Reklama

Szybszy od rdzy

07/05/2012 00:00
Pan Czesław wziął oszczędności, sprzedał telewizor i za to wszystko kupił złom. Dziś, po 21 latach, ze złomu żyje jego syn z rodziną. Na złomowisku znaleźć można niemal wszystko co ma w sobie choć odrobinę metalu, ale nie tylko. - Kamienie się trafiają, piasek w puszkach, słoiki z wekami, raz nam gościu płytę nagrobkową przywiózł, żeby zamiast 20 kg wyszło 200 kg - mówi Andrzej Kubiński, który prowadzi złotowski skup złomu

Byle złom

Poniedziałek, godzina 13.00 Pan Czesław wsiada do kabiny ładowarki Fuchs. Niebiesko-rdzawy sprzęt, wyprodukowany w 1983 roku, na tle setek ton złomu wygląda jak jedna z porzuconych tu dawno maszyn. W rękach starszego mężczyzny ta niemiecka maszyna wciąż wykazuje dużą sprawność – sterta złomu leżącego na ponad 6000 m² powierzchni systematycznie trafia do kontenera. – Przyjeżdżają do nas firmy z Piły, z Szamotuł i zabierają to. Wystarczy załadować. My kupujemy, ładujemy i odsprzedajemy – Andrzej Kubiński uśmiecha się życzliwie, tłumacząc, jak prosty jest ten biznes.

Miesięcznie państwo Kubińscy zbierają około 100 ton złomu. - Kiedyś było tego więcej, bo czasy były lepsze – przyznaje przyglądający się pracy ładowarki pan Andrzej. - Kiedyś cena była inna, jak kosztował złom 20 gr za kilogram, to tak dużo ludzi nie zbierało. Dziś, gdy cena dochodzi do złotówki, to wszystko jest wyzbierane – jakby na dowód tych słów na wagę przy szarym biurze złomowiska podjeżdża osobówka z wózkiem wypełnionym żelastwem. Wytarte opony uginają się pod rdzewiejącym ciężarem. Wnętrze drewnianej skrzyni wypełniają wyszczerbione ostrze siekiery, widły bez jednego zęba, tłuste puszki, przeżarty przez rdzę zawias od bramy – wszystko to jest coś warte. Niektóre rzeczy trafiające na złom warte są nawet odsiadki. - Czasami zgłaszamy coś na policję, niechętnie, ale zdarzają się takie przypadki – dotyczy to głównie złomu kolejowego, ale nie tylko. - Naszych „wózkowców” wysłaliśmy na inne skupy, bo zawsze mieli coś, czego nam tu nie trzeba. A to jakieś wanny potrafili ukraść z działki, jakieś beczki, taczki. Teraz trzy taczki zginęły w okolicy i policja jeździła, szukała ich. Zabierają to, a my pieniędzy nie odzyskamy. Trzeba by sprawę cywilną założyć, a to się już nie opłaca – A. Kubiński woli trzymać się z dala od „lewego” złomu.

Turyści-złomiarze

Skorodowany metal barwi dłonie na rudo. Warto jednak włożyć je między odkształcone piecyki i bezzębne tryby. Wśród nich znaleźć można prawdziwe cuda. - Mamy tu w Złotowie dwóch panów, którzy interesują się starociami. Odkładamy to dla nich, a oni biorą to na zasadzie handlu wymiennego – A. Kubiński bawi się suwakiem siwej bluzy. - To trafia w dobre ręce i będzie cieszyć potomnych – dodaje mężczyzna w średnim wieku. Wśród trofeów właściciela są takie rzeczy jak srebrna taca z początku XX wieku, poniemiecki rower NSU, podstawy od maszyny do szycia (przerobione na stoliki), hełmy niemieckiej armii, bagnety, skrzynki na amunicję. - Samochodu zbudować nie idzie – szczery uśmiech rozświetla ojca dwóch synów. - Mam odstawioną niemiecką tablicę z fabryki czekolady. Na razie nikt się nią nie interesuje, ale kto wie – postawny mężczyzna zdradza, że jest fanem amerykańskich programów typu „zbieracze”. Zbieracze trafiają się i w Złotowie. – Są tacy, którzy muszą tu przyjść codziennie – pospacerują, podotykają, pogrzebią i są zadowoleni. Nieraz coś znajdą dla siebie, np. części do rowerów. Też biorą to na wymianę, ale mają radochę, że coś zrobią – pan Andrzej charakteryzuje swoich stałych klientów.


 Zdarza się i tak, że na złomowisko trafiają mniej pożądani klienci. - Mamy tu paru meneli, którzy potrafią tu wejść i sobie coś zabrać. Są klienci, którzy wynoszą złom w kieszeniach albo przez płot przerzucą i później sobie zabiorą. A to jakiś mosiądz znajdą, kawałek kabelka, jakąś miedź do kieszeni schowają – nasz rozmówca drapie się po lekkim zaroście i dodaje: - Wiadomo, że jak się trafi aluminium czy miedź, to jest to czysty pieniądz. Dlatego jak obcą twarz tu zobaczyć, to można podejrzewać, że coś może być nie tak.

Co w rodzinie...


Dłonie pana Andrzeja są czyste, zadbane. Nie widać, by na co dzień przerzucał złom. Zresztą zastaliśmy go w biurze, podejmującego gości kawą. To on dobija targów z klientami. - Ja pracuję, ojciec mi pomaga od czasu do czasu, całą rodzinę z tego utrzymuję – schemat zatrudnienia w firmie jest bardzo prosty, podobnie jak to, co złomowisko przyjmuje.

– Bierzemy prawie każdy złom oprócz lodówek i rzeczy znajdujących się w katalogu kolejowym. Właśnie trafiło do nas trochę naszego przystanku PKS – mężczyzna śmieje się donośnie.

Gorzej, że na złomie zarobić chcą także inni, zdarza się, że poprzez oszustwo. - Przywożą ludzie niby pełen samochód złomu, a później spomiędzy niego wyciąga się przeróżne śmieci. Mieliśmy klienta, który przywiózł trelinkę – złapaliśmy go, a on do dzisiaj twierdzi, że to nie jego. Kamienie się trafiają, piasek w puszkach, słoiki z wekami, raz nam gościu płytę nagrobkową przywiózł, żeby zamiast 20 kg wyszło 200 kg złomu. Dość szybko się przyznał, bo powiedzieliśmy mu, że monitoring działa – niestety na firmowym placu zalega sporo śmieci, jak choćby zużyte opony. Widać zdarza się ktoś sprytniejszy od właścicieli. Mimo to złomu jest tak dużo, że przedsiębiorca na ruch w interesie nie narzeka. - Na chleb i bułki jest. Na razie idzie jeszcze z tego wyżyć – przyznaje ojciec, który liczy, że biznes po nim przejmie któryś z jego dwóch synów. – Na tego starszego, który ma 14 lat, bardzo liczymy.
Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości