Czy prawdziwi hodowcy gołębi to gatunek wymierający? To bardzo drogie hobby, jeśli chce się odnosić sukcesy. Nie wszystkich na to stać, ale są tacy, co oddają gołębiom znaczną część swojego życia
Wkurzają się, jak mówi się o nich „gołębiarze”.
– Jesteśmy hodowcami gołębi – poprawiają. Hobby to, jeśli chce się odnosić sukcesy, stało się zajęciem elitarnym i drogim. Największy hodowca gołębi w Okonku (i pewnie w gminie) Radosław Mariasik pokazuje kilkanaście worków specjalnych pasz dla ptaków: dieta, superdieta, energetyczna, orzeszki ziemne, dodatki zapachowe, elektrolity, oleje. Jest też sól do kąpieli. Gołębie raz w tygodniu muszą się wykąpać, bo na piórach mają specyficzny puder. - Gołąb jest jak dobry sportowiec; żeby były wyniki trzeba go odpowiednio żywić. Ptak karmiony samą kukurydzą nie osiągnie sukcesów – twierdzi. Radosław Mariasik przed lotem stosuje dla samców zasadę wdowieństwa, nie widzą one przez cały tydzień samic. Tuż przed wypuszczeniem wsadza się go na kilka minut do klatki z samicami, co powoduje, że, w języku hodowców, staje się on „nabuzowany”. Nie można jednak dopuścić do kopulacji. Gołąb taki wówczas bardzo szybko wraca do domu, aby zaspokoić swoje potrzeby.
Największymi hodowcami gołębi w Europie są Belgowie, Holendrzy i Niemcy. Od jednego z Holendrów pan Radek kupił parkę ptaków - kosztowały blisko 4 tysiące zł. – Rozmawiałem z nim w tym roku, bo chciałem kupić kilka młodych, to powiedział, że chce tysiąc euro za sztukę, bo ma bardzo dużo zamówień – twierdzi okonecki hodowca. W tamtych krajach hodowcy gołębi potrafią z tego żyć. Nagrodami za wygrane loty są czasami samochody, domy czy tysiące euro; tam się przyjmuje zakłady bukmacherskie. Polski Związek Hodowców Gołębi jest jeszcze na to za biedny.
Gołębiarze i kłusownicy
Pan Radek ma 60 gołębi w rozpłodzie, czyli takich, które nie latają, a mają znosić jajka i wysiadywać młode. Poza tym około 70 gołębi tak zwanych „lotów” i ponad 100 młodych. Niektóre ptaki pod skrzydłami pomalował jaskrawą farbą fluorescencyjną. Ma to zapobiegać atakom jastrzębi (ptaki te boją się takich kolorów).
Po czym poznać dobrego gołębia? Po oczach, piórach, ogonie, ułożeniu kolorów na piórach. – Ja kupuję gołębie po znanych rodzicach, z metrykami. Dziadek tego ptaka, którego kupiłem od Niemca – pan Radek pokazuje na okazałego gołębia - był mistrzem Europy w lotach. Myślę, że niemal wszystkie moje młode mają domieszkę jego krwi. Wiem, że to doskonały szczep (u gołębi nie ma ras, tylko szczepy) i są potem wyniki – dodaje.
Jego zdaniem prawdziwych hodowców jest mało, pozostali nazywani są „gołębiarzami” lub jeszcze ostrzej: kłusownikami. – Każdy mój gołąb ma na pasku mój numer telefonu, jeśli więc trafi do innego hodowcy, to on powinien do mnie zadzwonić. Tak się niestety nie dzieje. Przecież tych piór nie wyszarpał jastrząb, tylko zostały obcięte przez kłusownika, żeby ptaka u siebie zatrzymać. Na szczęście nawet w takim stanie zdołał uciec i wrócił do mnie – pokazuje gołębia z obciętymi piórami. – W tym roku zadzwoniły do mnie dwie osoby, a zginęło dziewiętnaście gołębi, więc gdzie jest reszta? – pyta. Każdy hodowca pozna swoje gołębie, nawet jak lecą w ogromnym stadzie, głównie po sposobie lotu. Zresztą, jak podkreślają, to się po prostu czuje.
Gdzie jest to „coś”?
Gołąb na krótkich dystansach (około 300 km) potrafi lecieć z prędkością 120 km/h, na dłuższych odpowiednio wolniej. Inne są ptaki do lotów krótkich (duże, umięśnione), a inne do długich (smukłe, lekkie). Podobnie jak sportowcy.
Jak to się dzieje, że gołąb potrafi z odległości tysięcy kilometrów (najdłuższy lot gołębi pana Radka był z Barcelony) wrócić do domu? – Tak naprawdę nikt jeszcze tego dokładnie nie wie. Jedni twierdzą, że ma to w oczach, ale nakładano ptakom kaptury na głowy i wracały. Inni uważają, że w piórach. Prawdopodobnie to „coś” jest w dziobie, bo jak gołąb choruje na drogi oddechowe, to nie jest w stanie wrócić, traci orientację – tłumaczy. Gołębie pana Radka „trenują” loty dwa razy dziennie po godzinie, rano i wieczorem. Skąd wiedzą, kiedy czas „treningu” się skończył? - Po zimie, jak są leniwe, to zmuszam je do treningu. Oczywiście stopniowo, co jakiś czas zwiększam dawkę o pięć minut. Kupiłem sobie czternastometrową wędkę, na jej końcu zawiesiłem torby foliowe i stawiam to coś koło gołębnika. Ptaki się tego boją i odlatują na jakiś czas. Jak stwierdzę, że dość treningu, wędkę chowam i one wchodzą do klatek. W ten sposób doprowadziłem do godzinnego lotu, one doskonale wiedzą, kiedy wrócić – wyjaśnia zawiłości hodowli.
Ledwo zdążył na ślub
Podobno rosół z gołębi ma właściwości lecznicze. Okonecki hodowca twierdzi, że nigdy swoich gołębi nie jadł, raz, kiedy żona była w ciąży zabił dwa ptaki i zrobił rosół. Przyznaje, że od jakiegoś czasu przestał być sentymentalny, gołębie stare i takie, które nie rokują nadziei, nie sprawdzają się, po prostu zabija. Trzymanie ich jest bez sensu, jeśli chce się mieć sukcesy. Hodowla gołębi to - oprócz rodziny - całe jego życie. Kiedy miał jechać do ślubu, to ociągał się z wsiadaniem do samochodu. Kilka godzin wcześniej wypuścił bowiem gołębie do lotów, obliczył, że właśnie powinny wrócić. Uspokoił się, kiedy na weselu kolega powiedział mu, że wróciły.
Okonecki oddział hodowców gołębi liczy zaledwie kilkanaście osób, chociaż „gołębiarzy” jest znacznie więcej. Prezesem oddziału jest Jan Czekała, pan Radek jest sekretarzem, a jego brat skarbnikiem. Mimo że to hobby stało się dość drogie, to panowie mają nadzieję, że kiedyś znajdą następców i naśladowców.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze