Reklama

Ryszard Sikora: Odchodzę z podniesioną głową

10/11/2018 18:00

Ryszard Sikora zapisał się w historii Jastrowia. Czym? Jak? Kiedy? Na te pytania odpowiada sam zainteresowany.

Moja noga nigdy więcej w Jastrowiu nie postanie! – naprawdę powiedział Pan tak po maturze?
W 1964 roku, po skończeniu szkoły podstawowej, miałem pomagać w gospodarstwie. Mieliśmy siedmiohektarowe gospodarstwo w Różewie i rodzice nie myśleli o mojej edukacji. Ojciec prenumerował gazetę „Gromada. Rolnik polski”, którą lubiłem czytać. Tam było ogłoszenie o naborze do szkoły w Jastrowiu. Wysłałem dokumenty, rodzice nawet nie wiedzieli. Za kilka dni przyszła informacja, że mam przyjechać na egzaminy. Poprosiłem mamę o 20 zł na bilet z Wałcza i z powrotem. Dostałem się, skończyłem, a po maturze tak powiedziałem: moja noga więcej w Jastrowiu nie postanie. Tu były kocie łby, brud, bałagan...

A jednak 1 stycznia 1982 roku został Pan zastępcą naczelnika gminy i miasta Jastrowie.
Ówczesny wojewoda pilski zaproponował dziś już śp. Józefowi Wrzołkowi, mojemu dyrektorowi Technikum Mechanizacji Rolnictwa, stanowisko naczelnika a on mi fotel zastępcy. Ja byłem wówczas zastępcą dyrektora Spółdzielni Kółek Rolniczych w Jastrowiu. Zacny dyrektor i ja, uczeń, stworzyliśmy tę kierowniczą parę.

Reklama

Kilka miesięcy później jednak cały ciężar władzy spadł na Pana barki.
W sierpniu zginął tragicznie 17–letni syn pan Wrzołka. Pan Józef się załamał. Od tego czasu zarządzałem całą gminą, choć początkowo miałem zajmować się sprawami rolnictwa.

Bał się Pan tej odpowiedzialności?
Tak, dlatego nie chciałem zostać naczelnikiem. To były trudne czasy, kiedy trzeba było dzielić buty, cukier, benzynę, wapno, nawozy, maszyny rolnicze, a każdy podział budzi wiele kontrowersji. Jeden ciągnik na kwartał, a czekało stu rolników. Bałem się też tych starych wyjadaczy, dyrektorów firm. A ja byłem, z przeproszeniem, gówniarz i miałem nimi w jakiś sposób rządzić.

Reklama

Co Pana przekonało do podjęcia tego wyzwania?
Miałem zacnego przewodniczącego Rady Narodowej Miasta i Gminy Jastrowie – śp. Tadeusza Gawrysiaka. To on namówił mnie na objęcie tego stanowiska. Obiecał, że będzie mnie bronić i wspierać. Na jego pogrzebie, gdy byłem już burmistrzem, powiedziałem: panie Tadeuszu, był pan moim drugim ojcem.

Widać miał Pan szczęście do mentorów.
Miałem szczęście do ludzi w ogóle. Zawsze wyznawałem zasadę, że moje nie musi być u góry. Z wieloma rzeczami się nie zgadzałem, ale je przemilczałem, byłem trochę dyplomatą. 29 lat uchować się na tym stanowisku to coś mówi. Nigdy z nikim nie przegrałem. I już nie przegram, bo w powiecie też już nie startowałem.

Reklama

Jak się pracowało z 45 radnymi, bo tylu kiedyś liczyła rada narodowa?
Dzisiaj samorządy decydują o wielu rzeczach same, a wtedy, w latach 80–tych, ci radni niewiele mogli. Budżet dla gminy dzielił wojewoda i wojewódzka komisja planowania. Wojewoda dawał pieniądze na wypłaty, energię itd. Tam trzeba było wybłagać, żeby dla Jastrowia wpisali np. budowę wodociągu. W 1980 lub 1981 roku Jastrowie zostało wicemistrzem gospodarności i otrzymało nagrodę finansową – 6,2 mln złotych. To był pierwszy przejaw demokracji w radzie narodowej – radni decydowali, czy robić żłobek na terenie obecnego targowiska, czy dom przedpogrzebowy.

Wybrali to drugie zadanie.
Przy każdym pogrzebie kondukt żałobny szedł z kościoła drogą krajową na cmentarz, co powodowało zator w mieście i niebezpieczeństwo dla ludzi. Zdecydowano się na dom przedpogrzebowy, który jako naczelnik zacząłem budować. Nie było materiałów, ale Jacek Ździabek, dyrektor Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Jastrowiu, namówił kolegę, dyrektora Metalplastu w Obornikach, by ten dom wybudował. Nie było wtedy ani materiałów, ani przetargów, po prostu szukało się wykonawcy i już. Budynek ten oddaliśmy 29 listopada 1983 roku, była wtedy wielka uroczystość.

Reklama

Centralne sterowanie zdejmowało z Pana sporą część ciężaru związanego z zarządzaniem miastem, prawda?
Gdyby był towar dostępny tak jak dziś, to byłoby łatwe życie, tymczasem gdy dostaliśmy 10 par butów, to musiałem je dzielić między ludzi przez opiekę społeczną...

Miał Pan jednak wymówkę. Mógł Pan powiedzieć, że centrala nie dała.
Mogłem, ale ludzie od naczelnika oczekiwali walki z tą centralą. Miał się upominać, jeździć i zabiegać. To były trudne, ale ciekawe czasy.

Bał się Pan zmiany ustrojowej, która nastąpiła w roku 1989? Nie mógł Pan już rządzić miastem z nadania.
Nie bałem się. Byliśmy zadowoleni z radnymi, bo czytaliśmy, że będziemy mieć własny budżet i sami będziemy podejmować decyzje. Poza tym liczba radnych zmniejszyła się o połowę i ludzie zajęli się konkretnymi sprawami. Gminą zarządzał zarząd z burmistrzem, który spotykał się co czwartek o 16:00 i omawiał sprawy. Mało tego, my wtedy tworzyliśmy nową rzeczywistość gminy, nowe zakłady budżetowe. Pomoc społeczną przeniosłem do wyremontowanego starego ośrodka zdrowia, zrobiłem dzienny dom pomocy społecznej (chodziło o wydawanie ciepłych posiłków potrzebującym), Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, Zakład Energetyki Cieplnej, Wodociągów i Kanalizacji, Ośrodek Kultury.

Reklama

Musiał Pan jednak stanąć do wyborów. To, że był Pan naczelnikiem dawało Panu bonus na starcie?
Za komuny rządziło PZPR, ZSL, SD. Robili zebrania i chlast naczelnikowi na biurko wniosków – tu droga, tam chodnik. Ojców sukcesu było wielu, a do roboty był tylko naczelnik. W 1990 wszystko się zmieniło. Wybrano 22 radnych w Jastrowiu, a oni burmistrza. W pierwszej kadencji miałem silnego konkurenta – Zbigniewa Gajdę, ale radni stosunkiem 13 do 7 (2 było nieobecnych lub ich głosy były nieważne, nie pamiętam) postawili na mnie. Później też wygrywałem wyraźnie, raz 19:1.

Jak budował Pan tę koalicję?
Dobrze żyłem z ludźmi na co dzień. Niczego nie budowałem, raczej z ludźmi rozmawiałem, wysłuchiwałem ich, podawałem rękę. Gdy ktoś przyszedł do gabinetu, to zanim się odezwał kazałem mu usiąść. Spokojnie zapisałem, poradziłem i jeżeli coś obiecałem, to nie zdarzyło mi się, żebym tego nie dotrzymał. A jeśli stało się coś, co uniemożliwiło mi dotrzymanie słowa, to jechałem do człowieka lub zapraszałem go na kawę i przepraszałem.

Reklama

Nie dotrzymał Pan słowa w sprawie wykonania odwiertów przy wysypisku śmieci. Badanie miało wykazać, czy odcieki ze składowiska dostają się do wody pitnej.
Wierzyłem geologowi wojewódzkiemu, który uznał w dokumentach, że odwierty są niepotrzebne. Że warstwa iłu jest tak gruba. Nie znam się na tym, zawierzyłem fachowcowi, a ten geolog był na sesjach i to tłumaczył. I nic się tam nie stało. A przecież byłem pierwszym w powiecie, który zlikwidował wysypisko śmieci w gminie. Woziliśmy śmieci do Złotowa, teraz wożone są do Piły.

Gdy nastała demokracja w mieście nie było nawet sieci wodociągowej.
Na każdej posesji była studnia, a obok szambo. Co chwilę sanepid zamykał te ujęcia, bo to wszystko było nieszczelne. Dlatego naszym pierwszym celem było wodociągowanie miasta. Przejęliśmy ujęcia popegeerowskie i po KBK, i budowaliśmy sieć. Na Brzeźnicy kolonii trzy lata robiłem wodę, bo dom od domu jest znacznie oddalony – 11 km sieci tam powstało. Wodociągowałem niemal wszystkie wsie, nie zdążyłem tylko w Budach, bo były wybory i odszedłem, ale zostawiłem dokumentację i Piotr Wojtiuk to dokończył.

Reklama

Podobnie było z kanalizacją.
Budowaliśmy ją, bo taka była konieczność. Wszystkie inwestycje szły pod ziemię, później jeszcze sieć gazowa, więc naszych działań nie było widać i o tym ludzie nie pamiętają. A to jest podstawa funkcjonowania miasta, firm, ludzi. Na początku lat 90–tych w Jastrowiu były jeszcze wychodki na dworze! To się w głowie nie mieści.

Gmina przejęła także szkoły. Do dziś to jedno z najważniejszych zadań samorządu.
A wie pan, że szkoła nr 1 by mi się zawaliła? Gdy byłem naczelnikiem, to szkoły podlegały kuratorowi, więc gdy je przejęliśmy pierwszy raz zaszedłem tam z inspektor oświaty Romualdą Pietrzak. Dzieci siedziały w klasie, a na środku sali stały trzy słupy i podpierały strop. Boże święty! Na drugi dzień zamknęliśmy ten obiekt, dzieci uczyły się w świetlicy przy zakładach rowerowych i remizie strażackiej do godziny 18:00, a my pół tej szkoły rozebraliśmy. Do fundamentów! Okna robił zakład stolarski ze Szczecinka, opóźnili prace o 3 miesiące, krzywe je zrobili… Gdybym napisał o tym książkę…
Mówię to z uśmiechem i poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, że te 29 lat nie były zmarnowane dla miasta. Dla ludzi przede wszystkim.

Reklama

Wspominał Pan także o przebudowie wiaduktu kolejowego.
Ten wiadukt jest przystosowany na drugi tor, są tam nawet przyczółki. Ile tam zginęło osób! Bo on miał kształt eski i jadący od Piły zamiast skręcać, uderzali w ten przyczółek. Gdy zginał tam 29–letni pracownik domu kultury, podjąłem nadludzkie wysiłki,  by ten obiekt przebudować. Gdzie ja nie jeździłem, czego nie robiłem, ale skutecznie.

Wolne wybory zmieniły to, że pojawiła się opozycja w radzie. Na przykład obecny burmistrz Piotr Wojtiuk.
Zaczęła się walka o władzę. Radni nie zawsze akceptowali moje pomysły na inwestycje na wsiach, oni bardziej woleli dbać o miasto, a ja chciałem dbać równo o wszystkich. To normalny objaw walki o władzę. W wyborach miałem więc czterech czy nawet pięciu kontrkandydatów. Nie chodziłem po ludziach, a oni na mnie głosowali.

Reklama

Jest Pan typem wojownika, którego mobilizuje konkurencja?
Zawsze byłem sobą, nie robiłem niczego przed wyborami pod publikę. Bycie naczelnikiem, a potem burmistrzem to mój sukces, wielki życiowy sukces. I zaszczyt.

Pytanie, czy ktoś będący tak długo jak Pan burmistrzem nie spoczywa na laurach. Tłustemu kotu nie chce się polować...
Aż tak to nie. Robiłem przecież spotkania przedwyborcze, np. przy okazji drugiej tury wyborów z Jadwigą Harbuzińską–Turek, moją obecną sąsiadką.

Przez tych 29 lat pracy na najwyższym stanowisku w gminie miał Pan chwile zwątpienia? Chciał Pan rezygnować?
Kiedyś, chyba w 2006 roku, pana szefowi powiedziałem, że po tylu latach już nic innego nie umiem robić. Kiedyś też radny Jerzy Podmokły powiedział, że my, wójtowie, burmistrzowie będący długo na stanowiskach, powinniśmy założyć firmy i tam się wykazać. A wie pan, ja tak przesiąkłem tym burmistrzowaniem, zżyłem się z miastem i jego mieszkańcami, że żałowałem, że w 2010 roku odpuściłem i nie wystartowałem w wyborach na burmistrza. Dotąd były narady, sesje, wyjazdy, interesanci, a tu nagle przyszła cisza.

Reklama

Mówi Pan o tym jak o zespole odstawienia...
Brakowało mi ludzi, rozmów, spraw do rozwiązania. Dobrze, że zostałem radnym powiatowym, choć to było nic w stosunku do zajęć burmistrza.

Do Rady Powiatu Złotowskiego wystartował Pan, by wciąż mieć kontakt z samorządem?
Byłem zżyty z samorządem i samorządowcami, byłem radnym powiatowym w pierwszej kadencji powiatu, chciałem więc nadal mieć kontakt z ludźmi. Tyle że kończę tę przygodę z wielkim niedosytem, po tych 37 latach. Jeśli chodzi o radę powiatu to odchodzę niespełniony.

Starosta Ryszard Goławski obiecał Panu budowę chodnika do Zagórza w tym roku, ale słowa nie dotrzymał.
Mam to na piśmie.

Wcześniej jednak, przez kilka lat zasiadania w Radzie Powiatu Złotowskiego, popierał Pan działania starosty, bronił go.
Z wieloma rzeczami się nie zgadzałem, ale byłem w koalicji, więc starałem się być lojalny. Jeśli coś miałem do powiedzenia m.in. w sprawie tego chodnika, to mówiłem poza sesją i komisją. Chodziłem do starosty, a on mówił: dobra, Ryszard, zrobimy.

Ta lojalność była za coś.
Okazało się, że za nic. Nie powiem, że w Jastrowiu przez te osiem lat, gdy byłem radnym, niczego nie zrobiono (najważniejsza ta sala gimnastyczna niedawno oddana), ale zabolało mnie i boli do tej pory, że nie zrobiono tych kilku metrów chodnika. Nie mogę się pogodzić z tym, że starosta dał mi słowo, potwierdził je na piśmie, a go nie dotrzymał. Nigdy mi to z serca nie wyjdzie.

Zawiódł Pana nie tylko jako radnego, ale i kolegę?
Tak, dlatego odchodzę z wielkim żalem. Przepraszam mieszkańców Zagórza, że nie udało mi się wyegzekwować budowy tego chodnika.

Mówiąc o uległości za coś miałem na myśli posadę, którą dostał Pan w Powiatowym Urzędzie Pracy.
Był konkurs na wolne stanowisko, wyczytałem to nawet w „Aktualnościach”. Stanąłem do niego ja i pani z Okonka, pracownica banku. Niewielu ludzi wie, że burmistrz po odejściu ze stanowiska nie może być zatrudniony na terenie swojej gminy przez pięć lat.

Jak Pan przyjął zarzuty, że konkurs i stanowisko w PUP były dla Pana?
Mówiłem sobie, że w życiu mogę się wszystkiego spodziewać, nawet od najbliższego przyjaciela. Przyjąłem to lekko, choć głośno mi o tym powiedział radny Podmokły. Nie powinien był…
A wie pan, za ile ja tam na początku pracowałem? 1750 zł na rękę. A w gminie zarabiałem 7500 zł. Chciałem po prostu pracować do emerytury i ani dnia dłużej tam nie przepracowałem. Od razu zwolniłem etat.

Co Pan oddał Jastrowiu? Jest Pan częścią jego historii...
Na pewno. Przede wszystkim dozbroiłem to miasto technicznie! Budowałem sale gimnastyczne, szkoły, sieć telefoniczną, która szybko okazała się niepotrzebna, bo weszły sieci komórkowe...
Emocjonalnie bardzo dużo oddałem temu miastu, dlatego odchodziłem z urzędu z podniesioną głową.

Pana rodzice przyjechali w okolice Wałcza z Kieleckiego, Pan przez lata współpracował z ludnością napływową z różnych stron kraju. Jak pracowało się w tym tyglu?
Po wojnie w Jastrowiu był jeden rdzenny mieszkaniec – Bronisław Fortuna, który był w mieście przed i w czasie wojny. Reszta jest przyjezdna.
Ludzie tutaj byli przede wszystkim pracowici. Nie mieli sprzętu, tak jak my w SKRze mieliśmy pięć wistów, stare kombajny, pół hektara skosił i się zepsuł, ale żyli. Dziś Jastrowie to fajne miasto, a burmistrz Wojtiuk stara się jak może, by ono się rozwijało.

Teraz nie wystartował Pan w żadnych wyborach. Jest Pan już stuprocentowym emerytem.
Gdy jest ciepło, to siedzę sobie na działeczce, koszę trawę. Poza tym czytam prasę, głównie lokalną, bo lubię wiedzieć, co się tu dzieje w okolicy, oglądam dużo polityki – TVN24 i Polsat News to moje ulubione stacje. Dużo sportu oglądam, głównie siatkówki, bo piłka nożna mnie ostatnio drażni.
Korzystając z okazji jeszcze raz chciałbym bardzo serdecznie podziękować mieszkańcom Miasta i Gminy Jastrowie za wieloletnie (37 lat) wsparcie. Za życzliwość i szacunek. To dla mnie był wielki zaszczyt służyć przez tyle lat mieszkańcom mojej Gminy.

Rozmawiał Łukasz Opłatek

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    gość 2018-11-10 22:36:04

    dzieki Rychu

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości