Pan Czesław wziął oszczędności, sprzedał telewizor i za to wszystko kupił złom. Dziś, po 21 latach, ze złomu żyje jego syn z rodziną. Na złomowisku znaleźć można niemal wszystko co ma w sobie choć odrobinę metalu, ale nie tylko. - Kamienie się trafiają, piasek w puszkach, słoiki z wekami, raz nam gościu płytę nagrobkową przywiózł, żeby zamiast 20 kg wyszło 200 kg - mówi Andrzej Kubiński, który prowadzi złotowski skup złomu
Byle złom
Poniedziałek, godzina 13.00 Pan Czesław wsiada do kabiny ładowarki Fuchs. Niebiesko-rdzawy sprzęt, wyprodukowany w 1983 roku, na tle setek ton złomu wygląda jak jedna z porzuconych tu dawno maszyn. W rękach starszego mężczyzny ta niemiecka maszyna wciąż wykazuje dużą sprawność – sterta złomu leżącego na ponad 6000 m² powierzchni systematycznie trafia do kontenera. – Przyjeżdżają do nas firmy z Piły, z Szamotuł i zabierają to. Wystarczy załadować. My kupujemy, ładujemy i odsprzedajemy – Andrzej Kubiński uśmiecha się życzliwie, tłumacząc, jak prosty jest ten biznes.
Miesięcznie państwo Kubińscy zbierają około 100 ton złomu. - Kiedyś było tego więcej, bo czasy były lepsze – przyznaje przyglądający się pracy ładowarki pan Andrzej. - Kiedyś cena była inna, jak kosztował złom 20 gr za kilogram, to tak dużo ludzi nie zbierało. Dziś, gdy cena dochodzi do złotówki, to wszystko jest wyzbierane – jakby na dowód tych słów na wagę przy szarym biurze złomowiska podjeżdża osobówka z wózkiem wypełnionym żelastwem. Wytarte opony uginają się pod rdzewiejącym ciężarem. Wnętrze drewnianej skrzyni wypełniają wyszczerbione ostrze siekiery, widły bez jednego zęba, tłuste puszki, przeżarty przez rdzę zawias od bramy – wszystko to jest coś warte. Niektóre rzeczy trafiające na złom warte są nawet odsiadki. - Czasami zgłaszamy coś na policję, niechętnie, ale zdarzają się takie przypadki – dotyczy to głównie złomu kolejowego, ale nie tylko. - Naszych „wózkowców” wysłaliśmy na inne skupy, bo zawsze mieli coś, czego nam tu nie trzeba. A to jakieś wanny potrafili ukraść z działki, jakieś beczki, taczki. Teraz trzy taczki zginęły w okolicy i policja jeździła, szukała ich. Zabierają to, a my pieniędzy nie odzyskamy. Trzeba by sprawę cywilną założyć, a to się już nie opłaca – A. Kubiński woli trzymać się z dala od „lewego” złomu.
Turyści-złomiarze
Skorodowany metal barwi dłonie na rudo. Warto jednak włożyć je między odkształcone piecyki i bezzębne tryby. Wśród nich znaleźć można prawdziwe cuda. - Mamy tu w Złotowie dwóch panów, którzy interesują się starociami. Odkładamy to dla nich, a oni biorą to na zasadzie handlu wymiennego – A. Kubiński bawi się suwakiem siwej bluzy. - To trafia w dobre ręce i będzie cieszyć potomnych – dodaje mężczyzna w średnim wieku. Wśród trofeów właściciela są takie rzeczy jak srebrna taca z początku XX wieku, poniemiecki rower NSU, podstawy od maszyny do szycia (przerobione na stoliki), hełmy niemieckiej armii, bagnety, skrzynki na amunicję. - Samochodu zbudować nie idzie – szczery uśmiech rozświetla ojca dwóch synów. - Mam odstawioną niemiecką tablicę z fabryki czekolady. Na razie nikt się nią nie interesuje, ale kto wie – postawny mężczyzna zdradza, że jest fanem amerykańskich programów typu „zbieracze”. Zbieracze trafiają się i w Złotowie. – Są tacy, którzy muszą tu przyjść codziennie – pospacerują, podotykają, pogrzebią i są zadowoleni. Nieraz coś znajdą dla siebie, np. części do rowerów. Też biorą to na wymianę, ale mają radochę, że coś zrobią – pan Andrzej charakteryzuje swoich stałych klientów.
Zdarza się i tak, że na złomowisko trafiają mniej pożądani klienci. - Mamy tu paru meneli, którzy potrafią tu wejść i sobie coś zabrać. Są klienci, którzy wynoszą złom w kieszeniach albo przez płot przerzucą i później sobie zabiorą. A to jakiś mosiądz znajdą, kawałek kabelka, jakąś miedź do kieszeni schowają – nasz rozmówca drapie się po lekkim zaroście i dodaje: - Wiadomo, że jak się trafi aluminium czy miedź, to jest to czysty pieniądz. Dlatego jak obcą twarz tu zobaczyć, to można podejrzewać, że coś może być nie tak. Co w rodzinie...
Dłonie pana Andrzeja są czyste, zadbane. Nie widać, by na co dzień przerzucał złom. Zresztą zastaliśmy go w biurze, podejmującego gości kawą. To on dobija targów z klientami. - Ja pracuję, ojciec mi pomaga od czasu do czasu, całą rodzinę z tego utrzymuję – schemat zatrudnienia w firmie jest bardzo prosty, podobnie jak to, co złomowisko przyjmuje.
– Bierzemy prawie każdy złom oprócz lodówek i rzeczy znajdujących się w katalogu kolejowym. Właśnie trafiło do nas trochę naszego przystanku PKS – mężczyzna śmieje się donośnie.
Gorzej, że na złomie zarobić chcą także inni, zdarza się, że poprzez oszustwo. - Przywożą ludzie niby pełen samochód złomu, a później spomiędzy niego wyciąga się przeróżne śmieci. Mieliśmy klienta, który przywiózł trelinkę – złapaliśmy go, a on do dzisiaj twierdzi, że to nie jego. Kamienie się trafiają, piasek w puszkach, słoiki z wekami, raz nam gościu płytę nagrobkową przywiózł, żeby zamiast 20 kg wyszło 200 kg złomu. Dość szybko się przyznał, bo powiedzieliśmy mu, że monitoring działa – niestety na firmowym placu zalega sporo śmieci, jak choćby zużyte opony. Widać zdarza się ktoś sprytniejszy od właścicieli. Mimo to złomu jest tak dużo, że przedsiębiorca na ruch w interesie nie narzeka. - Na chleb i bułki jest. Na razie idzie jeszcze z tego wyżyć – przyznaje ojciec, który liczy, że biznes po nim przejmie któryś z jego dwóch synów. – Na tego starszego, który ma 14 lat, bardzo liczymy. Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze