Reklama

Szofer księdza Domachowskiego

04/11/2013 09:57
Starej daty pasjonat koni, posiadacz pięknych bryczek, w odświętnym ubraniu powożący nie tylko dla miejscowych kapłanów czy młodych par. Człowiek, dla którego piękna klacz czy okazały ogier to niemal całe życie

Albin Wiese to jeden z ostatnich w gminie Zakrzewo przedstawicieli starszego pokolenia prawdziwych miłośników koni. – Mało jest takich pasjonatów, jak ja – szczerze przyznaje. Nigdy nie miał licznej stadniny. Posiadał jednego, góra dwa konie, ale to one były zawsze najważniejsze w gospodarstwie. – Ja kocham te zwierzęta – 73-latek mówi z nieskrywaną szczerością.

Złotowska, czyli Końska
– Chcesz się przejechać? Bo muszę zawieźć butlę z gazem jednemu z sąsiadów – pyta na początku spotkania. No to jedziemy. Koń czeka już zaprzężony, pan Albin w stroju, w którym powozi od święta. – A coś ty Albin taki dzisiaj odstrzelony? – pyta kobieta, u której pan Wiese wymienia pustą butlę na pełną. – Gościa z gazety mam. Będzie o mnie pisał – zaspokaja ciekawość zainteresowanej. W tym czasie zostawia mnie w bryczce. A jak poleci!? – pytam wystraszony. – Nie poleci. Lejce jakby co pociągnij. No i prrr zawołaj – instruuje weteran. No to wołam, bo koń faktycznie rusza. Nie reaguje, więc mocniej zaciągam lejce, na co posłuszny czworonóg... cofa. Bryczka toczy się w tył kilkadziesiąt centymetrów. – Nie tak mocno, bo myśli, że chcesz do tyłu – woła zza bramy pan Albin. Jeszcze jedno, głośniejsze prrr i koń wreszcie staje. Po chwili pan Wiese przynosi pełną butlę gazu, siada na swoim miejscu. Można dalej spokojnie rozmawiać.

[[reklama]]

Wracamy. Mijający nas rowerzyści i kierowcy samochodów zagadują powożącego przez odkręcone szyby. – A tą bryczką jeszcze nie jechałam, panie Albinie – mówi młoda kobieta. – No widzisz. Trzeba się przejechać – odpowiada z uśmiechem. – Samochodem nie ma takiej przyjemności. Jak powożę, czuję, że żyję – opisuje wrażenia emerytowany rolnik.
Wiesowie mieszkają na Złotowskiej, ale kiedyś wisiała tutaj tabliczka z nazwą: ulica Końska. – Jurek zawsze się śmiał, jak ją widział – pan Albin wspomina byłego wójta gminy Zakrzewo.

Żaden ze mnie handlarz
– Konie kocham od dziecka. I gołębie. Przez lata ludzi na wesela powoziłem. Do teraz niektórzy mnie wynajmują. W Zakrzewie jest jeszcze jeden taki miłośnik koni, ma piękną klacz, ale nie ma bryczki – porównuje. Pan Albin konia nie tylko ma, ale też do teraz nawet pracuje z nim na gospodarstwie. – Coraz rzadziej się to zdarza, ale czasami faktycznie razem bronujemy albo zaprzęgam Kasztankę i wywozimy obornik. Praca z koniem na polu... Nie ma nic piękniejszego – przyznaje rozmarzony. A wie, co mówi, bo przez ponad dwadzieścia lat pracował na ciągniku w miejscowej Gminnej Spółdzielni. – Nie ma porównania. Maszyna to tylko maszyna, żadne ukochane zwierzę. Ta mechanizacja wszystko zmieniła – porównuje zamyślony.
Albin Wiese przyznaje, że nie lubi końskich handlarzy. Sam nigdy nie mógłby nim być. – Za bardzo przywiązywałem się do wszystkich koni, które miałem. Było ich kilkanaście. Nie było jednego szczególnego, wszystkie były wyjątkowe – wspomina. Dlatego trzyma je raczej do śmierci, sprzedaje sporadycznie. Dopiero, gdy jeden zejdzie, nabywa następnego. – Kasztanka ma osiem lat, kupiłem ją, gdy miała rok. Jak jej już nie będzie, na pewno kupię kolejnego. Chociaż nie wiadomo, czy to mój ostatni koń, bo nie wiem, kto dłużej pożyje, ona czy ja. To trudno wyczuć – mówi z uśmiechem.

Warsztat
– W siodle nigdy dobrze się nie czułem. Jak byłem młody, trochę jeździłem, ale to nie to samo co jazda bryczką – porównuje rozmiłowany w powożeniu. Na żadne zawody nigdy nie jeździł, co innego okoliczne Hubertusy, gdzie zaprzęga jedną ze swoich czterech bryczek. Jedną z nich – tę, którą jedziemy – pan Albin sam zbudował ze znalezionego u znajomego wraku. W zbiorach jest jeszcze powózka, którą przed laty woził księdza Domachowskiego i Radtke. – Ksiądz Radtke miał już samochód, ale na kolędę i tak wolał jechać powózką – opowiada z dumą.
Nic dziwnego, że gospodarz sam zbudował bryczkę, skoro wiele osprzętów do powózek i koni także sam wykonuje w urządzonym na strychu domu warsztacie. To tutaj powstała niejedna uprząż, uzda czy strzemię.
Pan Wiese swego czasu gospodarstwo przekazał synowi. Ale koń i bryczki wciąż są jego. – To wszystko, co mi zostało – przyznaje, dodając z rozrzewnieniem, że rodzina nie ma jednak do koni takiej pasji jak on. – Ani żona, ani syn, ani wnuczka nie mają do tych zwierząt takiej smykałki. Szkoda – stwierdza ze smutkiem.
A żona jeździ z panem na przejażdżki? – Czasami. Mówi, że to dla niej za wolno. Poza tym twierdzi, że nie będzie oglądać podczas jazdy końskiego tyłka – żartuje pan Wiese. Gdy wjeżdżamy na podwórko małżonka pyta o wrażenia z przejażdżki. – Super – odpowiadam, dodając, że wcale nie przeszkadzał mi koński zad przed nosem. Pani Klara, w ułamku sekundy łapiąc aluzję, szeroko się uśmiecha.

Piotr Steffen
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości