Rolnicy z powiatu złotowskiego nie mają wątpliwości, że susza weszła na stałe do tej gałęzi gospodarki. Mówią o tym, jak suche miesiące wpłynęły na uprawy i dlaczego w kolejnych latach wcale lepiej nie będzie

Susza rolnicza, czyli brak wody w glebie, to zjawisko, które zaczęło występować na naszym terenie regularnie. Nie tylko na naszym – temat dotyczy całej Polski, Europy i świata. Co najgorsze, suche okresy przychodzą w newralgicznym dla wzrostu zbóż okresie, czyli kwietniu, maju i czerwcu. Susza powoduje redukcję biomasy i obniżenie plonów roślin uprawnych. O konsekwencjach zmian klimatycznych dla rolnictwa rozmawiamy z lokalnymi rolnikami.
Jak mówi rolnik Janusz Witkowski z Radawnicy, zboża w tym roku to po prostu tragedia.
– W kwietniu i maju, czyli w okresie wegetacji, kiedy zboża potrzebują najwięcej wody, żeby wydały plon, tej wody nie było – mówi wprost.
Jego słowa potwierdzają statystyki. Przez cały kwiecień i maj ujemna była średnia wartość Klimatycznego Bilansu Wodnego, na podstawie którego Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa ocenia zagrożenie suszą. Wyniosła ona –70 mm, a sytuacja w czerwcu, niestety, się nie poprawiła. Deszcze pojawiły się dopiero pod koniec czerwca, kiedy wilgoć nie jest już niezbędna.
– To przyszło zdecydowanie za późno. Dla ziemniaków i kukurydzy w sam raz, ale nie dla zbóż.
Przy tej klasie gleb, która występuje w powiecie złotowskim, właściwe i regularnie nawodnienie jest kluczowe, aby plony były obfite. Jak podkreśla J. Witkowski, na naszym terenie występuje prawdziwa mozaika gleb: począwszy od najsłabszych klasy VI i V (czyli mało żyznych, słabo urodzajnych, ubogich w substancje organiczne, gdzie po prostu wysycha gleba), które są w przewadze, do maksymalnie klasy III, czyli dobrych i średnio dobrych do uprawy. Najlepsze klasy, a więc I oraz II, praktycznie u nas nie występują.
– Na słabych ziemiach roślina stara się obronić, ale ile może się bronić bez wody? – pyta retorycznie.
– Ona w końcu uschnie i jest koniec.
Z powodu panujących warunków rośliny co prawda zakończyły wegetację, jednak część z nich nie wydała kłosa, a więc kwiatostanu.
– Szczególnie widzimy to przy zbożach rosnących na piaskach. Tam też, kiedy przyszły deszcze, zaczęło robić się zielono – dodaje. Jak mówi rolnik, jeszcze w lipcu zaczęło odbijać tam nie tylko zboże, ale i chwasty. Tan stan należało wyrównać, głównie za pomocą chemii.
– Jak mielibyśmy to kosić? Część zbóż była dobra, część zielona, a tym zielonym można zepsuć to, co jest jeszcze dobre.
Wtóruje mu rolnik z Jastrowia, wieloletni działacz Izb Rolniczych Ryszard Król. Potwierdza, że wiosenna susza bardzo źle wpłynęła na rośliny uprawne.
– Jeśli przez ten czas nie obeschły całkowicie, to zamiast trzech czy czterech pędów wychodzi jeden, z jednym kłosem. Jest on ubogi, ziarno jest wysuszone i słabsze.
Takie ziarno nie spełnia też parametrów zboża konsumpcyjnego – mówił. R. Król zwraca uwagę na to, że jadąc przez powiat mogliśmy zobaczyć bardzo niskie zboża, co dla nich nie jest stanem naturalnym. Ta karłowatość wynikała właśnie z braku opadów. Co najgorsze, uprawy, zwłaszcza owies i jęczmień, które uschły i dostały więcej wilgoci, w czerwcu zaczęły puszczać nowe pędy.
– Z powodu tego przyrostu plon będzie gorszej jakości.
– Kiepski rok, bardzo kiepski rok – komentuje sytuację rolnik z Chwalimia, Seweryn Nowak. Zwraca uwagę, że rolnicy już pod koniec lipca byli gotowi do koszenia, jednak przyszedł okres, w którym nie było praktycznie dnia bez deszczu i na polach panowała wilgoć.
– Pojawił się problem z porastaniem ziarna w kłosie. Najpierw była masa problemów przez suche miesiące, a teraz kolejne problemy przez nadmiar deszczu – mówi.
Co więcej bardzo duże braki traw, a w konsekwencji siana wpłyną niekorzystnie na hodowlę bydła.
– Rolnicy rezygnują z hodowli, zmniejszają stada, bo wiedzą, że przez jesień i zimę będzie im ciężko utrzymać zwierzęta. Koszt utrzymania bydła rośnie, a cena mięsa opasowego spadła – tłumaczy R. Król.

Janusz Witkowski z Radawnicy
Rolnicy różnie przedstawiają swoje straty. Jak mówi Janusz Witkowski, jest przygotowany na to, że zbiór w porównaniu z ubiegłym rokiem będzie około 30% mniejszy. Najbardziej ucierpiały zboża jare, czyli siane na wiosnę.
– Zboża ozime lepiej się zakorzeniają, głębiej sięgają w ziemię po wodę.
Większe straty przewidywane były w gminie Jastrowie. Jak mówi R. Król, tu należy liczyć nawet 40 % do 50 %.
– Są miejsca, gdzie jest ich więcej.
Ze sporymi stratami jest też pogodzony S. Nowak. Jak mówi, w okolicach Chwalimia, gdzie przeważają ziemie klasy V, wielu rolników może liczyć straty na poziomie nawet 60 % upraw.
Wysokie temperatury to nie tylko starty na polu, ale również straty w sprzęcie. Przy wysokich temperaturach chociażby olej w maszynach rolniczych, podczas pracy w polu, zamienia się niemal w wodę. Rolnicy zwracają uwagę, że koszty części zamiennych w ich branży w ostatnich latach poszły mocno do góry.

Seweryn Nowak z Chwalimia
Okresy suszy już od kilku lat dają się we znaki rolnikom. Nie są jeszcze czymś regularnym, jednak zaczynają powtarzać się coraz częściej. Jak wspominają, rok 2017 był ostatnim, gdzie pogoda była w miarę umiarkowana. Następne lata były przeplatane suchymi okresami, które przychodziły raz wcześniej, raz później, ale były zawsze.
– W zeszłym roku susza przyszła później niż w tym. Wtedy dostało się kukurydzy, która była o wiele mniejsza niż teraz. Wtedy na zboża i rzepaki to nie zaszkodziło – mówi J. Witkowski.
R. Król dodaje, że dobra sytuacja w ubiegłym roku to nie tylko zasługa lepszej pogody, ale również tego, że do kraju nie wjeżdżało w takiej ilości zboże z zewnątrz.
– Odbiór mieliśmy praktycznie z pola. W tym roku mamy trudność ze sprzedażą naszego zboża. Nie mamy nawet pewności co do ceny – mówi.
R. Król zauważa też, że dawnej można było przewidywać cykle w rolnictwie.
– Teraz klimat całkowicie się zmienia. Nasze pola stepowieją. Kiedyś nie uprawiano tyle kukurydzy, grochu, soi i słonecznika. To było dla nas egzotyczne. Chociaż w tym roku nawet rośliny strączkowe nam wysiadły.
O zmianach klimatu i wynikającej z tego suszy otwarcie mówi także S. Nowak, który potwierdza, że taki stan nasila się już od około 6 lat.
– Po poziomie wody w rowach widać, że wody gruntowej zaczyna brakować coraz bardziej i nawet ulewne deszcze tego nie naprawią. Nastawiałbym się raczej na to, że kolejne lata będą jeszcze gorsze, a nie lepsze – mówi.

Ryszard Król z Jastrowia
Niestety na zmiany klimatyczne rolnicy nie mają żadnego złotego środka. Nawet gdyby posiadali wiedzę o tym, jakie miesiące będą suche, to nie mogą zmieniać kalendarza upraw. Inaczej zboża w ogóle się nie przyjmą.
– Mamy określone terminy siewów i musimy się tego trzymać – mówi J. Witkowski. Jak podkreśla, człowiek ma tu wpływ na niewiele rzeczy. Może decydować o nawożeniu i opryskach, jednak najważniejszy jest zawsze deszcz.
– Musimy się dostosować. Jako rolnicy i przedsiębiorcy – dodaje R. Król, chociaż zdaje sobie sprawę, że widełki tego dostosowania są bardzo wąskie. Podaje przykład owsa, który powinien być wysiany około 15 marca. Kiedy jednak na polu w tym czasie zalega jeszcze śnieg, to sianie nie jest możliwe. Moment siewu jest więc odraczany, a przez to okres wegetacji może się skrócić.
– Musimy także pamiętać o ograniczeniach czasowych w stosowaniu środków ochrony roślin i nawozów określonych w dyrektywach unijnych – mówi.
Tego, że rolnicy nie zdołają ustrzec się przymrozków, świadomy jest również S. Nowak. Rolnik zaznacza, że im szybciej uda się zasiać zboża, tym więcej mają one czasu na wykształcenie systemu korzeniowego, a to powoduje lepsze przyjęcie i wydanie wartościowego plonu.
Tegoroczna susza przeplatana była gwałtownymi ulewami. Całe szczęście tereny powiatu złotowskiego są przede wszystkim nizinne z niewielkimi spadkami, dlatego uprawy raczej nie były wymywane przez wodę. Ale też nie wszędzie. Bywają obszary o większym nachyleniu terenu i tam duży deszcz, który spada na wysuszoną ziemię, niegotową na przyjęcie takiej wilgoci, może wymyć do rowów uprawę.
– Niestety, patrząc wstecz widzimy, że nie próbowaliśmy dążyć do zatrzymywania wody na naszych terenach. Kiedyś częściej były stosowane spiętrzenia wodne i drenaż – mówi R. Król.
Rolnicy byliby w stanie troszkę oszukać matkę naturę. Jednak wydaje się, że sugerowane rozwiązanie jest tylko dla najbogatszych z dużą połacią ziemi. Jak przyznają niektórzy, suszy można się przeciwstawić, kopiąc potężne stawy i stawiając deszczownie, które nawadniałyby uprawy regularnie. Większość gospodarzy ma jednak swoje tereny rozrzucone i poszatkowane, co wyklucza wprowadzenie takiej opcji.
Kolejną kwestią, o którą martwią się gospodarze z naszego powiatu, są pieniądze. Nie jest tajemnicą, że rolnicy do pracy w polu używają coraz bardziej zaawansowanych, a co za tym idzie coraz droższych maszyn. Wielu z nich będzie je spłacać latami, a do tego potrzebny jest odpowiedni zarobek ze sprzedaży plonów. Dlatego rolnicy martwą się, że jeśli Polskę po raz kolejny zaleje fala ukraińskiego zboża, to nie będzie się zupełnie opłacało produkować rodzimych zbóż.
– Ukraina ma ogromną wydajność przy relatywnie niskich kosztach. U nas odwrotnie. Musimy ponosić ogromne koszty, aby wydajność była jako taka, a jeszcze później ceny na rynku za to nie mamy żadnej – mówią. Do tego dochodzi fakt, że później trudno sprzedać niektóre zboża, a zbyt części z nich okazuje się graniczyć z cudem.
– Mamy problem ze sprzedażą żyta czy grochu, a pszenica jest w bardzo niskiej cenie. W zeszłym roku za tonę płacili 1500 zł, w tym może za 800 zł uda się sprzedać. Jest to na granicy opłacalności – dodają.

Z częścią rolników rozmawialiśmy jeszcze w lipcu. Jak wtedy mówili, byli gotowi do rozpoczęcia zbiorów, jednak na wyjazd w pole czekali niemal miesiąc! Pogoda zupełnie się zmieniła, a końcówka lipca i pierwsze kilka dni sierpnia były bardzo deszczowe. Rolnicy dopiero w ubiegłym tygodniu mogli rozpocząć żniwa.
– To był dla nas ogromny stres. Baliśmy się, że plony mogą porosnąć i wysypać się, a przez to pozostać na polu. Niestety, prognozy się sprawdziły. Mamy porośnięte zboże, a wydajność jest bardzo słaba – mówi R. Król i ponownie podkreśla, że głównym powodem takiego stanu rzeczy jest długotrwała susza.
Zdaniem J. Witkowskiego chleba z tej mąki nie będzie. Przez deszcze padające w ostatnich tygodniach zboża utraciły swoje parametry i większość zbiorów jest niezdatna do przekazania na konsumpcję.
– 90% zbiorów pójdzie na paszę. W zeszłym roku sytuacja była odwrotna – dodaje.
Wszyscy nasi rozmówcy zdają sobie sprawę, że zmiany w klimacie zaszły już tak daleko, że procesu stepowienia ziem uprawnych nie będzie można odwrócić. Z niepokojem patrzą w przyszłość i modlą się, żeby w przyszłym roku susza przyszła znacznie później.
Hubert Nowak

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!