Reklama

To mnie rozkleiło. Rozmowa z wójtem Tarnówki

14/07/2017 18:00
Wójt też płacze, nawet służbowo. Zdradza, co kryło się za łzami, które popłynęły z jego oczu w trakcie imprezy w Tarnówce. Z Jackiem Mościckim rozmawia Piotr Steffen

Wzruszył się Pan w trakcie niedawnego Wielkanocnego Śniadania Środowisk Wiejskich.

(Wójt głośno się śmieje) Rzeczywiście. Jakoś to wszystko we mnie w tym momencie pękło. Świadomość, jak wiele rzeczy wydarzyło się przez te blisko trzy lata trwania kadencji... Nie wiem czemu, ale gdy przemawiałem przypomniało mi się, jak po ostatnich wyborach wszedłem do gabinetu pierwszy raz. Popatrzyłem, jak to wszystko w nim wygląda i pomyślałem, jak wiele jest do zrobienia i jak sporo niełatwych relacji panuje w gminie. Tymczasem okazało się, że zbieramy się w około trzydzieści osób, nikogo nie trzeba wcale namawiać, robimy imprezę na blisko tysiąc ludzi i nie ma z tym żadnego problemu. Uzmysłowiłem sobie, że mamy tak fajną ekipę… I to mnie tak wtedy rozkleiło.

Trzy lata temu nie wierzył Pan, że takie rzeczy są możliwe?

Nie sądziłem, że nasza mała gmina może przygotować takie wydarzenie i dokonać tylu innych rzeczy, które miały miejsce po drodze.

Reklama

Ma Pan poczucie, że się do tego przyczynił? Sądzi Pan, że fakt, iż gminą zaczął kierować nowy wójt, wyzwolił w ludziach pozytywną energię?

Być może jakiś wpływ na to również miałem. Chociaż nie jest wcale tak, że wcześniej nic się tutaj nie robiło. Też były inicjatywy, ale faktycznie nie na taką skalę. Może rzeczywiście ten zapał był jakoś zduszony, a teraz się wyzwolił. Tak czy inaczej zawsze zdawałem sobie sprawę, że przy ograniczonych możliwościach finansowych, jakie ma mała gmina Tarnówka, jej największym kapitałem są wspaniali mieszkańcy. Dowodem są choćby wszelkie sołeckie wydarzenia i imprezy. Czasami mamy na nie naprawdę parę groszy, ale ludzie w jakiejś formie się dorzucają, wkładają wiele pracy i to naprawdę wychodzi. Gdybyśmy mieli zatrudniać do tego profesjonalne firmy, w życiu by się to nie udało, bo nie było nas stać na takie zabawy. To dotyczy zresztą nie tylko sfery rozrywkowej, ale także inwestycyjnej, konkretnej pracy. Muszę przyznać, że zawsze byłem przeciwnikiem czynów społecznych, jak za minionej epoki. Dzisiaj są jednak inne możliwości, są materiały, piszemy projekty, w których udział własny pracy mieszkańców daje dodatkową punktację, te inwestycje mają większe szanse na realizację i to robimy, a skoro mieszkańcy chcą, niech także pracują. Gdy wykonują coś w swoich sołectwach, na pewno zrobią to dobrze, bo przecież pracują dla siebie. Osobnym świadectwem tego, że można, są powstałe w ostatnim okresie w naszej gminie stowarzyszenia. W tej chwili mamy ich kilka. Podejmują mniejsze, większe zadania inwestycyjne, kulturalne, organizują czas dla dzieci i młodzieży oraz osób starszych. To jest bardzo cenne.

Prywatnie dużo to Pana kosztuje?

Oj tak. Nie wiem, co to znaczy praca na osiem godzin. Nie chcę przesadzać, ale pracuję właściwie od rana do wieczora. Gdzie muszę, gdzie powinienem, staram się być. Niestety największe koszty ponosi rodzina. Wiem, że synowie powinni mieć większą opiekę z mojej strony, ale przy tej ilości pracy często po prostu się nie da. Jak coś robię, w pełni się angażuję. Moja wspaniała małżonka na szczęście jest do tego przyzwyczajona i wspiera mnie w tych działaniach.

Reklama

To dopiero 30% wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Pamiętam początki kadencji i opinie, że Tarnówka traktowana jest nieco po macoszemu w naszym powiecie. Długo nie mogliście się doczekać obecności starosty na sesji, tego, żeby ruszyć pewne inwestycje. Trudno było wywalczyć miejsce sobie i Tarnówce wśród lokalnych samorządowców?

Sodówka Panu nie zaszkodziła?

Ma Pan czasami poczucie, że wystartował w wyborach o cztery lata za późno?

Często rozmawia Pan z byłym wójtem?

O niektórych wójtach i burmistrzach krążą opinie, że nie oni, a ich zastępcy, sekretarze i skarbnicy realnie rządzą gminami. Jak jest w Tarnówce?

Reklama

Wspomnieliśmy o aspiracjach Przemysława Wiśniewskiego – sądzi Pan, że jest możliwe, że nie będzie Pana kontrkandydatem w wyborach?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Pamiętam początki kadencji i opinie, że Tarnówka traktowana jest nieco po macoszemu w naszym powiecie. Długo nie mogliście się doczekać obecności starosty na sesji, tego, żeby ruszyć pewne inwestycje. Trudno było wywalczyć miejsce sobie i Tarnówce wśród lokalnych samorządowców?

To normalne, że początki są trudne. Miałem świadomość, że jestem nowicjuszem w tym gronie, a samorząd to specyficzna działka. Sądzę, że z czasem wypracowałem sobie miejsce, a sprawowanie funkcji pogłębiło jakoś moje życie. Te horyzonty jednak się poszerzyły.

Gdy jeździ się po gminie trudno trafić na kogoś, kto kategorycznie by pana krytykował. Jasne, głosy są różne, ale ich wspólny wydźwięk jest ewidentny: Mościcki to równy gość. Sądzi Pan, że ma za sobą zdecydowaną część mieszkańców? Czym Pan ich „kupił” przez te blisko trzy lata?

Przez cały czas jedynie robię swoje, to, co do mnie należy. Staram się o dobrą atmosferę, pozyskujemy pieniądze, dobrze to wszystko się kręci. Z rozmów z ludźmi wiem, że doceniają to, iż podejmujemy się zarówno tych drobniejszych rzeczy, jak place zabaw w wioskach, po duże zadania, jak wodociągi i drogi. Przypomnę, że niedługo podpisujemy umowy o dofinansowanie.

Reklama

Sodówka Panu nie zaszkodziła?

Może to zabrzmi nieskromnie (śmiech), ale z natury jestem skromnym człowiekiem. Dzisiaj robię to i staram się służyć mieszkańcom najlepiej jak potrafię. W przyszłości, gdybym czuł, że nie mogę działać na sto procent dla naszej gminy, oddałbym pole innym, a do rolnictwa zawsze mogę wrócić. Zresztą, do końca nigdy z niego nie wyszedłem.

Ma Pan czasami poczucie, że wystartował w wyborach o cztery lata za późno?

Tak. Nawet o osiem lat za późno. Unijne pieniądze się kończą, gdyby zmiana wójta nastąpiła o dwie kadencję wcześniej, więcej moglibyśmy zrobić, gmina inaczej by dzisiaj wyglądała.

Reklama

Już tyle lat temu był Pan gotów do startu w wyborach?

Nawet trzy lata temu nie byłem na to gotów. Mówiąc serio, wiarę w siebie zawsze miałem, ale dwie kadencje temu o tym jeszcze nie myślałem. Wtedy nie byłem jeszcze radnym, a nawet jak już nim zostałem, samorządowo nie byłem przygotowany do roli wójta.

Pamiętam, że przed ostatnimi wyborami nawet Pana zwolennicy mówili, że merytorycznie był Pan zdecydowanie słabszym samorządowcem od Ireneusza Barana, ale wola zmiany była u nich większa.

Całkowicie się z tym zgadzam. Na tamtym etapie nie byłem w stanie równać się doświadczeniem z Ireneuszem Baranem. To stanowisko wiele wymaga, to specyficzna praca. Prawda jest też taka, że obejmując funkcję nie miałem pomocy, nikt mnie w tym nie wspierał. To nie była żadna płynna, przygotowywana zmiana.

Reklama

Często rozmawia Pan z byłym wójtem?

Rzadko. Przed rokiem zabraliśmy Ireneusza Barana na wycieczkę urzędową jako emeryta. Spędziliśmy kilka miłych chwil, było przyjemnie. Pozytywnie, a nawet sympatycznie wypowiadał się o mojej pracy.

Od początku kadencji wiadomo, że ma Pan swoją ulubioną drużynę wśród radnych: Tomasz Zbylut, Jerzy i Sylwester Sławscy, Kazimierz Cybulski, Marcin Nowosielski. Oni i Jacek Mościcki to rzeczywiście grupa rządząca dzisiaj gminą Tarnówka?

Prawda jest taka, że gdy szliśmy do wyborów ci ludzie mocno mi zaufali.

Bezgranicznie?

Nie wiem, ale pamiętam, że kilka miesięcy po wyborach spotkaliśmy się i powiedzieli mi, że postawienie na mnie było dobrym wyborem.

Mają duży wpływ na Pana decyzje?

Czasami rozmawiamy, konsultujemy pewne rzeczy, ale nie są to tak częste relacje jak wielu zapewne sądzi. Zdaje się, że zaczyna to coraz fajniej wyglądać, bo coraz częściej również ci radni, którzy teoretycznie są w jakiejś opozycji, popierają wiele pomysłów.

Reklama

O niektórych wójtach i burmistrzach krążą opinie, że nie oni, a ich zastępcy, sekretarze i skarbnicy realnie rządzą gminami. Jak jest w Tarnówce?

Nie mam takiego poczucia. Jeżeli chodzi o panią sekretarz to wręcz przeciwnie, nasze relacje są niewielkie, ograniczają się do podstawowej współpracy. Choć bardzo cenię umiejętności pani Marii. Znacznie więcej pracuję ze skarbnikiem. Jest dobry w swoim fachu, nigdy nie ma z nim problemu. Ja szukam pomysłów, a on pieniędzy na ich realizację (śmiech). Piotr Jarosz ma duże doświadczenie, a poza tym nasze relacje są bardzo zgodne i szczere. Gdy trzeba mówi wprost, że pomysł mu się nie podoba, że nie damy rady czegoś udźwignąć, tak jest zresztą od początku kadencji. Niekiedy ma rację, a czasami mnie nie docenia. Tak było np. z wozem strażackim dla OSP Tarnówka. Wóz za milion złotych!? W życiu tego nie zrobimy – to były jego słowa. Dzisiaj wóz jest w remizie. Inna sprawa, że nabyliśmy samochód na tak korzystnych warunkach, że grzechem byłoby go nie kupować.

Niedawno pisaliśmy o przystanku w Tarnowcu, w Pana wiosce. Mieszkaniec, który go remontował, mówił, że bardzo aktywnie wspiera Pan tamtejsze inicjatywy. Tylko tamtejsze, bo to koszula bliższa ciału czy równie silnie dba Pan o inne sołectwa?

Nie ma takiej możliwości, żeby którekolwiek sołectwo było gorzej traktowane. Tym bardziej, że mamy ich tylko jedenaście. Dobre inicjatywy zawsze staram się wspierać, czego dowodem jest choćby Osówka, w której mieszka opozycyjny radny Przemysław Wiśniewski, który, jak wszyscy wiemy, ma ambicje kierowania gminą. Pamiętam, że na początku kadencji nastawienie części mieszkańców było tam dość wrogie, ewidentnie odczułem to na pierwszym zebraniu. Obecnie kończymy tam wspólnie z powiatem kilkusetmetrowy chodnik przez całą miejscowość, jeden z najdłuższych w gminie, a planujemy również rozbudowę świetlicy wiejskiej. O ten chodnik i świetlicę akurat nie zabiegał radny, powstaje wyłącznie z mojej inicjatywy i kilkunastu mieszkańców Osówki. To chyba dowód tego, że personalne relacje nie mają znaczenia dla spraw dotyczących dobra ogółu. Działamy niemal we wszystkich miejscowościach, a sołectwa Piecewo, Plecemin to chyba rekordziści jeżeli chodzi o zaangażowanie. To jak nie wspierać takich sołectw?

Reklama

Powiedział Pan „niemal we wszystkich” – gdzie zatem jest pod tym względem gorzej?

W Ptuszy.

Dlaczego?

Jest mało inicjatywy, brakuje mi przede wszystkim aktywności radnego. Gdyby Darek Leszczyński przyszedł, powiedział: widzę taką możliwość, moglibyśmy zrobić coś takiego… – tej inicjatywy mi brakuje. Nie wiem, dlaczego nie przychodzi.

Wspomnieliśmy o aspiracjach Przemysława Wiśniewskiego – sądzi Pan, że jest możliwe, że nie będzie Pana kontrkandydatem w wyborach?

Wręcz liczę na to, że będziemy rywalizować. Jeżeli będzie to czysta, uczciwa rywalizacja.

Czyli Pan podjął już decyzję?

Chciałbym pokończyć tematy, które są zaczęte, a cztery lata – tak jak przewidywałem zresztą na początku kadencji – to za krótki czas.

Będzie trzeci kandydat?

Ciężko powiedzieć, być może wystartuje ktoś z Tarnówki.

Reklama

Wyobraża Pan sobie scenariusz, że nie zostaje wójtem na kolejną kadencję, że przegrywa z Przemysławem Wiśniewskim?

W życiu wszystko jest możliwe.

Jest możliwe, ale uważa Pan, że przy obecnym stanie rzeczy, byłoby to nielogiczne rozstrzygnięcie?

Można byłoby je za takie uznać. Pewnym zwycięstwa nigdy być nie można, natomiast mam poczucie, że dobrymi relacjami z mieszkańcami, pracą, jaką wykonujemy nie zasłużyłem na taką przegraną. Biorę jednak poprawkę na to, że wybory rządzą się swoimi prawami.

Czyli fotela za swoim biurkiem nie zamierza Pan oddawać?

Akurat fotel mógłbym, ale nie funkcję. Mam jakąś awersję do tego fotela, a właściwie do tego, żeby siedzieć w tamtym miejscu. Nie wiem, dlaczego, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale tak jest już od początku kadencji. Przez te prawie trzy lata od wyborów siedziałem w nim ze dwa, może trzy razy. Gdy mam gości zawsze siadamy przy tym szklanym stole, jakoś bardziej mi odpowiada. Jako rozmówcy jesteśmy przy nim na równi, to wygląda bardziej partnersko. Lepiej rozwiązuje się wtedy różne problemy.

Reklama

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    ojniedobrze - niezalogowany 2017-07-15 11:15:57

    a ty Luki dlaczego nie wiesz,że Nazwiska pisze się z dużej litery ?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    MIA - niezalogowany 2017-07-15 11:14:07

    Panie Jacku ma Pan rację,że należy działac w terenie bo fotel odstrasza.Na fotelu można pół godziny posiedziec,coś napisać,wypić kawę i w teren. Ma pan sukcesy,widzieliśmy.brawo.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Ewusia - niezalogowany 2017-07-15 08:04:49

    Tylko w Ptuszy psy szczekają odwłokiem ,ale wiadomo przez kogo , porozumienie powinno zaiskrzyć kiedy radny straci stołek.Mam nadzieję,że mieszkańcy tej wsi zrozumieją ,że elektrownia to tylko budynek.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości