- Mam wobec tej ziemi i tutejszych ludzi długi, których nigdy nie spłacę. To, że jestem honorowym obywatelem miasta jest dla mnie dodatkowym bodźcem - z profesorem Joachimem Zdrenką rozmawia Łukasz Opłatek
Panie profesorze, boi się Pan bakterii i grzybów, które zalegają na dokumentach, na których Pan pracuje?
Nie (śmiech). Ja nigdy się ich nie bałem. Przypominam sobie moją pierwszą pracę w Gdańsku, gdzie spędziłem dwa lata w jednej z piwnic...., gdzie były wiązane akta, gruzy i nikt tego nie ruszał, bo bano się tam wchodzić.
Ale jako archiwista jest człowiek narażony na choroby, znane są śmiertelne przypadki zakażenia drobnoustrojami ze starych akt.
Pytam o to, ponieważ słyszałem anegdotę mówiącą o tym, jak profesor ślinił palce wertując zakurzone akta sprzed ponad stu lat.
Jest taka scena w Imieniu Róży (śmiech). Ale nie powinno się tego robić i w pracowniach powinni na to zwracać uwagę. Podobnie w czytelniach i bibliotekach.
Te materiały, na których ja pracuję są na grubym papierze i dość dobrze się przewracają chociaż czasem zastanawiam się, czy dotknąć stronic, czy nie, bo są mocno zagrzybione.
Zamknięty w tych piwnicach czuje się czasem profesor jak mnich ślęczący tygodniami nad jedną księgą?
To nie jest kara, bo ta praca to moje hobby. Już jako mały chłopak przeszukiwałem strychy wszystkich rozwalonych domów w Świętej, śmietniki były moim miejscem zabaw i wiele ciekawych rzeczy tam znajdowałem. [[reklama]] W dużej części tamte materiały spisane były w języku niemieckim. Profesor jako dziecko, urodził się Pan w roku 1952, posługiwał się tym językiem?
Próbowałem odczytywać znalezione dokumenty, ale pamiętam, że rozmowy w języku niemieckim w czasach gomułkowskich, aż do gierkowskich były zakazane. Rodzice znali ten język, bo chodzili do szkoły niemieckiej, ale rozmawiali w nim po cichu jak dzieci nie miały czegoś zrozumieć.
Żałował Pan kiedyś tego, że nie skorzystał z wiedzy tego dwujęzycznego pokolenia, które reprezentowali Pana rodzice?
Żałowałem tego, gdy szedłem na studia. Dzisiaj jest w tym zakresie dowolność. Nawet się zaleca, żeby jedno z rodziców mówiło do dziecka po polsku, drugie w języku obcym. Wtedy nauka odbywa się bezboleśnie.
Wiem, że w czasie PRL-u musiał się Pan tłumaczyć z kontaktów z Niemcami.
Musiałem chodzić do Służby Bezpieczeństwa i składać oświadczenia jaki jest mój stosunek do Niemców. [[nowa_strona]] I co Pan mówił?
Zgodnie z doktryną PRL-u, że mamy przyjaciół, ale mamy też te złe Niemcy. Kiedyś nawet podczas studiów toruńska SB przyjechała po mnie czarną limuzyną i wszyscy koledzy śledzili, gdzie mnie wywieźli. To wynikało również z tego, z jakiej rodziny pochodziłem.
Skoro mowa o studiach, to historia wcale nie była Pana pierwszym wyborem.
Gdy kończyłem złotowski ogólniak, to możliwości były dwie: studia albo dwuletnia służba wojskowa. Nikomu wojsko się nie uśmiechało, więc każdy składał papiery tam, gdzie widział największą szansę na przyjęcie.
Czyli Pańskim życiem pokierował strach przed wcieleniem w kamasze?
Wojsko to jedno, ale nie czułem się dobrze ani w matematyce, ani w polonistyce. Bardzo interesowała mnie archeologia, ale tam było sześć osób na miejsce, a połowa miejsc była obstawiona przez rektora.
Zresztą mój profesor – Kazimierz Jasiński, rocznik Kolumbów - spóźnił się na egzamin na matematykę, a były jeszcze wolne miejsca na historię. Złożył papiery i dziś dzięki niemu mamy „Chronologię Polską”.
Co Profesora motywuje do pracy? Nie odkryje Profesor leku przeciw aids, a mimo to prze Pan naprzód.
Ja nie potrafię siedzieć cicho. Mnie zawsze gdzieś gna po świecie, a do archiwów i bibliotek szczególnie. [[reklama]] Muszą mieć niezwykłą siłę przyciągania, skoro jeździ Pan w tę i z powrotem po Polsce i Europie.
Mam do nich pociąg, zwłaszcza że zawsze przy jednym temacie pojawiają się inne. Wciąż odkrywam nowe wątki. Pracując na przykład nad książką o mieszkańcach Złotowszczyzny poległych w I i II Wojnie Światowej znalazłem materiały o złotowskich Żydach. Powiedziałem „stop”, zanotowałem i teraz nad tym tematem pracuję.
Nie może się Profesor zatrzymać gdy już trafi na coś interesującego?
Nie. Mam jedną zasadę: co zacznę, to doprowadzę do końca. Przeklinam czasem sam siebie, bo podejmując kiedyś tematykę wspomnianych poległych myślałem, że pójdę do urzędu stanu cywilnego, spiszę dane z ksiąg zgonu, a to nie była nawet jedna trzecia informacji. Zacząłem uzupełniać dane, łączyć osoby i fakty, i tak powstały te pozycje. [[nowa_strona]] Czyli dobry historyk musi mieć w sobie żyłkę detektywa, to chce Profesor powiedzieć?
Ja bym tu wprowadził rozgraniczenie między wiedzą historyczną, którą posiąść może każdy kto dużo czyta, a nauką historyczną, do której trzeba mieć dobre przygotowanie. Ja nauczony byłem, że jak czytam książkę, to muszę z niej wziąć wszystko, zgodnie ze starą szkołą fiszek.
Wyobrażam sobie jakie Profesor ma w domu archiwum.
Jest pokaźne. Żałuję tylko, że nie mam wszystkiego w komputerze, bo miałbym jedno z lepszych archiwów prywatnych i inne archiwa mogłyby się dopytywać u mnie gdzie dany dokument jest.
A propos korzystania z archiwów. Podobno Profesor niezmiennie od lat czeka pod ich drzwiami na otwarcie.
Zwykle jestem piętnaście minut wcześniej i siedzę w nim do zamknięcia, a czasem i piętnaście minut po mnie nie wyganiają. Żałuję tylko bardzo, że w Pile archiwum otwarte jest od dziewiątej do drugiej, bo inne archiwa są otwarte od ósmej do piętnastej.
Mówi pan tak, jakby każda minuta była na wagę złota, a przecież te dokumenty leżą tam od dziesięcioleci.
Bo ja nie mam wyczucia czasu gdy siedzę w archiwum, czy bibliotece. Zapominam się w nich. [[reklama]] Dlaczego Profesor zajął się historią regionu? Od 2005 roku, począwszy od książki „Władysław Maćkowicz, Wspomnienia polskiego nauczyciela Pogranicza (1893-1976)”
praktycznie co roku wydaje Pan nową pozycję traktującą o Złotowszczyźnie.
Ja jestem mediewistą i jako taki nie miałbym czego tutaj szukać, bo na Krajnie materiałów średniowiecznych jest tyle, co kot napłakał.
Podjęcie tematyki związanej ze Złotowem przyszło niespodziewanie. Przed laty Hilda Piszczek ciągle mówiła o jakimś Hoffmannie. W tym czasie pojawiła się też Sławka Maćkowicz z materiałami o Władysławie Maćkowiczu, moim nauczycielu i tak to się zaczęło.
Co jest takiego interesującego w historii Złotowszczyzny?
Historia pogranicza, gdzie ścierały się kultury, zawsze jest interesująca. To przenikanie się daje specyficzną atmosferę i obraz tego miejsca. [[nowa_strona]] Większość z Profesora publikacji wymagała tytanicznej pracy. Przypuszczam, że gdyby nie Pan, to nie miałby kto się tej pracy podjąć.
Tak sobie też mówiłem, że pewne rzeczy mogę ja zrobić. Dobrze się złożyło, że jestem historykiem-archiwistą i znam język niemiecki. Może nie doskonale, ale czytam i rozumiem bez słownika.
Teraz Profesor się kryguje. W końcu odczytał i przetłumaczył Pan zapiski Ericha Hoffmanna.
To była bardzo żmudna praca i większość faktów trzeba było sprawdzać. Hoffmann miał bardzo dobrą pamięć, ale cierpiał na chorobę oczu i w to co pisał wkradło się wiele błędów. Kładł ręce na maszynie i pisał, tak to sobie wyobrażam.
Czasem ludzie myślą, że wziąłem maszynopis Hoffmanna, przetłumaczyłem go, zrobiłem przypisy i książka gotowa.
To tak jak w dowcipie mówiącym, że przepisanie jednej książki to plagiat, a połączenie wielu to bibliografia.
Praca historyka to nie przepisywanie, ale zbieranie wielu informacji, przetrawienie ich w głowie i stworzenie z tego własnej myśli.
W Złotowie ma Profesor dużo do odkrycia?
Zawsze jest coś do odkrycia. Teraz mam na tapecie temat złotowskich Żydów i ofiary obozów koncentracyjnych. Ja mam jeden licznik tego co trzeba zrobić: mam tu choćby do przejrzenia czterdzieści tysięcy wpisów metrykalnych. [[reklama]] Jak na Pańską pasję reaguje rodzina? Zwykle, prędzej, czy później, pojawiają się na tej linii tarcia.
O to by trzeba zapytać moją żonę, to by Panu odpowiednio odpowiedziała. Ja jej od pracy doktorskiej obiecuję, że jeszcze ten temat i potem zajmę się więcej rodziną. A w międzyczasie moi synowie dorośli.
Jaki wpływ na Pańską pracę ma fakt, że jest Pan nie tylko autochtonem, ale również honorowym obywatelem Złotowa?
Mam wobec tej ziemi i tutejszych ludzi długi, których nigdy nie spłacę. To, że jestem honorowym obywatelem miasta jest dla mnie dodatkowym bodźcem, ale jadąc do archiwum nie myślę o tym, że muszę coś o Złotowie napisać. Ja się po prostu rozpędziłem.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze