopnia, że na niejednym, a przecież wciąż nowym, schodzi już farba, a gdy jeszcze ciepło i zaprawa do tego świeża, zapachy do najświeższych nie należą. Jednym słowem - wstyd.
[[reklama]]
W stolicy też są

Sąsiad miał niby podpowiedzieć rozwiązanie: montaż specjalnych siatek; dyrekcja spróbowała ze specjalistycznymi kolcami, to niby jeszcze skuteczniejsze, ale tylko niby. Poza tym to drogie rozwiązanie, a więc znowu kupa, tyle że kasy, no i kto miałby cały dach kolcować, aby skuteczniejszą uczynić tę śmierdzącą walkę z ptakami? Państwo Szopińscy przekonani są, że to jedynie problem z niesfornym właścicielem gołębnika, bo obok swojego domu też mają sąsiada-miłośnika pocztowców, ale tam problemu odchodów nie ma. – Widać, jak komuś zależy, można to opanować – mówi bezradna pani Barbara.



[[nowa_strona]]



I my byliśmy u sąsiada i również usłyszeliśmy starą śpiewkę: a czy to moje? To dzikie. Łapcie, jak chcecie. Miły pan z dumą oznajmił, że gołębie hoduje od 60 lat i nie zamierza z tą niezwykłą pasją kończyć. Gołębi ma wszak obecnie mniej, sam zresztą nie wie, ile (może dwadzieścia – mówi po chwili zastanowienia), a jak karmi, to rzeczywiście zlatują się obce (które pory obiadu wyczekują nawet z kościelnej wieży), ale nie ma zamiaru ich odganiać. Sąsiad przyznaje, że gołębnika nie zamyka, co sugeruje, że wewnątrz rzeczywiście może panować wolna amerykanka. Jakie widzi zatem w tej sytuacji rozwiązanie? – Nie wiem, ja ich nie wystrzelam, truć też ich nie będę – oznajmia. Nikt nie mówi przecież o tak drastycznych rozwiązaniach – wyjaśniamy, dodając, że chodzi jedynie o kontrolę nad umiłowanym ptactwem. – A jak? – pyta nas w odpowiedzi. My nie wiemy, wszak gołębiarstwem się nie zajmujemy... – zagadujemy, na co w odpowiedzi słyszymy, że w Poznaniu, Krakowie i Warszawie też tysiące gołębi lata, a nawet po rynkach chodzi, rozdając mleczko na lewo i prawo, i tam nikomu to jakoś nie przeszkadza...

O zdanie w tej sprawie i możliwość rozwiązania problemu, zapytaliśmy hodowcę gołębi i prawnika. – Wielkiej filozofii tu nie ma – mówi Zbigniew Stelmach, hodowca ze Złotowa, dodając, że sąsiad powinien karmić swoje gołębie w zamknięciu, wtedy obce odzwyczają się od karmienia i nie będą się zlatywać. – Kiedy gołębie są pilnowane, nie pozostawia się sprawy samopas, nie ma z nimi problemu – zapewnia hodowca.
[[reklama]]
Radca prawny zakrzewskiego urzędu Paweł Tabor wyjaśnia, że w tej sytuacji można przyjąć dwa tryby postępowania: w oparciu o regulamin porządku i czystości w gminie (jeżeli kwestie dotyczące hodowli gołębi są w nim zawarte) – wtedy sąsiadowi może grozić mandat za wykroczenie; a także na drodze postępowania cywilnego przed sądem.




Piotr Steffen
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości