Mieszkaniec Jastrowia zmarł nagle na zawał serca. Zdaniem rodziny, ratownicy medyczni stwarzali pozory ratowania życia ich ojca. Pracownicy służby zdrowia nie mają sobie nic do zarzucenia. Ich zdaniem to rodzina zachowywała się agresywnie, dlatego też wezwano policję
Dla rodziny z Jastrowia, to był dzień, jak co dzień. Nic nie wskazywało na tak tragiczny finał. W piątek 4 maja po godzinie 17 - tej mieszkaniec Jastrowia źle się poczuł, udał się więc z córką do lekarza rodzinnego. Córka zwróciła się z prośbą do pielęgniarki o zmierzenie ciśnienia i zrobienie EKG.
- Ponieważ było to już po godzinie siedemnastej, oburzona pielęgniarka poinformowała nas, że nie wykona EKG ponieważ odczyt musi zobaczyć lekarz, a lekarz rodzinny nie miał zamiaru nikogo więcej przyjmować. Było opóźnienie, „dużo" pacjentów, więc nie pora na chorowanie. Po sprzeczkach wykonano jednak EKG i zmierzono ciśnienie. Pielęgniarka skonsultowała się z lekarzem i oznajmiła, że wszystko jest w porządku. Wróciliśmy wiec do domu - tłumaczy kobieta.
Zgon po zastrzyku?
W niedzielę po północy z 6 na 7 maja, zdaniem córki, Tata znowu źle się poczuł, natychmiast więc wezwano pogotowie. Ponieważ zaczął omdlewać, córka rozpoczęła reanimacje. - Tata odzyskał przytomność, miał oddech, tętno i z wszystkimi czynnościami życiowymi przejęli Tatę ratownicy. Awaryjnie przyjechała karetka z Jastrowia z dwoma ratownikami bez lekarza i wtedy zaczął się nasz horror. Do domu weszło dwóch ratowników Piotr J. i Paweł G. bez noszy i tlenu. Ratownicy nie mieli zamiaru natychmiastowo zabierać pacjenta do specjalistycznego szpitala. Zaczęli tracić bezcenny czas na pomiar ciśnienia, cukru, na podłączenie EKG, sprawdzanie pulsu. Tata był cały czas przytomny, a ratownicy podali mu zastrzyk... adrenalinę, który spowodował natychmiastowy zgon ze zesztywnieniem ciała - twierdzi córka. Przyznaje jednocześnie, że ratownicy stwarzając pozór, że ratują człowieka, mimo błagań rodziny o natychmiastowe przewiezienie nawet na koszt rodziny, do szpitala do Piły, przerzucili ciało po łóżku a następnie na podłogę. Po raz kolejny podłączyli EKG, które, jej zdaniem, mogło dawać błędny odczyt, ponieważ stało na niestabilnym, nierównym podłożu.
Błagamy o ratunek!
- Ratownik Piotr J. kręcił monitorem, a Paweł G. przez około dwie godziny, do momentu przyjazdu lekarza, w ustach nieżyjącej już osoby przewracał ustnik, drugi z nich rozmawiał przez telefon. Ratownicy zaczęli zastępować lekarzy i nie chcieli Tatę przewieźć do szpitala. Ci ratownicy myśleli, że sami potrafią uratować człowieka. Uważali, że posiadają całą wiedzę medyczną i umiejętności do ratowania pacjenta, a to jest zwykła nieprawda - mówi jeszcze dzisiaj wzburzona córka.
Dodaje, że zmarłemu Tacie Piotr J. podał jeszcze kilka różnych zastrzyków oraz sól fizjologiczną w kroplówce. Nie było noszy, przyniesiony po godzinie tlen, został postawiony pod ścianą pokoju i wcale nie był użyty. Rodzina co 5 minut wydzwaniała pod numer 112 błagając o ratunek.
Nie popuścimy
- W międzyczasie szukaliśmy lekarza, pukaliśmy do drzwi osób, które w przysiędze lekarskiej mają ratowanie życia. Nikt nam nie otworzył, jeden z lekarzy rozmawiał z nami przez zamknięte drzwi i stwierdził, że nie przyjdzie. Po półtora godzinie przyjechał lekarz z POZ Złotów wchodząc po schodach poinformował nas, że on jest tu zbędny. Po około dwóch godzinach przyjechała karetka "S" z lekarzem, który spokojnym spacerowym krokiem z rękoma w kieszeni wszedł do mieszkania i nie podchodząc do człowieka, nie badając, stwierdza zgon. Następnie ten lekarz wzywa policję na domowników za to, że przez ponad dwie godziny błagaliśmy ratowników o natychmiastowe przewiezienie Taty, nawet na nasz koszt, do szpitala - oświadcza córka.
Rodzina zmarłego mieszkańca Jastrowia twierdzi, że sprawy tej tak łatwo nie zostawi. Ma pełno pytań bez odpowiedzi: kto nakazał podać zastrzyk, dlaczego nie było noszy, dlaczego nie podano tlenu, dlaczego nie przewieziono Taty natychmiast do szpitala, gdzie w tym wszystkim był lekarz, dlaczego nie przyjechał w karetce? Przyznają, że zrobią wszystko, aby wyjaśnić, kto w tym feralnym dniu nie dopełnił obowiązków i kto jest pośrednio odpowiedzialny za śmierć Taty. Córka dodaje że chociaż miałaby uratować jedno życie, to zrobi wszystko żeby tak było. - Obiecałam to Tacie – dodaje na zakończenie.
Lekarze wyjaśniają
Ordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Szpitala Powiatowego w Złotowie Danuta Romejko wyjaśniła, że Zespół Ratownictwa Medycznego, który został wezwany do chorego w Jastrowiu postępowali zgodnie z obowiązującymi wytycznymi. Mężczyźnie zrobiono elektrokardiogram serca, a wyniki zostały natychmiast przesłane teletransmisją do Oddziału Kardiologii Inwazyjnej w Pile. Kardiolog podjął decyzję o przyjęciu pacjenta na oddział.
W tym samym czasie wystąpiło nagłe zatrzymanie krążenia. Podjęto natychmiast czynności reanimacyjne i wezwano specjalistyczny zespół ratownictwa medycznego z lekarzem.
Zdaniem zarówno ratowników, jak i lekarza, który przybył na miejsce, rodzina chorego zachowywała się bardzo agresywnie, przeszkadzała w prowadzeniu czynności reanimacyjnych. Kilkakrotne próby ich uspokojenia nie dały rezultatów, stąd ratownicy podjęli decyzję o wezwaniu policji.
- Panie chciały, aby ojca przewieźć do szpitala w Pile, że wszystko jest już załatwione, ale przecież on już nie żył. Mogę jedynie współczuć rodzinie, my z naszej strony zrobiliśmy wszystko, aby człowieka ratować – tłumaczy Danuta Romejko.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze