W swoim życiu pomógł wielu ludziom. Teraz sam potrzebuje pomocy. Dariusz Dudkiewicz w pożarze stracił niemal cały dobytek
Tragedie, które dotykają dobrych ludzi, bolą podwójnie. Dariusz Dudkiewicz z miejscowości Budy jest osobą, która wielokrotnie wyciągała pomocną dłoń do innych. Pan Dariusz jest prezesem Stowarzyszenia Porozumienie dla Przyrody, które od lat z sukcesem zabiega o to, by w zabytkowym ewangelickim kościółku w Budach powstało „Muzeum Czasu” i gminne centrum kształcenia ekologiczno–przyrodniczego. O jego planach, które teraz są realizowane, pisaliśmy trzy lata temu w materiale „Drugie życie kościoła”. To dzięki jego determinacji prace remontowe postępują.
Dziś pan Dariusz sam potrzebuje pomocy i wyciągnięcia do niego dłoni…
Swój dom w Budach wybudował 13 lat temu. Mieszkał tu razem z żoną Jolantą, swój pokój też miała dorosła córka, która odwiedzała rodziców od czasu do czasu. – Teraz musimy do pewnego etapu się cofnąć – mówi ze smutkiem o pożarze, który niemal całkowicie strawił dorobek jego życia. Co się właściwie tego dnia wydarzyło?
Pan Dariusz wraz z żoną spędzali niedzielny poranek (1 października) zwyczajnie. Właśnie zasiadali do śniadania. Jako że dzień zapowiadał się dosyć chłodno, to małżeństwo postanowiło rozpalić w kominku.
– Służył nam bardziej do nastroju i jako wsparcie pompy ciepła – mówi. Posiłek zjedli w spokoju, po czym pan Dariusz postanowił wyjść do pszczół, które ma za płotem.
- Zobaczyłem, że dym się snuje po dachu. Na początku myślałem, że zawiało z komina. Jednak kiedy poszedłem zobaczyć od frontu, to tam już był ogień – relacjonuje.
Płomienie pełzały po dachu jak po runie leśnym, schodząc coraz niżej w kierunku murów. Natychmiast zadzwonił po straż pożarną. Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że po ich przyjeździe obejmował prawie cały dach.
– To już się tak jarało! Płomień był chyba na 20 metrów w górę… Ogień był też w środku – dodaje.

Jak mówi oficer prasowy Komendanta Powiatowego PSP w Złotowie, asp. Mateusz Wiebskowski, dokładnie 15 min. zajęło pierwszej jednostce z Jastrowia, aby pojawić się na miejscu zdarzenia po otrzymaniu wezwania.
Przez te kluczowe minuty rodzina państwa Dudkiewiczów ratowała z płonącego domu co tylko się dało.
– Biegałem do góry aż do momentu, kiedy na ręce i ramiona zaczął kapać topiący się plastik – mówi. Dym długo nie wdzierał się do pomieszczeń, dlatego ratujący dobytek swojego życia mężczyzna mógł działać.
– Wyniosłem pewne rzeczy, ale nie wszystko się udało. Trudno w takiej sytuacji wartościować, co jest ważne, a co mniej. Człowiek działa w amoku, łapie często za rzeczy, które spokojnie mogłyby tam zostać – mówi. Do takich rzeczy należały chociażby ubrania. Garderoba państwa Dudkiewiczów znajdowała się na piętrze, jednak o odzieży zupełnie nie myśleli.
– Przy niedzielnym śniadaniu siedzieliśmy w dresach i tylko tyle nam z tego zostało – dodaje.
- Straty wielu rzeczy pewnie nawet jeszcze nie mamy świadomości. Dopiero przy inwentaryzacji, kiedy będziemy wszystko zwozić z powrotem, okaże się, czego brakuje – mówi.

Na piętrze znajdowały się trzy pokoje, garderoba i łazienka. To wszystko doszczętnie spłonęło. Prowadzące do nich dębowe schody ocalały, podobnie jak parter, chociaż ten też ucierpiał.
– Strażacy wylali na dach tysiące litrów wody. Wiadomo, że to wszystko spływało na dół. Także cały dół wtedy pływał – wspomina.
Jak przekazuje pan Dariusz, wstępna ekspertyza wykluczyła możliwe zwarcie w instalacji elektrycznej. Wykazała natomiast, że po rozpaleniu w kominku z komina musiał wylecieć fragment zapalonej sadzy, który wylądował na dachu. Gdyby ten był pokryty dachówką lub blachodachówką, nic by się nie stało.
– Byłoby „psyt” i koniec. To był jednak dach drewniany, z wióra osikowego. Taki sobie wymarzyłem – mówi.
Przez to, że ostatnie tygodnie były ciepłe i suche, materiał dachowy był wysuszony. To stworzyło idealne warunki na zaprószenie ognia i jego błyskawiczne rozprzestrzenienie.

Sama akcja strażaków trwała blisko 3,5 godziny. Kiedy się zakończyła, panu Darkowi pozostało ocenić straty i uprzątnąć pogorzelisko.
– Udało się już wybrać zwały popiołów. Zalane wodą drewno na podłogach zaczyna obsychać. Rozebraliśmy to, co groziło zawaleniem. Miałem do tego dzielną ekipę – mówi. Na miejscu, z sąsiedzką pomocą, zjawił się znajomy dekarz z ludźmi oraz mieszkańcy wsi, którzy pomogli ogarnąć spalony dom.
– Wyjechały już dwa kontenery ze śmieciami, w kolejce do wywozu czeka następny, a obok niego kolejne zwały spalonych materiałów. – We wtorek udało się zakryć dach. Dosłownie w ostatniej chwili, przed pierwszymi kroplami deszczu – mówi pan Dariusz, który jest niesamowicie wdzięczny wszystkim, którzy okazali nawet najdrobniejsze wsparcie.

- Dom się jeszcze palił, kiedy przyjechał właściciel Agroturystyki Pietruszkowo z Brzeźnicy i zabrał żonę z córką oraz psy. Do czasu, aż dom nie będzie nadawał się do zamieszkania, możemy mieszkać u nich. Nie potrafię nawet wyrazić, jak jesteśmy im wdzięczni – mówi wzruszony pan Dariusz. Kiedy pytał właścicieli, na jakich zasadach mają tam przebywać, w odpowiedzi usłyszał tylko: „Zasada jest jedna: trzeba sobie pomagać”.
Mieszkaniec Bud straty wycenił między 300 a 400 tys. zł.
– Część rzeczy uratowanych z dołu i tak jest niezdatna do dalszego użytku przez zalanie – pan Dariusz mówi przede wszystkim o sprzęcie elektronicznym. Tylko lodówka wyszła bez szwanku z akcji gaśniczej.
– Nie wiemy, jak się meble zachowają, bo napiły się tej wody. Ocenimy to dopiero za jakiś czas – przyznaje.

Wielką finansową pomocą z pewnością będą internetowe zbiórki pieniędzy, które natychmiast po zdarzeniu stworzyli jego przyjaciele - myśliwi. Obecnie toczą się dwie publiczne zbiórki oraz wiele aukcji, które w swoich grupach przeprowadza brać łowiecka. W momencie publikacji tekstu na stronie pomagam.pl zebrało się już ponad 21 tys. zł, natomiast na portalu szczytny-cel.pl uzbierano niemal 23 tys. zł.
- Pierwszą z nich utworzył znajomy myśliwy ze Szczecina natychmiast po tym, jak dowiedział się o mojej sytuacji. Drugą stworzyliśmy wspólnie ze Szczytnym Celem i jest ona odpowiedzią na liczne telefony mieszkańców miejscowości – mówi.

Rodziny Dudkiewiczów samych sobie nie pozostawiła gmina Jastrowie. Miejsko–Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej wsparł pogorzelców zasiłkiem w kwocie 3 tys. zł. W sprawę zaangażował się i burmistrz Piotr Wojtiuk, który poprzez stronę internetową magistratu zwrócił się z apelem o udzielenie pomocy rodzinie i wpłaty pieniędzy na utworzone zbiórki. Oprócz myśliwskich aukcji brać łowiecka pomaga rodzinie również na wszelkie inne, możliwe sposoby. Znajomy myśliwy-elektryk już zadeklarował się, że pomoże przy kładzeniu nowej elektryki. Pracodawca pana Dariusza, starosta pilski Eligiusz Komorwski, również zadeklarował niezbędną pomoc.

Pan Dariusz ma nadzieję, że wraz z żoną do swojego domu uda im się wrócić jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia.
– Chciałbym zrobić dach na tyle, żeby był pokryty i ewentualnie odciąć górę jakąś płytą. Na dole możemy mieszkać. Jest salon, gabinet przekształcimy w sypialnię, jest łazienka i kuchnia. Będzie można funkcjonować – mówi o planach.
Wesprzeć rodzinę państwa Dudkiewicz można wpłacając pieniądze na jedną z dwóch zbiórek:
https://szczytny-cel.pl/z/budy
Hubert Nowak

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Na biednych nie trafilo.
Na biednych nie trafilo.