Nie ukrywa, że obecny burmistrz nie jest włodarzem z jego bajki. Otwarcie mówi o równych i równiejszych petentach urzędu miejskiego i braku zwykłej życzliwości w stosunku do mieszkańców. Rozmowa z wiceprzewodniczącym rady Robertem Biskupiakiem
Ta kadencja rady jest szczególna pod względem ilości i kosztowności inwestycji. Ma Pan poczucie, że wszystkie decyzje finansowe, które podjęliście jako radni, są słuszne?
Jestem przekonany co do słuszności budowy sieci kanalizacji sanitarnej i deszczowej, natomiast nadal nie jestem do końca przekonany do rewitalizacji rynków w Łobżenicy. Wydamy na to mnóstwo pieniędzy, a jest to bardziej sprawa estetyki niż rzeczywistych potrzeb mieszkańców gminy. Są jeszcze drogi na osiedlach i wiejskie drogi, to w moim mniemaniu bardziej palące potrzeby. Popatrzmy na stan naszych dróg, stan lokali komunalnych. Rewitalizacja rynków przypomina, przepraszam za to porównanie, pudrowanie noska w sytuacji kiedy mamy dziurawe gacie. Co do rewitalizacji wieży ciśnień - była grupa, która naciskała, aby ją odrestaurować. Wielu mieszkańców twierdzi, że poszło na to dużo pieniędzy, które mogły być wydane na inne cele.
A Pana zdaniem?
Mamy problem z głowy, co prawda za o wiele większe pieniądze niż to zaprezentowano radzie podczas uchwalania budżetu na inwestycje. Prawdą jest, że prędzej czy później musielibyśmy to zrobić, a nie wiadomo jak długo wieża jeszcze by stała. Skoro jest już zrobiona, to dobrze. Teraz jest problem, jak ją wykorzystać. Niestety mamy więcej takich inwestycji. Najpierw coś robimy, a potem nie wiemy, jak to wykorzystać. Podobnie było z internatem, który gmina kupiła od starostwa, a teraz próbuje sprzedać z marnym skutkiem. Miało nie być problemu z jego zagospodarowaniem, to miała być okazja, jak mówił burmistrz, a mamy kolejny problem.
Skoro rozmawiamy o internacie. Pamiętam oficjalne rozmowy na sesjach o tym, że jest kupiec na internat i że jest to konkurencyjny dla Banku Spółdzielczego, w którym Pan pracuje, bank. Rada nie dała wtedy zgody na sprzedaż budynku. Pan również nie chciał go sprzedać. Nie ma Pan poczucia, że w tej sytuacji życie zawodowe pomieszało się z mandatem radnego?
Nie sądzę. Uważam, że dobra była inicjatywa radnego Tomasza Kupczyka utworzenia w budynku mieszkań komunalnych. Lokatorzy mieliby sami sobie je wyremontować, a potem gmina zwracałaby im poniesiony koszt w czynszu. Proszę sprawdzić, jak długa jest lista oczekujących na mieszkania.
Ten pomysł pojawił się, ale szybko temat ucichł. Dlaczego?
Na pewno znalazłaby się grupa ludzi, która chciałaby takie mieszkania przejąć, jedna rodzina sama mi to zakomunikowała, była również w urzędzie. Niestety temat skończył się na interpelacji radnego, jak to często u nas bywa.
To jest małe środowisko. Sytuacja z konkurencyjnym bankiem pokazała, że niełatwo być radnym. Poza tym ludzie często wytykają wam błędy, niedociągnięcia, fora internetowe grzeją się do czerwoności. Ma Pan jeszcze zapał do tej pracy?
Powiem szczerze, że przed pierwszą kadencją zupełnie inaczej to sobie wyobrażałem. Nie spodziewałem się, że to będzie przyjemna służba, miałem jednak nadzieję, że to wszystko pójdzie jakoś sprawniej, że bardziej realna będzie możliwość regulacji i zmian wprowadzanych przez władzę uchwałodawczą. Coraz bardziej przekonuję się do pomysłu PiSu, aby wprowadzić kadencyjność dla burmistrzów, prezydentów miast. Tworzą się kliki, narastają jakieś powiązania i układy. To w kraju widać. Czasami przypomina mi to jakiś film Bareji. Niektórzy zapominają, że praca w samorządzie to w zasadzie służba. Służmy ludziom. Dlaczego nie pomóc właścicielom sklepów na ulicy Złotowskiej? Mówię tu o panu Łukaszczyku, Podgórskim i kilku innych. Najszersza ulica w mieście, a stawia się znak zakazu zatrzymywania i postoju! Po tylu latach utrudnia się życie klientom, nie ma w mieście miejsc parkingowych, parkowanie przez klientów na kilka minut, na czas zakupów, odciążało rynek. Nie chodzi mi o interes handlowców (choć to oni właśnie płacą dla gminy wysokie podatki), chodzi o wygodę mieszkańców i zdrowy rozsądek. Czasami brakuje zwykłej życzliwości. [[nowa_strona]]
Drugi przykład to mieszkania w gminnym bloku na ul. Złotowskiej, które mają być wystawione na sprzedaż. Budynek znajduje się w opłakanym stanie, nie remontowany w zasadzie od dziesięcioleci (połatanie dachu trudno nazwać remontem). Teraz gmina za jednym zamachem próbuje pozbyć się problemu i jednocześnie zarobić. 2.200 zł za m2 tego budynku, to kpina z lokatorów. Budynek wymaga ocieplenia i remontu dachu.
Radzie trudno jest coś przeforsować?
Różnie to bywa. Zadowolony jestem z tego, że znalazły się pieniądze na wsparcie naszych biegaczy, tutaj pan burmistrz bardzo pomógł. Remontowane są szkoły, za chwilę będą drogi na osiedlach. To bardzo cieszy. Wykorzystano urodzaj programów unijnych, tak łatwo dostępnych w ostatnich latach. Trudno jednak wpłynąć radzie na decyzje pana burmistrza dotyczące funkcjonowania urzędu, tutaj my radni (przynajmniej ich część) czujemy się jak byśmy walili głową w mur. Od dłuższego czasu np. bulwersuje mnie sprawa z zaświadczeniami wydawanymi w Urzędzie Miejskim przez pana Hektusa. Część ludzi dostaje je wcześniej, inni czekają miesiącami na papierek i rezygnują z inwestycji. Znam ludzi, którzy próbowali załatwić potrzebną dokumentację na rozbudowę domu w naszym urzędzie tak, że w końcu pojechali do Piły i tam załatwili wszystko od ręki. Kolega zrezygnował z rozbudowy garażu, nie wspominając już o Malwie i zaświadczeniach wystawianych w związku z tą sprawą. Ludzie narzekają, pan burmistrz o tym wie. Proszę porozmawiać z panem Markiem Grzeszczukiem z Topoli, zrozumie pani, o czym mówię.
To znaczy, że petenci są równi i równiejsi?
Nie wiem, czy równi i równiejsi, ale niektórzy potrafią pewną sprawę załatwić szybciej, inni nie. W społeczeństwie różne opinie krążą. Słucham tylko, co ludzie mówią.
A propos mówienia. Mieszkańcy gminy Łobżenica, co widać również na sesjach, lubią dużo mówić i długo. A jak jest z działaniem?
Często go nie ma. Przewija się dużo pustych słów i niepotrzebnych gestów, trudności pojawiają się, gdy pora na zamianę słów w czyny. Ale to moja opinia, przedkładam czyny nad często niepotrzebne słowa. Społeczeństwo zauważa, że bardzo kiepski jest nadzór gminy na etapie projektowania. Choćby przypadek przepompowni, którą zbudowano na wjeździe do budynku kolejowego, blokując wjazd mieszkańcom. Mam wrażenie, że to projektowanie odbywa się zza biurka, bez wizji lokalnej i przystosowania papierów do rzeczywistości, a obowiązkiem gminy jest kontrola tego projektowania. Cieszę się, że pozyskaliśmy środki unijne, że możemy realizować kosztowne inwestycje, ale właśnie takie niedociągnięcia psują obraz naszej gminy. A szkoda.
Z drugiej jednak strony jeśli już proponowane są konkretne rozwiązania, jak choćby likwidacja szkoły, napotykają one na duży opór i szeroką dyskusję, która do niczego nie prowadzi. Pan również nie zagłosował za zamknięciem szkoły w Luchowie, na przekór burmistrzowi?
To był taki pstryczek, ale przemyślałem wcześniej sprawę. Rozmawiałem z ludźmi. Nie tak powinno się odbywać zamykanie szkoły. Delikatniej.
[[nowa_strona]] Co będzie ze szkołą?
Myślę, że w przyszłym roku ją pewnie zamkną. A może nie?
Będzie Pan ubiegał się o kolejną kadencję?
Zastanawiam się, czy startować na radnego. Ręce czasami opadają i powiem szczerze, o czym zresztą obecny burmistrz wie, nie wiem, czy chciałbym pracować dalej jako radny właśnie z tym burmistrzem. Myślę, że czas na zmiany. Mamy demokrację, takie mam zdanie i mam do tego prawo. W zasadzie raczej wykluczyłem swoje ubieganie się o fotel burmistrza, ale chętnie poparłbym kogoś innego, np. Piotra Łososia. Ostatnio dużo o tym myślę.
To rozumiem, że nie namawiałby pan Eugeniusza Cerlaka na kolejną kadencję?
Nie.
Dlaczego?
Myślę, że już wystarczy…
Rozmawiała Agnieszka Głyżewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze