Reklama

Szklane cuda

19/08/2012 00:00
Podobnie jak piesek, który kiwał kiedyś główką na tylnej kanapie każdego samochodu, tak i pieczołowicie układane na meblościankach kolekcje szkła odeszły już do lamusa. "Tandeta" - mówimy dzisiaj, "kicz". Ten kicz może jednak robić wrażenie

Przestronny salon wypełniają kolory: pomarańcz, czerwień, róż. Na ścianach mnóstwo pozamykanych w ramki wspomnień, bibeloty znalazły swoje miejsce na kominku. W wazonach pysznią się białe kubraki i gradiole, osłaniające duże okna zasłony oplatają cieniowane róże, na płótnach polne kwiaty. Miękką sofę otula barwna kapa, stół zdobi wydziergana własnoręcznie serwetka. I szkło. Szkło w najprzeróżniejszej postaci – zwykłe i kryształowe, o prostej linii i bogato zdobione, nowiutkie i liczące przeszło 60 lat. Filiżanki, dzbanuszki, talerzyki, cukiernice, misy... w sumie ponad 300 sztuk. Każda inna, każda oryginalna, łączy je tylko jedno – kolor. Różowy. - Łososiowy – precyzuje kolekcjonerka, Elżbieta Urbańska. - Dzisiaj już takiego szkła nie produkują – wyjaśnia. Unikatowe egzemplarze dawno poznikały ze sklepowych półek, na pchlich targach, w antykwariatach wciąż jeszcze znaleźć można jednak prawdziwe perełki.

Po mamie

Szkło nigdy jakoś szczególnie nie interesowało pani Elżbiety, kolekcjonerska pasja obudziła się w niej całkowicie przypadkowo. Pierwszy „eksponat” zabrała z rodzinnego domu. - Z żałości, szkoda mi go było wyrzucić – opowiada, wyjaśniając, że dzbanek i salaterka, które zapoczątkowały kolekcję to pozostałość po kryształowym prezencie ślubnym jej mamy. I tak się zaczęło. - Zaczęło mi się to podobać – nasza rozmówczyni opowiada, że od tego czasu pod jej dach systematycznie trafiały kolejne sztuki – wiele z nich otrzymała w prezencie od znajomych i rodziny, całkiem sporo przywiozła jej też z Niemiec mieszkająca tam siostra. W ręce pani Elżbiety trafiły całe komplety, niepełne serwisy i pojedyncze perełki.



Z rąk do rąk

Mamine szkło stoi na półce 25 lat, samo liczy sobie jednak już ponad 60. W swojej kolekcji pani Ela ma też eksponaty sprzed 20 lat i te trochę nowsze. Nie sztuka jednak precyzyjnie określić ich wiek, kiedyś na zastawach i serwisach nie nadrukowywano bowiem daty produkcji. Dla naszej rozmówczyni nie jest to jednak istotne. - Nie o wartość materialną mi chodzi, a o fascynację, o coś co jest ciekawe i co innych nie interesuje – wyjaśnia. - Mam duszę zbieracza, jestem taki chomik – śmieje się pani Elżbieta, dodając, że mimo wszystko nie zamierza już swojej kolekcji powiększać. W jej salonie nie ma miejsca, by dostawiać kolejne półki na szkło. - Zresztą co ja z tym zrobię? - zastanawia się. Kolekcję odziedziczą córki.
[[nowa_strona]]
Czary-mary na szydełku

Nie tylko szkło zajmuje panią Elżbietę, ważne miejsce w jej życiu zajmuje również szydełkowanie. Kolorowe narzuty, monokolorystyczne serwety i serwetki – nasza rozmówczyni wprawnie obraca na szydełku grube nici. Przygotowanie siedmioelementowego kompletu do kawy i ciasta zajmuje jej około tygodnia. Anielską wprost cierpliwość i skupienie na pracy chwali siostra. - Nie robiłabym tego – mówi.



Elementy, które wyjdą z jej rąk częściowo trafiają do krewnych i znajomych. Co, prócz oryginalnie przystrojonych stołów, ma z tego pani Ela? Siłę. Szydełkowanie to dla niej swego rodzaju terapia. - To dowód na to, że będąc osobą chorą można się czymś interesować, można mieć jakąś pasję. Mam ogromne szczęście, że tak funkcjonuję. Mam problemy z koncentracją, z mówieniem, ale logiczna pamięć na szczęście mi pozostała – opowiada od kilkunastu lat zmagająca się z chorobą pani Elżbieta. - Nie można się załamywać, nie można się poddawać.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości