Podobnie jak piesek, który kiwał kiedyś główką na tylnej kanapie każdego samochodu, tak i pieczołowicie układane na meblościankach kolekcje szkła odeszły już do lamusa. "Tandeta" - mówimy dzisiaj, "kicz". Ten kicz może jednak robić wrażenie
Przestronny salon wypełniają kolory: pomarańcz, czerwień, róż. Na ścianach mnóstwo pozamykanych w ramki wspomnień, bibeloty znalazły swoje miejsce na kominku. W wazonach pysznią się białe kubraki i gradiole, osłaniające duże okna zasłony oplatają cieniowane róże, na płótnach polne kwiaty. Miękką sofę otula barwna kapa, stół zdobi wydziergana własnoręcznie serwetka. I szkło. Szkło w najprzeróżniejszej postaci – zwykłe i kryształowe, o prostej linii i bogato zdobione, nowiutkie i liczące przeszło 60 lat. Filiżanki, dzbanuszki, talerzyki, cukiernice, misy... w sumie ponad 300 sztuk. Każda inna, każda oryginalna, łączy je tylko jedno – kolor. Różowy. - Łososiowy – precyzuje kolekcjonerka, Elżbieta Urbańska. - Dzisiaj już takiego szkła nie produkują – wyjaśnia. Unikatowe egzemplarze dawno poznikały ze sklepowych półek, na pchlich targach, w antykwariatach wciąż jeszcze znaleźć można jednak prawdziwe perełki.
Po mamie
Szkło nigdy jakoś szczególnie nie interesowało pani Elżbiety, kolekcjonerska pasja obudziła się w niej całkowicie przypadkowo. Pierwszy „eksponat” zabrała z rodzinnego domu. - Z żałości, szkoda mi go było wyrzucić – opowiada, wyjaśniając, że dzbanek i salaterka, które zapoczątkowały kolekcję to pozostałość po kryształowym prezencie ślubnym jej mamy. I tak się zaczęło. - Zaczęło mi się to podobać – nasza rozmówczyni opowiada, że od tego czasu pod jej dach systematycznie trafiały kolejne sztuki – wiele z nich otrzymała w prezencie od znajomych i rodziny, całkiem sporo przywiozła jej też z Niemiec mieszkająca tam siostra. W ręce pani Elżbiety trafiły całe komplety, niepełne serwisy i pojedyncze perełki.
Z rąk do rąk
Mamine szkło stoi na półce 25 lat, samo liczy sobie jednak już ponad 60. W swojej kolekcji pani Ela ma też eksponaty sprzed 20 lat i te trochę nowsze. Nie sztuka jednak precyzyjnie określić ich wiek, kiedyś na zastawach i serwisach nie nadrukowywano bowiem daty produkcji. Dla naszej rozmówczyni nie jest to jednak istotne. - Nie o wartość materialną mi chodzi, a o fascynację, o coś co jest ciekawe i co innych nie interesuje – wyjaśnia. - Mam duszę zbieracza, jestem taki chomik – śmieje się pani Elżbieta, dodając, że mimo wszystko nie zamierza już swojej kolekcji powiększać. W jej salonie nie ma miejsca, by dostawiać kolejne półki na szkło. - Zresztą co ja z tym zrobię? - zastanawia się. Kolekcję odziedziczą córki. [[nowa_strona]] Czary-mary na szydełku
Nie tylko szkło zajmuje panią Elżbietę, ważne miejsce w jej życiu zajmuje również szydełkowanie. Kolorowe narzuty, monokolorystyczne serwety i serwetki – nasza rozmówczyni wprawnie obraca na szydełku grube nici. Przygotowanie siedmioelementowego kompletu do kawy i ciasta zajmuje jej około tygodnia. Anielską wprost cierpliwość i skupienie na pracy chwali siostra. - Nie robiłabym tego – mówi.
Elementy, które wyjdą z jej rąk częściowo trafiają do krewnych i znajomych. Co, prócz oryginalnie przystrojonych stołów, ma z tego pani Ela? Siłę. Szydełkowanie to dla niej swego rodzaju terapia. - To dowód na to, że będąc osobą chorą można się czymś interesować, można mieć jakąś pasję. Mam ogromne szczęście, że tak funkcjonuję. Mam problemy z koncentracją, z mówieniem, ale logiczna pamięć na szczęście mi pozostała – opowiada od kilkunastu lat zmagająca się z chorobą pani Elżbieta. - Nie można się załamywać, nie można się poddawać.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze