Instytucja kultury może się zmagać nie tylko z problemem braku pieniędzy. Zdarzają się bardziej przyziemne, a raczej podniebne kłopoty. - Kiedyś się zdenerwowaliśmy, pozbieraliśmy wszystkie odchody w worek i zanieśliśmy sąsiadowi - mówi Barbara Matysek-Szopińska. Pomogło, ale tylko chwilowo
Dom Polski pięknieje z miesiąca na miesiąc. Cieszą się jego pracownicy, z dumą obiekt mogą oglądać mieszkańcy, jednym słowem: powszechne zadowolenie. To wszystko gdzieś mają jednak okoliczne gołębie, które, mówiąc dosadnie, srają na odnowiony budynek tak samo, jak rąbały na niego wcześniej, zanim w murach wstawiono nowe okna, na dachy trafiły nowe dachówki, a ściany pokryła nowa elewacja. Dyrekcja i pracownicy mają już dość. Sęk w tym, że dość nie mają ptaki, które nie chcą się wyprowadzić i przestać z góry traktować instytucję kultury. Tradycyjnie za wszystkim stoi oczywiście człowiek, po sąsiedzku mieszkający starszy pan, który od dziesięcioleci hoduje gołębie i na apele o rozwiązanie problemu mówi: a czy to moje? To dzikie. Łapcie, jak chcecie.
Zaprawa, kolory, wstyd
Dopóki w odnowienie budynku nie zainwestowano setek tysięcy złotych, dyrekcja specjalnie się nie awanturowała, choć przyznaje, że problem z ptasim mleczkiem był zawsze. – Kiedyś się zdenerwowaliśmy, pozbieraliśmy wszystkie odchody w worek i zanieśliśmy sąsiadowi – mówi Barbara Matysek-Szopińska. Przez jakiś czas był spokój, ale od wiosny problem zaczął się od nowa. – Co mamy z tym zrobić? – pyta bezradnie Henryk Szopiński. Małżeństwo przyznaje, że gołębie latają samopas, rozmnażanie w gołębniku raczej kontrolowane nie jest, a że karmione są wszystkie, to i obcych przylatuje coraz więcej. – Nikt tego nie kontroluje – mówi dyrektor Szopińska. Efekt jest taki, że dachy, daszki, parapety, polbruk, jednym słowem wszystko, co znajduje się na terenie Domu Polskiego, jest oznaczone: albo białymi zaciekami, albo zieloną substancją, zebraną w przeróżne kształty na niemal każdej poziomej, skośnej, a nawet pionowej powierzchni. Szopińscy przyznają, że kiedyś gołębi było więcej, ale nie ma to większego znaczenia, bo dzisiaj, przy mniejszej ich ilości, i tak brudne jest niemal wszystko. Problem dostrzegają nie tylko oni, ale też goście zamieszkujący gościnne progi ulokowanych na poddaszu pokoi – pierwsze, co widzą za oknem, to usmarowany parapet. Usmarowany do tego stopnia, że na niejednym, a przecież wciąż nowym, schodzi już farba, a gdy jeszcze ciepło i zaprawa do tego świeża, zapachy do najświeższych nie należą. Jednym słowem - wstyd. [[reklama]] W stolicy też są
Sąsiad miał niby podpowiedzieć rozwiązanie: montaż specjalnych siatek; dyrekcja spróbowała ze specjalistycznymi kolcami, to niby jeszcze skuteczniejsze, ale tylko niby. Poza tym to drogie rozwiązanie, a więc znowu kupa, tyle że kasy, no i kto miałby cały dach kolcować, aby skuteczniejszą uczynić tę śmierdzącą walkę z ptakami? Państwo Szopińscy przekonani są, że to jedynie problem z niesfornym właścicielem gołębnika, bo obok swojego domu też mają sąsiada-miłośnika pocztowców, ale tam problemu odchodów nie ma. – Widać, jak komuś zależy, można to opanować – mówi bezradna pani Barbara.
[[nowa_strona]]
I my byliśmy u sąsiada i również usłyszeliśmy starą śpiewkę: a czy to moje? To dzikie. Łapcie, jak chcecie. Miły pan z dumą oznajmił, że gołębie hoduje od 60 lat i nie zamierza z tą niezwykłą pasją kończyć. Gołębi ma wszak obecnie mniej, sam zresztą nie wie, ile (może dwadzieścia – mówi po chwili zastanowienia), a jak karmi, to rzeczywiście zlatują się obce (które pory obiadu wyczekują nawet z kościelnej wieży), ale nie ma zamiaru ich odganiać. Sąsiad przyznaje, że gołębnika nie zamyka, co sugeruje, że wewnątrz rzeczywiście może panować wolna amerykanka. Jakie widzi zatem w tej sytuacji rozwiązanie? – Nie wiem, ja ich nie wystrzelam, truć też ich nie będę – oznajmia. Nikt nie mówi przecież o tak drastycznych rozwiązaniach – wyjaśniamy, dodając, że chodzi jedynie o kontrolę nad umiłowanym ptactwem. – A jak? – pyta nas w odpowiedzi. My nie wiemy, wszak gołębiarstwem się nie zajmujemy... – zagadujemy, na co w odpowiedzi słyszymy, że w Poznaniu, Krakowie i Warszawie też tysiące gołębi lata, a nawet po rynkach chodzi, rozdając mleczko na lewo i prawo, i tam nikomu to jakoś nie przeszkadza...
O zdanie w tej sprawie i możliwość rozwiązania problemu, zapytaliśmy hodowcę gołębi i prawnika. – Wielkiej filozofii tu nie ma – mówi Zbigniew Stelmach, hodowca ze Złotowa, dodając, że sąsiad powinien karmić swoje gołębie w zamknięciu, wtedy obce odzwyczają się od karmienia i nie będą się zlatywać. – Kiedy gołębie są pilnowane, nie pozostawia się sprawy samopas, nie ma z nimi problemu – zapewnia hodowca. [[reklama]] Radca prawny zakrzewskiego urzędu Paweł Tabor wyjaśnia, że w tej sytuacji można przyjąć dwa tryby postępowania: w oparciu o regulamin porządku i czystości w gminie (jeżeli kwestie dotyczące hodowli gołębi są w nim zawarte) – wtedy sąsiadowi może grozić mandat za wykroczenie; a także na drodze postępowania cywilnego przed sądem.
Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze