Swoimi wspomnieniami z okresu niemieckiej okupacji i pierwszych lat po wojnie w Łobżenicy Bogdan Pufal dzielił się na łamach „AL” przed rokiem w materiale „Żywa historia miasta”. Jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć, które wryło się w jego pamięć jest zdarzenie z 28 marca 1946 roku.
Byłem świadkiem wykonania wyroku na żołnierzu Armii Krajowej Czesławie Wiśniewskim
– wspomina. Dokładnie pamięta przebieg tamtej nocy.
Przez okupację mieszkaliśmy koło siebie na Sienkiewicza. Po wojnie Czesław Wiśniewski ujawnił swoją przynależność do AK, bo uwierzył w ogłaszaną amnestię. Faktycznie wiele wskazywało na to, że nic złego mu nie grozi. Dostał nawet pracę jako milicjant w posterunku MO, który wówczas mieścił się na dzisiejszym placu Zwycięstwa, wcześniej Paderewskiego. Razem z nim pracował niejaki Józef Gajuś, który trafił do miasta podobno aż z Katowic. Tego feralnego wieczora byliśmy z mamą u Wiśniewskich na imieninach czy urodzinach. Przed godziną 22:00 do mieszkania wpadł Gajuś, mówiąc, że pan Czesław ma się zbierać, bo jest akcja i jest potrzebny na posterunku. Dodał też, że weźmie już jego karabin i będzie na niego czekał przed komisariatem. Wyszliśmy chwilę później. Pan Wiśniewski ruszył za nami. Dogonił nas na wysokości sklepu pana Piątka (obecnie pani Cerlak) i pobiegł dalej. Gdy zniknął za rogiem usłyszeliśmy tylko przeraźliwy krzyk: „Józiu, nie strzelaj! Ja mam dzieci!”, po którym rozległy się strzały. Wszystko wskazuje na to, że ten człowiek trafił do Łobżenicy, by wykonać na nim wyrok śmierci za działalność w AK
Reklama
– mówi Bogdan Pufal. Sprawca zdarzenia ich nie widział.
Rynek był pusty, więc mało prawdopodobne, by ktoś jeszcze to widział. Po strzałach nastała straszna cisza. Razem z mamą przestraszyliśmy się i szybko zmieniliśmy drogę do domu, skręcając w ulicę Mickiewicza, Sobieskiego i Dąbrowskiego. Baliśmy się podejść bliżej, bo mogłoby się to skończyć tym, że i nas by zastrzelił. Rodzinę Wiśniewskich powiadomił pan Latowski
– wspomina Bogdan Pufal.[[pay]]
Pomysł, by upamiętnić to wydarzenie stosowną tablicą u zbiegu dzisiejszych ulic 1 Maja i Głowackiego w Łobżenicy, gdzie zginął Czesław Wiśniewski, nie pojawił się w głowie pana Bogdana od razu.
Przez wiele lat nie mogłem mówić publicznie o tym, czego byłem świadkiem. Wreszcie jest to jednak możliwe i dopóki starczy mi zdrowia i sił, chcę zabiegać o tę tablicę. W dokumentach sprawy, które do dziś posiada najbliższa rodzina Czesława Wiśniewskiego, w sądowym piśmie z 1957 roku można przeczytać, że człowieka, który do niego strzelał, nigdy nie odnaleziono. Zabitego pochowano natomiast bez żadnych honorów na miejscowym cmentarzu. Do dziś nie doczekał się tablicy pamiątkowej
– stwierdza.
By nadać sprawie upamiętnienia Czesława Wiśniewskiego urzędowy tok postępowania Bogdan Pufal zwrócił się m.in. do miejscowych władz samorządowych oraz do bydgoskiego i poznańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.
Sprawę przedstawiłem w oddziale IPN w Bydgoszczy, gdzie udało mi się ustalić, że człowiek imieniem Józef Gajuś faktycznie istniał. Jeszcze kilkanaście lat temu żył na Śląsku, gdzie bez odpowiedzialności za popełnione czyny dożył słusznego wieku. Z Bydgoszczy przekierowano mnie jednak do Poznania, gdzie ze względu na przynależność Łobżenicy do województwa wielkopolskiego ta sprawa może być dokładniej zbadana. Do IPN w Poznaniu zwróciłem się również z prośbą o podjęcie działań na rzecz powstania tablicy pamiątkowej
– mówi B. Pufal. Dodaje również.
Chociaż powiedziano mi, że te procedury są długotrwałe, liczę na to, że sprawa okaże się na tyle oczywista, że doczekam jej finału. Czeka na to też rodzina, której w jednej chwili, ze względu na czyjeś decyzje, zabrano męża, ojca i dziadka
– kwituje pan Bogdan.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze